Uncategorized

Lola & Cynamon – fragmenty.

Cześć i czołem!
Dzisiaj w taki zwykły wtorek postanowiłam udostępnić wam kilka fragmentów mojej książki. Chciałam, żebyście poczuli klimat. Tak po prostu. Chwilowo mam kryzys w związku z jej pisaniem ale wierzę, że będzie dobrze. Wkrótce minie rok jak postanowiłam spełnić swoje marzenia i zamieszkałam tutaj, w moim własnym Nadmorzem. Teraz leżę w łóżku i przez otwarte okno wpada mi tu zapach morza i szum fal. Nieustannie moje życie mi pokazuje, że wszystko mnie prowadziło jak dotąd do tego, żeby „Lola i Cynamon” urodziła się kiedyś w grudniu 2012 roku w mojej głowie. Leżałam wtedy w wannie i zaczęłam być nieszczęśliwa w swojej miłości. Czułam jak coś we mnie umiera. Jak radość i miłość do samej siebie uciekają daleko. Leżąc w tej wannie poczułam, że muszę to wyrysować, wypisać i wypłakać.
I tak postanowiłam zamienić swoje cierpienie w złoto. Dla siebie samej.
Zapraszam was z duszą na ramieniu do tego świata.
Do Nadmorzem.
GRUDZIEŃ.

O Loli Mak w mieście mówiono wiele. Że dziwna jakaś, że w tych paskach ciągle biega.
Że ciągle ta czekolada i czekolada. I cynamon. Że cały czas jest w tej dziwnej żałobie. Smutek w jej wielkich ciemnych oczach, otulonych karmelową grzywką zdawał się być jak morze. Morze pełne nadziei.  Nikt nigdy nie patrzył jej z tego powodu w oczy, gdy nalewała w zimowe poranki gorącego kakao do czerwonych termosów.
Kobieta – dziecko.
Niesforna grzywka.
Solony karmel.
Truskawkowa szminka.
Czekoladowy oddech.
Niewypowiedziane myśli ubrane w pasiaste koszulki.

Więc Lola Mak prowadziła pijalnię czekolady w Nadmorzem. Była sama jak palec, w tym maleńkim miasteczku. No, przynajmniej tak zwykła myśleć o czwartej nad ranem tuląc gorący termofor do brzucha. Tak naprawdę miała siostrę i mamę. Ale One były daleko, daleko stąd. Pijalnię czekolady Mak , Lola odziedziczyła mając osiemnaście lat, po zmarłęj prababci Neli. Znała tajemnice na najlepsze, rozpływające się w ustach praliny, wiedziała jaka jest idealna temperatura doskonałego kakao, w temperowaniu czekolady nie miała sobie równych. No i w gotowaniu. Odbierała świat wzrokiem, smakiem i zapachem. Dźwięki delikatnie ubarwiały całość, jak na przykład odgłos trzasku łamanej czekolady. Szum sypanego cukru i mąki, uwielbiała delikatność cynamonu, gdy zmielony szczyptami dodawała do ciasta marchewkowego.

W pierwszy poniedziałek grudnia, wstała jak zwykle o szóstej nad ranem. Zerknęła na pustą już od roku prawą stronę łóżka i zamknęła oczy. Policzyła do dziesięciu i odrzuciwszy kołdrę, postanowiła kolejny dzień z rzędu jakoś dać radę przetrwać. Miała zwyczaj brania lodowatych pryszniców. Tylko dotyk zimnej wody powodował paradoksalne ciepło. Potem owinięta w kremowy szlafrok szła w głąb przestronnego i jasnego mieszkania pachnącego drewnem i wanilią. W kuchni parzyła rumianek w białej filiżance sprzed stu lat, gotowała ryż na mleku z jabłkami i cynamonem. Cichy Jazz w radio i szarość za niemalże panoramicznymi oknami wychodzącymi na morze otulał złamane serce. Siedziała z podwiniętymi nogami na krześle, piła herbatę i zeskrobywała kciukiem zeschniętą czekoladę z blatu okrągłego dębowego stołu.
Wyglądała jak cień.
Jak cień swojego dawnego życia.
Podeszła do okna by jak zwykle popatrzeć na budzące się do życia Nadmorzem. Stare latarnie zaadaptowane przez elektryczność, ustępowały miejsca dostojnej szarości grudniowego poranka. Ciepłe, maleńkie światełka nad molo, niczym świetliki otulały poręcz i wisiały nad małą drewnianą bramą.
Znowu zapomnieli o lampkach  – pomyślała i otworzyła kuchenne okno. Już wbrew pozorom wcale nie jesienny a zimowy chłód przepełniony jodem i cynamonem wleciał do mieszkania. Zamknęła oczy i wyczuła coś jeszcze.
Drożdże rozpuszczone w ciepłym mleku i cynamon. Tak nad rankiem pachniało Nadmorzem.

 

*
 
W pierwszy poniedziałek grudnia, na peronie w Nadmorzem zatrzymał się pociąg jadący z Moskwy do Paryża. Wyrzucił z siebie jednego pasażera i z sennym stukotem ruszył dalej.
Filip Nędznik uciekł z własnego ślubu.

 

A teraz, dźwigając worek żeglarski i czarną walizkę obitą aksamitem w lewej ręce, stał bezradnie na peronie rozglądając się na boki. Sięgnął prawą dłonią do kieszeni i wyciągnął pogniecioną kartkę z adresem
Anatol Nolkowicz
ul. Cicha 13
Nadmorzem
Mężczyzna westchnął głęboko i schował kartkę z powrotem.
Mogłem dojechać do Paryża i rzucić wszystko w cholerę. Mogłem, ale wtedy dziadek byłby skazany na śmiertelne niebezpieczeństwo.
 
Filip ruszył ku wyjściu z peronu i zerknął w prawo. Jakiś mężczyzna, na oko sześćdziesięcioletni zamiatał śnieg sprzed małego sklepu. Podszedł nieco bliżej. Mężczyzna przerwał i leniwie zaprosił go do środka. Filip zdjął ciężar z pleców, otrzepał swoje ciemne, lekko kręcone włosy ze śniegu i podał dłoń nieznajomemu
– Dzień dobry, chciałbym zapytać jak dojdę na ulicę cichą trzynaście?
–  Dzień dobry, dzień dobry, to jednak sława Anatola przekracza granice naszego miasta? Ktoś bliski?
–  Przepraszam, Pan wybaczy ale nie rozumiem.
–  No tłukł się Pan pociągiem z Rosji, tu do nas, tylko po to, żeby komuś wyprawić pogrzeb?
– Ach, nie, nie nie. To sprawa innej wagi. Powiedziałbym nawet, że żywej.
–  Rozumiem. Proszę niech pan usiądzie. Jest szósta rano, o tej porze dopiero się tu budzimy, ja jestem wyjątkiem. Nie lubię na stare lata marnować dnia. Napije się pan herbaty?
–  Bardzo chętnie.
–  Pan pozwoli że się przedstawię – Emil Nicto – mężczyzna wyciągnął dłoń.
–  Filip.
– Filip.. i co dalej?
– Po prostu Filip.
– Bardzo pan tajemniczy.
– O której otwierają zakład pogrzebowy?
– W zasadzie to chyba jest czynny cały czas, w końcu śmierć nie pracuję od dziesiątej do osiemnastej w dni powszednie hi hi hi – śmiejąc się pod nosem rozsiadł się na krześle dając znak żeby Nędznik zrobił to samo.
– No tak racja – usiadł obok Emila za ladą, na niskim taborecie.
Filip przypomniał sobie, że nieraz budził go nocny telefon i światło w holu. Czasem był to również krzyk rozpaczy, kobiecy lament albo bieganie po schodach. Jego dziadek sam był przedsiębiorcą pogrzebowym. 
– Wie Pan co, może Pan tutaj zaczekać do ósmej i pójść w stronę miasta. Wskażę Panu drogę. Może zjemy śniadanie razem? – Emil skrzyżował ręce i odchylił się wygodnie z krzesła – wygląda Pan na zmęczonego.
– Bardzo chętnie, tam strasznie wieje a jak mniemam żadnej kawiarni czynnej o tej porze nie ma.
– Jest jest, ale dopiero od ósmej. Taka jedna Lola ją prowadzi, pijalnię czekolady dokładnie. Jakie Ona ma tam cuda, cukrzycy od patrzenia można dostać hie hie hie – mężczyzna wyciągnął spod lady małe zawiniątko  – Pan popatrzy – rozwinął szary papier i ich oczom ukazała się mała tabliczka ciemnej czekolady – ostatnio wymyśliła że zrobi z solą morską. Taką prawdziwą, naszą, z Nadmorzem. Pan spróbuję – Emil ułamał kawałek, który z przyjemnym dla ucha trzaskiem odszedł od reszty tabliczki. 
– Dziękuję – Filip wsadził kawałek do ust i z wrażenia przymknął oczy – Jezus Maria – rzekł z pełną buzią – to cudo, nie czekolada.
– Mówiłem!

Nadmorzem z lotu ptaka wyglądało jak ślimacza skorupa. Układ domów zamykał się w krętej spirali. Spirala miała rude dachy i małe kamienice przytulone do siebie, albo oddzielone tunelami. Nad tunelami zazwyczaj było półokrągłe sklepienie, a w nim a raczej na nim okno czyjejś kuchni lub sypialni. Pokój nad takim przejściem cechował się chłodem i szumem wiatru usypiającym daną komórkę społeczną. Właśnie nad takim tunelem Lola miała kuchnię. Nocą zamieniała to pachnące malinowym winem miejsce, na małą fabrykę czekolady.
Stół.
Okrągły i dębowy.
Stół pamiętający wszystko.
Pierwszą wojnę, drugą wojnę. Stół na którym jedzono, kochano się, rozwiązywało się przy nim problemy, chowało się pieniądze do kopert na początku każdego miesiąca. To przy tym stole zbierał się sztab kryzysowy by przy herbacie, kakao z chilli albo kawie z cykorią debatować nad przeszłością.Chcę mieć z Tobą stół. Okrągły bo na rogu siedzą stare panny. Chcę mieć z Tobą stół, bo chcę Ci podawać na nim obiady, śniadania, kolacje. Ugniatać na nim ciasto, i żeby nasze dzieci odrabiały przy nim lekcje, i wycinały ciastka z piernika. Chcę mieć z Tobą stół dla naszej miłości. Tej nagłej, szybkiej. Na blacie ubrudzonym mąką, bo lepiłam Ci pierogi a Ty mnie pocałowałeś w nagi kark i już byłam Twoja.

Na stole jak na mapie czekoladowych marzeń, co poranek Lola zeskrobywała resztki rozpuszczonego kakao, przyklejone płatki suszonych truskawek.  Dębowe deski przykryte koronkową krochmaloną serwetą, błyskały łuną czasu pomiędzy jedną a drugą rysą.

Bo nóż się ześlizgnął.
Bo spadł kiedyś żyrandol.
Bo to, bo tamto.
Ząb czasu, ot co.
W nocnej fabryce czekolady okna były zaparowane, Lola spinała wysoko włosy i boso, na środku kuchni, nucąc pod nosem francuskie piosenki
dosalała
dosładzała
mieszała
próbowała
oblizywała usta
szukała jak zwykle po raz setny esencji waniliowej.
Mogła tak siedzieć w kuchni do bladego świtu. I tak mało sypiała. To ze smutku. To z żałoby i tęsknoty. Nie lubiła tego uczucia beznadziejności, które spadało na nią tak nagle, tuż po otwarciu oczu. Bo przecież gdy rankiem otwieramy oczy, to w pierwszej sekundzie jesteśmy szczęśliwi. Dopiero coś nam przypomina o strasznej rzeczy.W pierwszy poniedziałek grudnia, tuż przed otwarciem pijalni, stała w samej bieliźnie przed otwartą szafą. Jej oczom ukazał się jak zwykle stos poukładanych koszulek. Od granatu, beż po biel. Osobny stos na bluzki w paski i groszki. Jego szary sweter. Na metalowym drążku wisiało kilka sukienek. Błękitne, szare, w groszki, w paski.
Wisiała też jedna jedyna – czerwona. Pogładziła jej jedwabny materiał, który swoją długością sięgał tuż przed kolano. Gorsetowa góra z dekoltem w serduszko, na cienkich ramiączkach otulała drewniany wieszak.
Dekolt w serduszko – nawet jak nie masz piersi to i tak masz piersi – zwykła mawiać prababcia Nela.
Masz najpiękniejsze piersi na świecie, mieszczą się idealnie w moich dłoniach – zwykł mawiać On.

Sięgnęła szybko po pierwszą lepszą sukienkę w paski i usiadła na łóżku biorąc laptopa na kolana. Sprawdziła wiadomości jak zwykle przez Internet , a tam znów jakaś droga rozkopana i są korki.
Dlatego jest rower.
Migające reklamy środków odchudzających, jacyś smutni i łysiejący politycy, korowód księdza od słynnych cudów, zapowiedź sztormu i zimowych wyprzedaży. Jakiś napis drukowanymi literami krzyczał – UCIEKŁ Z WŁASNEGO ŚLUBU! – pewnie zapowiedź jakiegoś filmu, ostatnio zapowiadali pisząc „TAJEMNICZE MORSKIE ZNIKNIĘCIA „- pomyślała Lola zamykając klapę laptopa. Położyła się na łóżku i zerknęła w sufit. Zamknęła oczy i z jej ust wydobył się cichy, błagalny szept.
Babciu Nelu, to już rok jak On jest tam u góry z Tobą.
To już rok jak mi go stąd zabrali.
To już rok jak mnie codziennie boli serce.
Błagam Cię, daj mi siłę, bo nie mam nawet ochoty wstać i zejść na dół do pijalni. 
Nie mam siły żyć.
Zakryła twarz dłońmi i zaszlochała. W końcu zebrała się w sobie, wstała, spojrzała w lustro, zaplotła warkocz i posmarowała usta truskawkową szminką. Narzuciła płaszcz, włożyła buty i oparła się o ścianę w holu. Zerknęła na wiszące na niej zdjęcia w białych ramkach i zsunęła się na podłogę.
Niemoc.
Niemoc to najgorsze uczucie, które wpada nagle do życia i nie wiadomo jak je wywlec. Lola postanowiła pójść na cmentarz przed otwarciem pijalni, musiała mu powiedzieć, że go kocha nadal, chociaż On jest dwa metry pod ziemią, ale że już tak dalej nie może. Bo ta żałoba ją zabija.

******

Pijalnia czekolady była w środku pomalowana na biało. Tylko w niektórych miejscach na ścianie znajdowały się kafelki, nadając wnętrzu ciepły klimat. Okna wysokie, niemalże panoramiczne wpuszczały do środka ciepłe, słoneczne światło grudniowego poranka.

Z zewnątrz biała elewacja, z drewnianymi elementami podtrzymującymi okna, wychodzącymi dlaje niż budynek – to czekoladowa oranżeria z milionem lampionów w środku.
Drewniane podłogi
sosnowe lakierowane stoliki
koronkowe obrusiki
jasne, lniane zasłony w oknach
stuletnia kanapa dla dwojga schowana w maleńkim kącie.
Prostota, biel i drewno.
Dwie gabloty z pralinami i tabliczkami czekolady owiniętymi w szary papier.
Kilka talerzy i pater z tartami i babeczkami
Crème brûlée 
Tiramisu w szklanym półmisku
czekolada gorzka, mleczna
mieszała się i parowała.
Stos białych talerzy i filiżanek
zmywarko – wyparzarka
wysokie i niskie szklanki
pudła widelców deserowych
pudła długich i krótkich łyżeczek do ciast, czekolady, do koktajli z wisienką.
Słodki porządek.
Jak zwykle o dziewiątej, próg pijalni przekroczył Ferdynand Zasada. Który to z zasady codziennie, od poniedziałku do piątku, zamawiał szybką mleczną z kroplą wanilii. I jak zwykle tuż przed wyjściem kupował dwie różane praliny na wynos, w małym czerwonym pudełeczku.
Dla Panny Zuzanny Nicto.
Panna Zuzanna byłą uosobieniem kobiecości. Niska blondynka, z pięknie zarysowaną talią i bujnymi biodrami, pachnąca zawsze różanymi perfumami. Ubierała się w sukienki, spódnice, koszule w grochy, kwiaty i pończochy. Z lekką melancholią w głosie. Po kątach szeptano o niej że jest starą panną, bo jak inaczej nazwać kobietę po trzydziestce nadal mieszkającą z ojcem? 
Gdyby znali jej smutną historię.
Tak więc panna Zuzanna, codziennie umawiała Ferdynanda Zasadę na spotkania, układała stosy papierów, parzyła najlepsze espresso w mieście, zakładała nogę na nogę pod biurkiem i zrzucała niewygodne obcasy.
I codziennie rano, około dziesiątej, obok ramki ze zdjęciem ukochanej kotki Grety, znajdowała dwie różane praliny. 
O tym że burmistrz Nadmorzem był zakochany w swojej sekretarce, wiedzieli chyba wszyscy . Niestety kobiecą wadą jest ślepota. Kobiety skupiają się na drobiazgach, nie zauważając rzeczy oczywistych takich jak na przykład miłość wisząca w powietrzu. Wolą czasami policzyć ilość oczek w pończochach, albo skupić się na szukaniu puderniczki w torebce.
****

Owoce pod kruszonką,

solony karmel,
zapach morza o świcie,
zaparowane pomieszczenia.
truskawkowa szminka,
czekolada z suszonymi pomidorami,
zamarznięte jeziora,
morze zimą,
książki kryminalne.
Lola jak mantrę odprawiała swoje sposoby na smutek.
Mówili, że zaprzeczenie minie.
Minęło. Ale zaraz po tym jak przestała codziennie parzyć dwie herbaty, zamiast złości przyszła depresja i otępienie.
Kiedy umarł, całe mieszkanie pomalowała na biało, nie było to trudne. Biel z łamanym błękitem gościła już na łazienkowych kafelkach, w kuchni też było jasno. Swoją sypialnię pomalowała na biało, zamalowując pudrowy róż ze ścian ze starego życia.
Hol był biały, z wiszącymi ramkami pełnymi zdjęć przodków i zwierząt.
Małe muzeum w korytarzu, budowało wewnętrzne ciepło i spokój wśród wszechobecnej bieli.
Ten kolor stał się motywem przewodnim jej życia. Tłem do żałoby, na przekór mrocznej czerni.
****

2 komentarze

  • Ola

    Mam nadzieję, że kryzys już minął. To co napisałaś jest piękne…mam przed oczami film. Fantastyczne opisy,takie szczegółowe.Ten fragment jest mi bardzo bliski „Niemoc to najgorsze uczucie, które wpada nagle do życia i nie wiadomo jak je wywlec. Lola postanowiła pójść na cmentarz przed otwarciem pijalni, musiała mu powiedzieć, że go kocha nadal, chociaż On jest dwa metry pod ziemią, ale że już tak dalej nie może. Bo ta żałoba ją zabija.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *