Blogmas N.2 – Pierwszy poniedziałek grudnia.

Cześć i czołem,

Dzisiaj we Wrocławiu -6 stopni i Dziadek Mróz przyszedł niespodziewanie posypując wszystko mgłą i brokatem. Grudzień nieodmiennie kojarzy mi się z podsumowaniem ubiegłych miesięcy, piciem herbatki i szykowaniem się na nowe wyzwania w Nowym Roku. Pierwszy raz od bardzo dawna czuję, że wszystkie cele, które sobie postawiłam uda mi się zrealizować. Czuję wielką motywację i motylki w brzuchu.

No właśnie, te motylki.

Zapowiadałam na Instagramie pewną niespodziankę, związaną z pierwszym poniedziałkiem grudnia.
Bo widzicie, cztery lata temu pewnego zimowego wieczora byłam bardzo smutna i leżałam w wannie.
Zastanawiałam się, jak zmienić swoje życie na lepsze i co mogę robić lepiej. A czego lepiej już nie robić.

No dobra, prawda jest taka, że wyłam w tej wannie z niemocy. I życiowej i tej twórczej. Aż nagle pojawiła się magiczna myśl – napiszę książkę!

Fabuła z dnia na dzień pojawiała się sama. Bo widzicie, w tej książce duża część to moje życie.
Ale co dokładnie?

Wiedziałam, że musi w niej być czekolada, miłość, zakład pogrzebowy i mroczne, tajemnicze historie.

Wiedziałam tylko tyle, a potem cała reszta mi się przyśniła.

Moi drodzy,

z okazji jutrzejszego Mikołaja, przedstawiam początek mojej książki „Lola i Cynamon”

Ode mnie dla Was – kawałek mojego świata.

 

 

 

10506580_840163049336958_5967709511298903510_o-2

Dziękuję, że jesteście.
L.

 

 

 

*

 

O Loli mak w mieście mówiono wiele. Że dziwna jakaś, że w tych pasiastych koszulkach ciągle biega. Że ciągle tylko ta czekolada i czekolada.
Że jest w tej dziwnej żałobie.
Bo przecież świat się nie kończy na jednej miłości. Prawda?
Nie prawda. Czasami ludzie są głupi. Bardzo bardzo głupi sądząc, że po wielkiej miłości da się wyleczyć serce.

 

Podobno cynamon zmieszany z kakao i zalany tłustym mlekiem czyni cuda.
Lola Mak przestała wierzyć w cuda, rok temu kiedy na podłodze w salonie leżał jej martwy narzeczony.
A przecież tak się modliła. Błagała, płakała, walczyła. Ale nie można wygrać walki ze śmiercią. Ona po prostu przychodzi, zabiera to co jej i zostawia za sobą zapach palonego wosku, wszechobecną czerń i głęboki Ocean smutku, w którym bardzo łatwo się tonie.
Bez względu na kamizelki ratunkowe.
Każdy człowiek ma w swoim życiu takie kamizelki. Dla Loli Mak, której życie zamieniło się nagle w czarny Ocean, wydawać by się mogło, że owej kamizelki brak. Nic bardziej mylnego.
Po prostu czasami trzeba dać sobie podryfować, popatrzeć w biel sufitu, pogdybać nad kuchenną posadzką, zawiesić się nad gotującą się zupą, żeby na końcu i w końcu powiedzieć, że już dość. Panna Mak uszyła sobie najbardziej hermetyczną kamizelkę na świecie. Składała się z muru i drutu kolczastego wokół niej, z nieprzepuszczającego emocji materiału, z anty ludzkim alarmem. Tak jej się przynajmniej wydawało. Niestety, nie było bardziej emocjonalnej osoby na świecie niż Lola. Wszystko miała wypisane w ciemnych oczach ukrytymi pod karmelową grzywką. Drut kolczasty też nie działał, ludzie do niej lgnęli nie tylko ze względu na czekoladę którą przyrządzała według tajnej receptury ale dlatego, że skrywała w sobie wiele zaskakujących tajemnic. I każdy chciał wiedzieć co robi, kiedy pijalnia Czekolady jest zamknięta.
Patrzyła w kosmos z dachu swojej kamienicy i piła różowe wino.
Tańczyła w kuchni do starych francuskich piosenek, gdy za oknem szalały wiosenne burze.
Oglądała brytyjskie komedie romantyczne i zastanawiała się na czym polega angielski humor,
Sprzątała szafę i układała ubrania kolorami.
Do nocy piekła czekoladowe torty ślubne, płacząc że nigdy nikt takiego dla niej nie upiecze, bo przecież skoro Jego już nie ma to nie ma miłości.
Spała w jego piżamach, w tych samych z których śmiała się jeszcze rok temu.
Mówili że nie da rady, że zamknie Pijalnię, sprzeda jednopiętrową kamienicę i wyjedzie do swojej mamy i siostry na Islandię.
Mówili też, że to cud, że nie trafiła do wariatkowa.
Ale Lolę Mak uratowało morze i truskawkowa szminka. Wypracowała sobie system życiowy, który mógł ulec zmianie tylko wtedy, kiedy dopadło ją przeziębienie. Identyczne dni, z przerwami na tańce i kosmos były idealnym systemem obronnym przed życiem. Każdy dzień zaczynał się tak samo.
Szósta rano – Lola wstaję i idzie pod lodowaty prysznic.
Szósta piętnaście – śniadanie czyli owsianka, rumianek i owoce.
Szósta trzydzieści – ubranie, sprawdzenie e-maili oraz wiadomości ze świata,
Siódma – Umycie naczyń po śniadaniu i znoszenie gotowych trufli, pralin, tabliczek czekolady i ciast na dół, do Pijalni.
Poranki nie dawały się zaskoczyć, w zasadzie jedynym zaskakującym elementem były codziennie inne wiadomości.
Potem w ciągu dnia, ruch w pijalni raz większy, raz mniejszy. Jakiś szybki obiad, po zamknięciu radio z muzyką jazzową i książki.
Gorąca kąpiel i sen.
Od roku nie wyjeżdżała.
Od roku bolało ją ciało z tęsknoty za nim. Od roku żyła, ale była martwa.

 

 

10515144_840162932670303_2598356879840516692_o-2

W pierwszy poniedziałek grudnia, gdy śnieg za oknem zaznaczył dosyć stanowczo, że owszem jesień niech sobie jeszcze będzie , ale zima już się wprosiła, zadzwonił budzik o szóstej zero zero. Lola po kolejnej nieprzespanej nocy usiadła momentalnie na łóżku, wyłączyła alarm, i starając się myśleć, jak najtrzeźwiej wstała i zapaliła światło. Uchyliła okno i przytykając nos do wąskiej luki pomiędzy jej mieszkaniem a światem wdychała świeże, nadmorskie mroźne powietrze. Obróciła się w stronę łóżka, usiadła na nim, i pogładziła pustą już od roku prawą stronę materaca. Wyciągnęła z szuflady czarny notes i otworzyła na odpowiedniej dacie. Czarnym piórem zapisała

 

Dzisiaj mija równo rok, jak go nie mam. Może za rok, już nie będzie mnie tak bolało serce, za każdym razem kiedy patrzę na łóżko. Może powinnam je wyrzucić? Nie, nie mogę. Tyle pięknych wspomnień się z nim wiąże. To dziwne, ale nie wyobrażałam sobie życia bez niego. A tymczasem jest życie po nim. Tylko dlaczego to tak strasznie boli? Przecież przysięgłam na wszystkie świętości i czekoladę że już się nie zakocham, więc błagam, niech to już tak nie boli.

Zamknęła kalendarz i powędrowała do łazienki w objęcia lodowatego prysznica. Potem śniadanie, owsianka, owoce, herbata. Włączyła radio i nie minęło pięć minut kiedy nagle nadano komunikat.
Uwaga! Dzisiejszej nocy z zakładu dla obłąkanych w Mordogradzie uciekł groźny pacjent Filip N. Prosimy o ostrożność, może być uzbrojony. Podajemy znaki szczególne : Czarne oczy, ciemne półdługie włosy, wysoki, atletycznie zbudowany. Każdy kto mógł widzieć podejrzanego abo zna miejsce jego pobytu jest proszony o zgłoszenie się na najbliższy posterunek policji.
Lola siedziała jak zamurowana, zakład w Mordogradzie był zaledwie kilka godzin od Nadmorzem. Jednak kierując się ludzką logiką doszła do wniosku, że czego mógłby szukać w jej mieście jakiś szaleniec, podczas gdy za mostem w Tragiasto jest kolejny zakład dla obłąkanych. To nie miałoby sensu, żeby ktoś na własne życzenie wpadał z deszczu pod rynnę.
Ubrała się pospiesznie, i chcąc zdążyć na czas ze wszystkim wybiegła z domu prosto na ośnieżone i pełne małych lampionów molo. Idąc tym długim pomostem mijała co rusz, czerwone latarenki pozostawiane gdzie nie gdzie. Zaczęły się roraty, i adwent. Zwyczaj był taki, że każde dziecko z Nadmorzem idąc z Kościoła do szkoły mijało molo i zostawiało na nim swój podpisany lampion. Lola sama pamiętała, że jej lampion był zawsze na samym końcu molo.
Kiedy dotarła do barierki jej oczom ukazał się najpiękniejszy wschód słońca jaki kiedykolwiek widziała. Zabrakło jej tchu, bo pierwszy raz od dawna wzruszyła się ze szczęścia, a nie z rozpaczy. Lekki wiatr rozwiał jej włosy i trochę jakby tchnął w nią nowe życie.
Znaki. Każdy z nas wierzy w znaki. czasami gdy o coś błagamy niebo, prosimy o jakikolwiek znak, i być może często tego nie zauważamy, ale otrzymujemy więcej niż zdołamy dostrzec. Lola postanowiła w upalnym sierpniu, że jeśli w rocznicę jego śmierci, w grudniu, zaświeci o poranku słońce, to zacznie w końcu żyć. Oczywiście była to kompletna bzdura, ale od zawsze zakładała się sama ze sobą albo z życiem. Nie potrafiła rozliczyć się z przeszłością do czasu aż nie odkryła magii czekolady. Zrozumiałą wtedy, że musi zbudować siebie samą na nowo, na każdej płaszczyźnie swojego życia począwszy od zwykłych ubrań w szafie.

 

10634111_840163332670263_8460529537155819545_o-2
Prosto z molo krętymi uliczkami wyszła do ogromnego parku, pełnego białych drzew i oblodzonych alei. Było pięknie jak w starej baśni o krainie Lodu. W uszach miała słuchawki i muzyka podkreślała każdy moment, była symfonia o śniegu, który skrzypiał i mienił się pod stopami jak najdroższy brokat na świecie. Wyszła z parku i po drugiej ulicy już był cmentarz. Minęła kutą w żelazie bramę obsypaną śniegiem. Weszła w główną cmentarną aleję. Minęła maleńkie zakryte śniegiem nagrobki gdzie spały dzieci – małe aniołki. Idąc dalej, mijając ogromne grobowce, rzeźby kamiennych aniołów, skręciła w lewo i minęła szereg szarych tablic, surowych i prostych. Przy każdej palił się mały znicz , były to groby sióstr zakonnych.
Sztywne za życia, sztywne po śmierci – pomyślała wspominając przez chwilę jedną niemiłą Zakonnicę, która w dzieciństwie byłą okropna dla Loli i jej siostry.
Przeszła dalej, nie spieszyła się, mimo bólu jakiego były pełne cmentarze uwielbiała po nich spacerować. Kiedy umarł, przez pierwsze trzy miesiące godzinami siedziała nad jego grobem. Znała na pamięć rytuały innych ludzi, wdów, wdowców. Wiedziała kto i kiedy i o jakiej godzinie przychodzi na cmentarz, żeby posprzątać, posiedzieć, porozmawiać z ukochaną osobą. Spacerując zawsze zatrzymywała się przy opuszczonych nagrobkach i chwile stała modląc się o tego kogoś nieznajomego. Nie była typem biegającym na każdą niedzielną mszę. Po prostu wierzyła, że jest Bóg, i są anioły i że niekoniecznie dowodem jej wiary będzie msza raz w tygodniu.
Najbardziej blisko czuła się będąc samotnie w Kościele.
Kiedy dotarła pod krzak różu na końcu jednej z alei, jej serce zabiło jak zwykle szybciej a potem zakuło z bólu. Zgarnęła śnieg z nagrobka, i wyciągnęła z kieszeni płaszcza mały, czerwony znicz. Zapaliła go i postawiła na ziemi. Przysiadła na ławeczce i rozglądając się dookoła czy nikt nie widzi ani nie słyszy, zaczęła jak zwykle swój pełen miłości monolog.
Gdyby zmierzyć odległość moich ramion o Twoich wyszłyby jakieś trzy ulice, ten ogromny park na dole, w którym spacerowaliśmy godzinami, i już jesteś. Nawet nie wiesz jak mi jest zimno bez Ciebie, nawet
upalnym latem. Już rok jak Ciebie nie mam. Zimno mi co noc bez Ciebie. Śpię z termoforem, który mi podarowałeś, jak wyjeżdżałeś w swoje ostatnie Himalaje. Zimno Ci? Przepraszam, że pochowałam Cię w dżinsach i kraciastej koszuli. Twoi rodzice chcieli garnitur, ale błagałam ich na kolanach, wiedziałam, że nie lubisz formalności. Wiedziałam, że wyruszyłeś na długą wyprawę, wiem przecież jak kochałeś te swoje sprane dżinsy. A teraz mi marzniesz. Mi. Bo ja jestem Twoja a Ty jesteś mój. Przepraszam – starła łzę uciekającą po policzku i przykucnęła przy płycie nagrobka. Położyła na niej głowę – Stałam nad Twoim grobem jak Cię chowali i tak bardzo modliłam się, żebyś wyszedł z trumny. Ale nie zjawiłeś się, potem rzucali kwiaty do środka, a na końcu tą wstrętną ziemię, która mi Ciebie zakryła. Odkąd Cię nie mam, nie mam miłości. Ale wiesz, radzę sobie. Już wiem jak tynkować, przybijać gwoździe. Sama pomalowałam całe mieszkanie na biało. Miałam dosyć tego dziwnego chaosu dookoła. Wiesz, Czesław wypłynął w rejs dookoła Świata. Anatol go wysłał. Coraz lepiej im idzie w zakładzie, jestem im bardzo wdzięczna. Wybrali specjalne drewno do Twojej trumny, specjalny materiał do środka. Nawet pomogli Twoim rodzicom wybrać ten nagrobek. Myślę, że Ci się podoba. Już pewnie widziałeś, że jest z szarego kamienia, poprosiłam, żeby zasadzili herbaciane róże. Pomyślałam, że skoro to moje ukochane kwiaty to może….może nie będziesz się czuł taki samotny, kiedy mnie tutaj akurat nie będzie. Bardzo za tobą tęsknię. Chyba dzisiaj zrobię czekoladę z solą. Już czas. – wstała, otrzepała kolana ze śniegu – muszę iść, trzeba otworzyć pijalnię, spisać zamówienia na świąteczne ciasta. Do gwiazdki zostało dwadzieścia dni. –
objęła się ramionami – Kocham Cię najmocniej na całym świecie.

 

Wychodząc z cmentarza, który zimą pachniał znienawidzonymi przez nią liliami ktoś nagle na nią wpadł. Zabrakło jej tchu, gdy zbierała się z zaśnieżonego chodnika. Ktoś podniósł ją gwałtownie pytając jednocześnie niskim, przerażonym męskim głosem czy wszystko w porządku. Lola otrzepała się ze śniegu, poprawiła czapkę i gdy upewniła się, że żadna z jej kończyn nie jest złamana obróciła się do mężczyzny, chcąc go uspokoić.

Zamarła.
Był wysoki, ubrany w wojskową kurtkę, z ciemnymi półdługimi włosami. Patrząc mu w oczy zrozumiała ,że stoi twarzą w twarz z nocnym zbiegiem z zakładu psychiatrycznego. Jego oczy były czarne jak kosmos.
– Czy wszystko w porządku, proszę pani? Jest Pani cała? – dotknął przy tym jej ramienia, które było
sztywne ze strachu tak jak ona cała.
– Tttak – wyjąkała drżącym głosem i już chciała odejść gdy nagle usłyszała.
– Przepraszam, jak dojdę na ulicę Cichą ? Szukam Anatola Nolkowicza.
– Przykro mi, nie jestem stąd – wydukała pospiesznie kłamstwo i nie czekając na jego reakcję niemalże
biegiem ruszyła przed siebie.
Wpadła w najbliższą bramę jednej z kamienic, i drżącymi dłońmi wyciągnęła z kieszeni telefon. Rozejrzała się na boki i gdy upewniła się, że nikt jej nie obserwuję wybrała pospiesznie numer Anatola.
– Halo – wyszeptała – halo, Anatol słyszysz mnie?
– Lola? co się dzieję? Czemu szepczesz?
– Anatol, byłam na cmentarzu, ktoś groźny… ktoś niebezpieczny pytał o Ciebie.
– kto?- spytał szepcząc
– Dlaczego szepczesz?
– Ach wybacz, w nerwach udziela mi się nastrój.
– Anatol, szukał Cię….- i zanim zdążyła powiedzieć, ktoś wyrwał jej telefon i drugą ręką przycisnął do
ściany. Nie musiał jej uciszać, z przerażenia głos jej utknął w gardle.
– Anatol, witaj, to ja. Chyba już czas – wysyczał przez słuchawkę
– Witaj Filipie, powiedz Loli, żeby Cię do mnie zaprowadziła, tylko błagam..
– O co błagasz? – celowo podkreślił ostatnie słowo, by zbudować jeszcze większy strach w oczach tej
przerażonej dziewczyny
– Nie wystrasz jej za bardzo, jak się denerwuję to gada za pięciu.
– Naraziesiedzicicho.
– Pewnie jest pod wrażeniem Twoich oczu, zakryj je czymś na boga, bo inaczej ktoś zobaczy i nie zdążysz
nawet opuścić centrum a już będziesz siedzieć w Tragiasto. – Dobrze.
Rozłączył się i wsadził telefon do swojej kieszeni. Spotkał jej zdziwiony wzrok
– Na wszelki wypadek – zasunął zamek i trzymając dalej Lolę pod ścianą spojrzał jej głęboko w oczy. – NiebojęsięCiebiewariacie.
– Nie ładnie tak osądzać przy pierwszym spotkaniu, być może nie zrobiłem najlepszego pierwszego
wrażenia, ale chyba każdy ma drugą szansę. Cisza.
– A więc masz na imię Lola. Ja jestem Filip Nędznik – wyciągnął do niej drugą dłoń na powitanie.
– Wiem kim jesteś – odpowiedziała ignorując jego rękę i korzystając z nieuwagi spróbowała się wyszarpać.
– O nie, tak nie będzie. Najpierw się poznamy.
– Ja jestem Lola, a Ty jesteś Filip, wariat. Co tu jest więcej do powiedzenia?
– W zasadzie to już niewiele.
– Mogęiść?
– Nie.
– Nie? – spytała ze strachem w głosie.
– MusiszzaprowadzićmniedoAnatola.
– O nie, ja nic nie muszę.
Lekko poirytowany brakiem współpracy z jej strony, westchnął i przycisnął ją mocniej do lodowatej ściany kamienicy. Wyciągnął z kieszeni ciemne okulary i wkładając je na nos wysyczał
– Anatol prosił żebyś to zrobiła a jego chyba posłuchasz.
Nie chciał jej wystraszyć, nie spodziewał się że tak zareaguję. Spotulniała w jednej sekundzie o westchnęła głęboko. Zza swoich ciemnych okularów zauważył cały jej strach.
– Ale przysięgasz, ze potem koniec?
– Tak, tylko mnie zaprowadź.
Zacisnęła mocno zęby i ruszyła przodem. Wyszli z bramy, Filip co rusz rozglądał się na boki, wszędzie było pusto. Nic w tym dziwnego im bliżej mostu i cmentarza, tym mniej ludzi. Zawsze tak było.
Mimo słońca rozświetlającego wszystko dookoła śnieg sypał nadal, jak bajeczny brokat.
Minęli kilka kamienic i wyszli na drogę prowadzącą prosto do wzgórza, na którym stała ogromna czarna willa. Wyglądała trochę jak zamek z horrorów z tą swoją żelazną bramą dookoła. Jednak magia zimy nieco złagodziła jej ostre i mroczne rysy. Z jednej strony wzgórza była szeroka droga przystosowana do samochodów, a kiedyś powozów, nieopodal niej kamienne, zaśnieżone i oblodzone schody prowadziły prosto do bram willi Anatola Nolkowicza.
Anatol Nolkowicz był przyjacielem rodziny Mak. Niedawno skończył pięćdziesiąt lat, i miał syna Czesława tuż przed trzydziestką. Podobno jaki ojciec taki syn, jednakże nic bardziej mylnego. Anatol był właścicielem zakładu pogrzebowego Cześć i Czołem! .Niektórzy pewnie by pomyśleli, że przedsiębiorca pogrzebowy jest najbardziej mroczną i tajemniczą postacią. Ale wystarczy dodać do tego słowo ekscentryczny a wyjawia się nam całkiem inny obraz. Anatol był dziwakiem, wysoki i chudy, z czarnymi lokami i bladą twarzą. Cienki wąs nieco za długi jak na gusta co po niektórych, nadawał jego twarzy niezwykle szalonego wyrazu. Błękitne oczy potrafiły przekuć na wskroś niczym sopel lodu. Jednak jeśli ktoś znał go dobrze, to wiedział, że za tymi stalowymi oczami kryję się najbardziej ciepły człowiek na świecie. Był trochę jak ojciec, trochę jak dziadek.
Dla Loli był wszystkim, był rodziną. I najlepszym przyjacielem. Kiedy straciła swoją miłość, to nikt inny tylko Nolkowicz czuwał przy niej na zamianę ze swoim synem, dniem i nocą. Po co psycholog, psychiatra? Przecież złamane serce i nagle pociemniałą duszę leczy się tylko za pomocą przyjaciół, milczenia, rozmów do białego rana i czekolady. Tylko te ciepłe chwile i poczucie, że nie jesteśmy sami, stawiają nas na nogi po tragedii.
Czesław był inny. Wysoki, z blond czupryną odziedziczoną po nieżyjącej już matce krył w sobie wiele tajemnic, których ani Lola ani Anatol nie chcieli na siłę poznawać. Nie wchodzili sobie nawzajem do swojego życia, tak po prostu było. Czesław opiekował się zabytkową latarnią morską i kamiennym domem tuż pod nią. Należała ona kiedyś do ojca jego matki ale kiedy wszystkich zabrakło, a zawód latarnika stał się mniej popularny, wyparty maszynami i elektroniką, zarówno dom jak i latarnia stały puste. Tam właśnie była jego oaza spokoju , z dala od mrocznej willi na wzgórzu, od krzyków rozpaczy, od kostnicy w piwnicy.
Z dala od śmierci.
Samotny, w kraciastej koszuli, nienawidzący śmierci, ale pełen strachu, że jeśli powie ojcu o tym że nie zamierza odziedziczyć zakładu, to nastanie koniec jakiejś epoki. A przecież nikt nie lubi końca.
– Idziesz czy nie ? -Lola zatrzymała się w połowie drogi i zauważyła stojącego Filipa i patrzącego w dal.
– To miasto wygląda jak ślimak.
– No widzisz, ale nikt tu nie jest wolny w przeciwieństwie co do niektórych.
– Jesteś wredna. – spojrzał na nią i ruszył do przodu.
– Wiesz, co ja tu wcale nie muszę być, w zasadzie to droga jest banalna idziesz prosto, dzwonisz do bramy, Anatol wychodzi i Cię wpuszcza. A potem żyjecie długo i szczęśliwie z dala ode mnie. – zatrzymała się by zawrócić i jak najszybciej znaleźć się w sowim mieszkaniu. Miała ogromną ochotę się rozpłakać. Tak po prostu. Zawsze reagowała płaczem na nadmiar emocji. Filip zaszedł jej drogę.
– Gdzie?
– Co, gdzie?
– Gdziesięwybierasz?
– Do siebie, muszę otworzyć Pijalnię czekolady.
– Co, masz dzisiaj dyżur? Jak się spóźnisz to chyba nic się nie stanie? Wątpię żeby ktokolwiek od samego
rana pożerał czekoladę.
– O! – aż zabrakło jej słów z oburzenia – po pierwsze, ja nie mama dyżuru tylko jestem jej właścicielką, po
drugie czekolady się nie pożera, tylko albo pije , albo je ciesząc się jej każdą kostką, po trzecie nie znasz naszych zwyczajów. Tu czekoladę piją wszyscy, jest jak kawa, tylko zamiast wrzodów żołądka i żółtych zębów dostajesz w zamian szczęście i chęć do życia.
– No, ewentualnie dostajesz też próchnicy, lekkiej nadwagi…
– Słuchaj no, ja się z Tobą kłócić nie będę – wskazała ręką na willę – tu jest Twój przyszły dom , a ja
wracam do siebie, żegnam – nie zdążyła go nawet minąć kiedy już przerzucił ją sobie przez ramię jak
dywan.
– Uuu ciężka jesteś, to pewnie od tej czekolady.
– …..
– Milczysz tak? Wy kobiety jak trzeba być cicho to gadacie za stu, a jak trzeba wykazać się elokwencją to
cisza jak makiem zasiał, to chyba coś oznacza, prawda? – spytał tłumiąc śmiech, niesłychanie bawiła go ta
mała uparta dziewczyna. Bo kobietą Lola Mak jeszcze nie była. Przynajmniej w jego oczach.
– Jesteś wariatem, a ja nie będę się kłócić z chorym przez grzeczność.
– Miło wiedzieć, że jesteś grzeczna.
– Bywam.
– I zawsze musisz mieć ostatnie zdanie?
Odpowiedziała mu cisza, i skrzypiąc pod stopami śnieg. Kiedy dotarli do wrót bramy, postawił ją na ziemi. Z rozbawieniem obserwował jak szybkim krokiem podchodzi do domofonu i gwałtownie naciska dzwonek. Lola była zdenerwowana, i tylko jej udawana buta była w stanie ukryć przerażenie które odczuwała.
Nagle drzwi z willi otworzyły się i po kamiennych schodach zbiegł Anatol, ubrany w czarny długi płaszcz. Z uśmiechem na twarzy jak gdyby nigdy nic podbiegł do nich i otworzył bramę.
– Wchodźcie wchodźcie. – przyciągnął zdezorientowaną Lolę za ramię. Szła przodem nie widząc wymiany spojrzeń pomiędzy mężczyznami.
TAM

Dlaczego to tak bardzo boli? Oni nie mogą się ożenić. Babciu Penelopo, pomóż mi. Mówiłaś mi zawsze że o miłość trzeba walczyć, ale ja mam ochotę umrzeć. Dlaczego tak nagle zniknęłaś z mojego życia? Nienawidzę tego miejsca.
Nienawidzę…….
*
W domu Anatola nowoczesność mieszała się z antykami. Ściany pomalowane na szary surowy kolor, rozświetlały stare białe ramki z czarno białymi zdjęciami. Były to zdjęcia psów, członków rodziny, starego cmentarza przed przebudową. Przy samym wejściu, na wprost były ogromne schody, prowadzące do sypialni. Ogromny hol z kamiennymi rzeźbami i kryształowymi wazonami pełnymi białych róż robił wrażenie tajemniczego mrocznego. Posadzka wzorem przypominająca szachownice lśniła czystością. Pomimo surowego, antycznego wystroju w domu było ciepło. Lola jak gdyby nigdy nic, wrzuciła swój płaszcz na stojący wieszak, zdjęła przemoczone od śniegu buty, z szafki obok wyciągnęła swoje stare znoszone wełniane kapcie. Bez słowa wyciągnęła drugie, o wiele rozmiarów większe i rzuciła je pod nogi Filipowi.
wesoło Nolkowicz – chodźmy do kuchni, przy kuchennym stole z herbatą w dłoni, żadne problemy nie są straszne – poprawił kołnierz koszuli i strzepnął niewidzialny pyłek z marynarki.
Kuchnia była ogromna i surowa. Blaszane obudowy sprzętów i półek kontrastowały z bielą kafelek. Wbrew temu co Anatol mówił, nie była to kuchnia w której chciano siedzieć godzinami. Była zimna i nieprzyjemna,
– Masz, załóż, Anatol nie znosi jak po domu chodzi się w butach.
– Dokładnie, przecież dom to oaza spokoju, a nie przechowalnia dla robactwa i błota, nieprawdaż? – rzucił
mimo to usiedli chętnie, woda na herbatę już się gotowała, rum został rozlany do kubków. Filip zauważył że pomiędzy lodówką a zmywarką są drzwi.
– Co jest za tymi drzwiami? – spytał ni stąd ni zowąd.
– Tam Anatol trzyma trupy – Lola upiła łyk herbaty i zakręciła oczami.
– Ach, no tak przecież to jest takie oczywiste – burknął pod nosem i zwrócił się do Nolkowicza – masz to co Ci kiedyś dałem na przechowanie?
– Ach, oczywiście, chodźcie za mną- klasnął w dłonie i pędem ruszył na schody. – Ja tu zostanę, im mniej wiem tym lepiej.
– Jak chcesz – Filip wyszedł z kuchni.
W co ja się wpakowałam? Czy mi się zdaję, czy oni obydwoje zachowują się jak wariaci? O nie, a jak On coś zrobi Anatolowi?
Lola zerwała się z miejsca i pędem ruszyła za nimi. Dotarła na piętro i za głosem trafiła pod drzwi sypialni Anatola, były lekko uchylone. Filip siedział na łóżku do obróconego tyłem Nolkowicza, który grzebał na kolanach w szafie
– O mam ..- podał mężczyźnie czarną walizę.
– Nawet nie wiem jak Ci dziękować.
– Daj spokój, od zawsze mogłeś na mnie liczyć, przecież jestem Twoim ojcem chrzestnym- usiadł obok
niego – Filipie, prawdopodobnie szuka Cię teraz policja, Twój dziadek, i milion innych agentów
specjalnych jak znam życie.
– Co mam zrobić?
– Wymyślimy coś, sprawdź czy działa, zostawię Cię samego. – wstał i ruszył w stronę drzwi, Lola zbiegła
szybko do kuchni.
– Zaraz Ci wszystko opowiem – wyszeptał Anatol wchodząc do kuchni – chodźmy do salonu.
Salon był ogromny i niezwykle przestronny mimo wielkiej sofy i kilku foteli. Granatowa tapeta w białe groszki i kwieciste obicie siedzisk były pozostałościami po żonie Nolkowicza. Od jej śmierci zmianie uległa tylko kuchnia, reszta domu pozostała nietknięta.

Albert podszedł do ogromnego i wysokiego okna, włożył ręce do kieszeni i westchnął. – Widziałaśdzisiajmorze?
– Tak, byłam tam zaraz przed cmentarzem, wiesz, widziałam jak słońce wschodzi.
– Jak się czujesz?
– Chyba wyjadę do Paryża.
– O. – obrócił się z nieskrywanym zdumieniem w jej stronę – a więc już jest rzeczywiście lepiej.
– Można tak powiedzieć.
– Wiem jak to jest, mnie boli nadal jej nieobecność, a każdy trup zabalsamowany w tej piwnicy – wskazał stopą na podłogę – tylko mi o niej przypomina. Aż dziwię się że tak chętnie do nas przychodzisz.
– Też się nad tym ostatnio zastanawiałam, i doszłam do wniosku, że skoro wychowałam się po części w waszym mrocznym świecie to chyba oswoiłam trochę tę śmierć. – odłożyła kubek z herbatą na stolik i podwinęła nogi na sofie – to znaczy tak mi się wydawało aż nie znalazłam go na podłodze, ale już jest lepiej, po prostu już się nie zakocham bo to tylko boli i zawsze się czymś kończy.
– Nieplećbzdur.
– A ile można w życiu przejść? Ja już wyczerpałam limit. Chcę w końcu spokoju. Wystarczą mi jego
piżamy i szary sweter. I czekolada. Wczoraj zrobiłam tą z solą morską.
– Przyjdę dzisiaj do pijalni i spróbuję – uśmiechnął się i usiadł obok – posłuchaj porozmawiajmy o Filipie,
jestem Ci winien wytłumaczenia. Wiem, że się go boisz, widziałem jak drżą Ci dłonie kiedy siedział obok. Po pierwsze nie masz się absolutnie czego obawiać. Znam Filipa niemalże od urodzenia i jedyną krzywdę jaką kiedykolwiek komuś wyrządził, było zapewne zabicie kilku komarów. Filip jest wnukiem mojego mentora ze szkoły pogrzebowej, Fiodor był świetnym nauczycielem, wiedział jak nas zarazić pasją do śmierci. Wiedział kto będzie doskonałym przedsiębiorcą pogrzebowym. Na południu jest największa w Europie szkoła pogrzebowa, z tamtych rejonów pochodzi też dynastia Nędzników. Nikt nie przewidział jednak, że Fiodor będzie gotów wydać wyrok śmierci na własnego syna i synową – rodziców Filipa. Pewnej wiosennej niedzieli, kiedy Filip miał piętnaście lat do ich domu w górach, wtargnęło kilku drabów i z zimną krwią zamordowali jego rodziców i dwie pięcioletnie siostry bliźniaczki. Filip w tym czasie był na obozie wspinaczkowym o czym Fiodor nie wiedział. Więc gdy jego wnuk wrócił do domu, Fiodor
zmyślił bajkę jak to jego syn zamordował całą rodzinę a potem siebie samego. Wymyślił chorobę psychiczną, wmówił Filipowi że jest chory. I gdy ten zaczął zadawać za dużo pytań i łączyć pewne fakty, postanowił za pomocą odpowiednich znajomości i pieniędzy umieścić Filipa w Mordogradzie. Na całe szczęście był tam tylko rok, resztę historii znasz .
– Ale jak on zdołał stamtąd uciec? – spytała po dłuższej chwili, w lekkim szoku.
– Nie wiem. I obawiam się, że nie dowiemy się tego nigdy.
– Dlaczego?
– Widzisz, Filip chce chronić tych co pomagają. Kiedy pakowali go do wariatkowa akurat byłem przy tym.
– Co tam robiłeś?
– Interesy. Kiedy Filip dowiedział się ,że po niego jadą i nie ma ucieczki wybłagał żebym przechował najcenniejszą rzecz jaką wtedy miał. Jego przepustkę do normalności. Akordeon.

 
TAM

Byłam dzisiaj u niego, zwijali namiot, żegnał się z resztą. Zostaję, musi. Jej ojciec nie pozwoli żeby jego córka została z brzuchem.
Ale dlaczego wszyscy dookoła zgadzają się, żebym ja została z połamanym sercem?
*
Jak zwykle o dziewiątej, próg pijalni przekroczył Ferdynand Zasada. Który to z zasady codziennie, od poniedziałku do piątku, zamawiał szybką mleczną z kroplą wanilii. I jak zwykle tuż przed wyjściem kupował dwie różane praliny na wynos, w małym czerwonym pudełeczku.
Dla Panny Zuzanny Nicto.
Panna Zuzanna byłą uosobieniem kobiecości. Niska blondynka, z pięknie zarysowaną talią i bujnymi biodrami, pachnąca zawsze różanymi perfumami. Ubierała się w sukienki, spódnice, koszule w grochy, kwiaty i pończochy. Z lekką melancholią w głosie. Po kątach szeptano o niej że jest starą panną, bo jak inaczej nazwać kobietę po trzydziestce nadal mieszkającą z ojcem?
Gdyby znali jej smutną historię.
Tak więc panna Zuzanna, codziennie umawiała Ferdynanda Zasadę na spotkania, układała stosy papierów, parzyła najlepsze espresso w mieście, zakładała nogę na nogę pod biurkiem i zrzucała niewygodne obcasy.
I codziennie rano, około dziesiątej, obok ramki ze zdjęciem ukochanej kotki Grety, znajdowała dwie różane praliny.
O tym że burmistrz Nadmorzem był zakochany w swojej sekretarce, wiedzieli chyba wszyscy . Niestety kobiecą wadą jest ślepota. Kobiety skupiają się na drobiazgach, nie zauważając rzeczy oczywistych takich jak na przykład miłość wisząca w powietrzu. Wolą czasami policzyć ilość oczek w pończochach, albo skupić się na szukaniu puderniczki w torebce.
W południe pijalnię odwiedziło kilka osób, turystów zwiedzających starą latarnie morską,przejezdnych, było też kilka takich, którzy o pijalni słyszeli w innych miastach. Bowiem rzadko się zdarzało by właścicielka z taką pasją oddawała się poszukiwaniom idealnie skomponowanej tabliczki czekolady.
Gdy wkładała brudne filiżanki do zmywarki, do pijalni jak burza wpadł syn Ferdynanda – Albert Zasada
– Lola! Cześć! Skończyłem dzisiaj wcześniej zajęcia, wiesz zwolnili nas z francuskiego, bo się profesor pochorował. To ja Cię zastąpię a Ty skocz sobie na górę. Zrobisz sobie obiad czy co tam chcesz.
Kiedy matka Alberta odeszła od jego ojca i wyjechała, mały wówczas chłopczyk nie mógł znaleźć swojego miejsca. Ferdynand zabrał syna do pijalni, a prababcia Nela, razem z młodą Lolą pokazały mu magię prawdziwej czekolady. I w ten oto sposób młody Albert przepadł. Co roku, w miarę jak rósł, latem, Lola pokazywała mu co i jak, przekazywała mu receptury. Ufała mu, tak samo jak prababcia Nela. Szczególnie, że ze swojej tajemnicy, chłopak zwierzył się tylko jej. –
A czy Ty nie musisz się uczyć?
– Ja? Ależ skąd ! Ja jestem najlepszy – zawadiacko uśmiechnął się Albert. – No dobra, wiem wiem, pamiętam umowę z Twoim tatą.
– ‚ Jak zawalisz szkołę, to zobaczysz czekoladę raz na dziesięć lat’ – mówiąc jednocześnie, wybuchnęli śmiechem.
– Ciii – Lola przyłożyła palec i śmiejąc się zerknęła na gości pijalni.
Kilka starszych dam przy stoliku oplotkowywało najnowsze nadmorskie wydarzenia. Był też pan ubrany w garnitur w miodowo beżową kratkę. Fioletowe skarpetki wystawały spod nogawek zaprasowanych w kant. Z laptopem na stole, pilnie stukał w klawiaturę. Do Nadmorzem przybywało wielu różnych ludzi. Przyciągała ich zabytkowa latarnia, czekolada i cynamon. Najlepsze wędzarnie ryb i tanie noclegi w okresie letnim.
– Dobra, która jest godzina? – zerknęła na zegarek – trzynasta, idę do Nolkowicza, zanieść mu tarte z kozim serem i gruszkami na obiad. Bo biedak jest sam odkąd Czesław wypłynął.
– Kiedy wraca z morza?
– Jakoś tuż przed samą wigilią.
– A przyniesiesz mi kawałek tej pysznej rzeczy? Proszę, proszę .
– No przecież wiesz, głupolu, że nie będę Cię tu trzymać głodnego – puściła do niego oko – upiekłam w nocy dużo, wiesz nie mogłam spać.
– Dobra to zmykaj, a ja się tu zajmę interesem, jakby przybył książę na białym koniu, który Cię szuka to wyślę go do zakładu pogrzebowego.
– No bardzo śmieszne – kiwnęła z dezaprobatą dziewczyna, narzucając płaszcz.
– Czas żebyś się uśmiechała. Chociaż z tym smutkiem Ci do twarzy. Ciao Bella, spadaj ! – posłał jej całusa.
– Muszę jeszcze skończyć te wszystkie praliny, trzeba je włożyć do chłodni – Starając się ukryć irracjonalne zdenerwowanie przed wizytą u Anatola przed Albertem.
– Guzik prawda, nic nie musisz. Idź już, ja wszystko skończę. Obsłużę jeszcze tego kolesia w fioletowym garniturze , poczekaj– kiwnął głową w stronę sali.
– On tu nadal siedzi? – zdziwiona spytała bo przypomniała sobie, że był już w Pijalni od wczesnego ranka, chyba nawet czekał przed drzwiami na otwarcie.
– No, tak. Zastanawiałem się nawet czy do niego nie zagadać jakoś, wiesz tyle zamówił i siedzi przy tym swoim laptopie i coś tam klepie.
– Co zamówił?
– W ogóle?
– Nie, co zamówił teraz ? – wydmuchała nos czekając na odpowiedź. – Ciasto czekoladowe i earl grey’a.
– Ma już dość.
– Po czym wnosisz?
– To proste, nie może się uwolnić od czekolady bo dostał kopa szczęścia z przecukrzenia, a to ciasto wyszło mi lekko gorzkie, więc podajemy do niego gorące maliny , jak podejrzewam nie chciał ich kiedy mu je zaproponowałeś mówiąc o zbyt małej ilości cukru w cieście, prawda?
– Nnnno tak – był zbity z tropu.
– Bo jego brzuch już zaprotestował. Więc żeby podnieść aromat i poczuć się cudownie zamówił do picia nic innego jak earl grey. Herbatę jak to prababcia Nela mawiała – królewską. No bo wiesz, akurat ten rodzaj herbaty ma w sobie jakąś dostojność i magię.
– Eeeee Ty po godzinach jesteś Sherlockiem Holmesem?
– Nie, ja po prostu kocham czekoladę i znam ją jak starą przyjaciółkę.
– To co, może chcesz zanieść mu zamówienie?
– A chętnie. Przygotujesz? Muszę się ogarnąć przed lustrem bo zapewne wyglądam jak chomik.
– Jak najpiękniejsza na świecie Świnka Morska.
– Spadaj.
– Też Cię kocham.
– Albert…
– No?
– Dziękuję.
– Nie ma za co – posłał jej niewidzialnego całusa – obiecaj mi coś.
– Hm?
– Wrócimy do tej rozmowy, do rozmowy o Nim – spytał nie licząc na pozytywną odpowiedź, znał ją za dobrze.
– Wiesz…. tak. Dobrze.
– NOCOTY?
– Idź szykuj to zamówienie. – Zadziwiasz mnie.
– Nie tylko Ciebie.
Kiedy Albert Zasada odkrajał ogromny kawałek ciasta czekoladowego i kładł go na białym porcelanowym talerzu, Lola bacznie i dyskretnie obserwowała mężczyznę w garniturze. Na jej oko był pomiędzy trzydziestym a czterdziestym rokiem życia. Kwadratową szczękę podkreślały brązowe włosy zaczesane do tyłu i wygolone po bokach. Marynarka wisiała na krześle a On sam w szarej koszuli z podwiniętymi rękawami pisał coś w pośpiechu, waląc palcami głośno w klawiaturę. Nawet The Beatels wyjący z głośników o Lucy, nie byli w stanie zagłuszyć pracy jego palców.
– Gotowe. – Albert przysunął tace z dzbankiem herbaty, filiżanką i talerzem z ciastem w jej stronę.
– Idę. – wzięła ostrożnie ciężką drewnianą tacę i ruszyła przed siebie. Gdy doszła do jego stolika i postawiła ją za laptopem, mężczyzna przerwał i spojrzał na nią
– Dzień dobry, mój pomocnik mówił że siedzi już Pan tutaj cały dzień. Może pomóc w znalezieniu noclegu? Jeśli oczywiście Pan potrzebuje?
– Ach, zasiedziałem się rzeczywiście. I nie wiem jak Pani to robi, ale odgadła że nie mam gdzie spać – odrzekł z lekko wschodnim akcentem.
– Niech no pomyślę – wyciągnęła z kieszeni fartuszka czarny notes i ołówek – proszę, to numer telefonu i adres do pana Emila Nicto – zapisując mu dane czuła na sobie jego badawczy wzrok.
– A ten Pan będzie mnie mógł przyjąć?
– Myślę że tak,ma ogromny dom i w nim pokoje które wynajmuje przejezdnym. Jest poniedziałek, weekendowi goście zapewne już pojechali – podała mu kartkę.
– Nie spyta mnie nawet Pani kim jestem? – udawał rozczarowanego.
– Eee, nie chciałam być wścibska – nieco speszona odpowiedziała zabierając tace.
– Śmiało, jestem pisarzem. – uśmiechnął się szeroko.
– O. A o czym Pan pisze?
– O morzu i zbrodni. Powieść kryminalna. Szukam inspiracji. Mam w planach zostać tu na dłużej.
– To życzę Panu powodzenia. Chociaż proszę mi wybaczyć, w Nadmorzem nic się aż takiego nie dzieję.
– Tu nie. Ale słyszałem o tym miejscu za mostem.
– O Tragiasto? – spytała zdziwiona. Nikt nie pytał dotąd o to mroczne miejsce.
– Dokładnie. Szpital psychiatryczny, sierociniec, więzienie. A to wszystko dzieli od was tylko mały kamienny most. Nie boicie się?
– Mamy pakt – odpowiedziała już bez uśmiechu. – Opowie mi Pani kiedyś o tym.
– Ja niewiele wiem.
– Może jednak.
– Zobaczymy. Podać Panu coś jeszcze?
– Zamykacie już?
– Za godzinę.
– W takim razie na dziś już dziękuję Pani?
– Panno – szybko poprawiła – Lola Mak.
– A więc Panno Lolu Mak, dziękuję za najlepszą czekoladę jaką w życiu piłem. – Dziękuje Panie…?
– Ach Panna wybaczy, jestem Griegorjejewicz. Ganomit Griegorjejewicz.
James Bond wersja Rosyjska – Pomyślała z rozbawieniem i wróciła do zaciekawionego Alberta.
– I co?
– Pytał o Tragiasto.
– No ładnie – pokiwał głową i jeszcze raz bacznie przyjrzał się nieznajomemu. Ciekawe kto mu powiedział o Tragiasto… – pomyśleli oboje.
– Nasz plan jest nadal aktualny?
– Tak.
– Namówisz ojca, żeby przyszedł na wigilię do Ciebie? – Tak.
– A Pannę Zuzannę?
– Tak.
– Ale jak?
– Mama i Tilda nie przyjadą, wczoraj ze mną rozmawiały. Na Islandii szaleją wiatry, lodowate i szybkie jak błyskawica. Nie mogą opuścić wyspy. Poza tym Tilda się zakochała w jednym z polarników z ekspedycji i chce mu zrobić święta w warunkach polowych – Lola podgrzewała garnek leczo w swojej kuchni gdy Albert upewniał się co do ich świątecznego planu – kto by pomyślał że ta smarkula już się zakocha….
– Ile ona ma lat?
– Dwadzieścia, dobrze że po tym jak ojciec od nas odszedł
mama wróciła do czekolady. Wciągnęła w to Tilde i rządzą teraz na Islandii.
– Ty chyba zawsze byłaś sama… mimo wszystko, prawda? – nieśmiało zapytał Albert, bał się czy to za wcześnie na rozmowy o przeszłości.
– Wiesz…- nakładała jedzenie do kremowych misek – po prostu każdy potrzebuje czasem być sam – położyła je na tacy i podeszła do stołu przy którym siedział Albert – bardzo długo myślałam że to moja wina, wiesz to z ojcem…. ale teraz wiem że ten ich mezalians był już z góry przesądzony przez innych ludzi. I żadne z nich nie wiedziało, że nie da sobie z tym rady na dłuższą metę.
– Jaki mezalians?
– Ty nic nie wiesz? – spytała urywając kawałek chleba . – Czego?
– Mój ojciec był z Tragiasto.
– Co Ty mówisz? – zamarł z łyżką przy ustach.

Każde dziecko w Nadmorzem wiedziało, że nie wolno przekraczać wąskiego i długiego na ledwie dwa metry kamiennego mostu. Tam gdzie kończyła się biel i zapach cynamonu, zaczynał się mrok i czuć było w powietrzu smutek. Smutek pachniał dymem i mocną czarną kawą. Miał też w sobie coś z rumu i papierosowego dymu. Kiedy po jednej stronie dzieci biegały i wesoło śpiewały, po tamtej dało się słyszeć płacz. Gdyby wejść do Tragiasto tak z miejsca, bez przygotowania, można by się poczuć jak w innej epoce. Kontrast pomiędzy tymi dwoma miasteczkami był idealnie czarno biały. Od trzystu lat dzielił je pakt, którego złamanie mogło grozić strasznymi konsekwencjami. Jedyną
osobą, która miała prawo wstępu jest Anatol Nolkowicz, to On zajął się pochówkiem dusz z mrocznego miejsca. Albert nie wiedział o pochodzeniu ojca Loli. Jedyną wiedzę jaką posiadał na ten temat było to iż zrobił jej piekło z dzieciństwa.
– Dobra, nie rozmawiajmy o moim ojcu. Zabrało go morze w tamtej katastrofie i koniec koszmaru. – puściła mu oko i wróciła do jedzenia.
– Jak chcesz. Ale i tak jestem ciekaw jak doszło do ich ślubu. – To proste.
– To znaczy?
– Czekolada.
– Chyba mi nie powiesz że czekolada jest odpowiedzią na wszystko?
– Na wszystko może nie – wstała i zebrała brudne miski ze stołu – ale jeśli nie ma na coś dobrej odpowiedzi to czekolada jest najlepszą z możliwych, uwierz mi. A tak poważnie, to naprawdę połączyła ich czekolada, tak samo jak pradziadka Wiktora i Nele. Dlatego kiedy podobna historia przydarzyła się mamie i tacie, to uwierzyli że magia im sprzyja więc zaryzykowali.

Siedzący w kuchni przy papierosie Filip o mało nie dostał zawału gdy usłyszał krzyk. Był to krzyk tak przeraźliwy, że zrobiło mu się słabo
– Anatol? – zawołał w pustą przestrzeń i podszedł do drzwi za którymi znajdowała się piwnica zaaranżowana na kostnicę i miejsce do specjalnego przygotowania zwłok do trumny.
– Anatol! – powtórzył raz jeszcze. Zaczął się już poważnie martwić i już naciskał na klamkę gdy te nagle z hukiem otworzyły się i wypadł z nich przerażony Nolkowicz. Stanął przed Filipem i drżąc złapał go za ramiona.
– To – ttttooo – tto żyje – wyszeptał przeraźliwie. – Co żyje?
– Ooooonnnnna.
– Jaka Ona? – spytał już bardzo przerażony.
– Tam na dole – wskazał palcem w stronę schodów i ostrego białego światła. – Anatol, uspokój się i wyjaśnij mi o co chodzi.
– Jakieś dwie godziny temu dostałem wezwanie do Tragiasto żeby zabrać zwłoki takiej jednej co się otruła. Młoda dziewczyna, bardzo ładna. Byli lekarze i policja, nikt nie chciał żadnej sekcji zwłok. Chyba nawet chcieli jej się bardzo pozbyć więc od razu ją zabrałem tutaj i zacząłem przygotowywać jej zwłoki. Obróciłem się na chwilę po płyn do balsamowania twarzy a Ona … – urwał i zbladł jeszcze bardziej.
– Co? No mów – potrząsnął nim równie przerażony Filip.
– A Ona siedzi na stole i patrzy na mnie tymi swoimi ogromnymi niebieskimi oczami i mówi do mnie „Co mi robisz stary zboczeńcu”. Chyba nigdy tak się nie wystraszyłem.
– Słyszałem Twój krzyk.
– Co teraz… co teraz? – złapał się za głowę.
– Jak to co, dzwonimy po policję i pogotowie.
– Kiedy Ona nie chce.
– Jak to nie chce?
– No po prostu jak jej powiedziałem że zadzwonię po policję i to wyjaśnimy to oznajmiła mi że nie ma mowy i że już wszystko pamięta.
– Schodzę tam – oznajmił i ruszył w stronę schodów z lekkim przerażeniem gdzieś w brzuchu. Minął drzwi i trzymając się metalowej poręczy powoli schodził w dół.

– Filip błagam Cię tylko na nią nie krzycz – szeptał mu za głową Nolkowicz. Nędznik obrócił się do niego twarzą i wyszeptał ironicznie
– Serio?
Gdy byli już na dole i minęli metalowe półki na zwłoki, idąc po białych lśniących kafelkach doszli do głównej sali na środku której stał metalowy stół. A na stole owinięta w białe prześcieradło siedział dziewczyna. Blada jak śmierć, która dopiero ją minęła. Jej długie do pasa jasne włosy zwisały ciężko. Ona sama trzęsła się z przerażenia. Gdy zobaczyła ich stopy podniosła głowę i wyszeptała
– Mówiłam, żebyś nie dzwonił po policję.
– Nie jestem policjantem – odpowiedział oniemiały Filip.
Anatol oparł się o ścianę i głęboko oddychał. Milczał dłuższą chwilę i myślał co dalej. Dziewczyna zsunęła nogi ze stołu i zawinięta biały materiał stanęła niepewnie. Anatol i Filip wstrzymali oddech gdy ta szła powoli w ich stronę.
– Boicie się mnie – z bladym uśmiechem stwierdziła i szła dalej.
– Słuchaj no, idziemy na górę, ale już! – Zebrał się w sobie Filip i pociągnął ją za zimny łokieć
w kierunku schodów.
– Dobra dobra, pójdę sama – wyszarpała mu swoją rękę – ale co dalej?
– Ty – Filip wskazał na Anatola – pójdziesz na górę i zaparzysz mocnej herbaty z rumem, to będzie długa noc – a Ty dostaniesz jakieś ubrania przebierzesz się i wszystko nam opowiesz.
– Bo co? – dziewczyna stanęła naprzeciw Filipa i wzięła się pod boki. – Bo zadzwonię osobiście po policje, wybieraj.
– No właśnie, bo zadzwoni po policję – Nolkowicz stanął za Filipem – wybieraj. Dziewczyna westchnęła i z grobową miną ruszyła w kierunku schodów.
– Tak myślałem.
– No, też tak myślałem.
– Przestaniesz mnie przedrzeźniać? – spytał Filip. – Przepraszam to z nerwów – wyszeptał Anatol.
– Lepiej pomyślmy co teraz.
– Musimy jej wysłuchać.
– To na pewno.
– A potem zobaczymy.
Obydwoje patrzyli jak idzie po schodach na górę. Pokazała im język.
– Baby, zwariować można – westchnął Nolkowicz.
Siedzieli przy stole i pili herbatę z rumem kiedy po schodach w za dużych spodniach z podwiniętymi nogawkami i kraciastej koszuli zeszła Ona. Po długiej kąpieli jej blada twarz nabrała lekko różowego odcienia.
– Siadaj – Filip wstał i gestem wskazał jej miejsce.
– Usiądę jak będę chciała – minęła go i wskoczyła na szeroki kuchenny blat.
– Dobra, to słuchamy szanownej Panienki – Anatol obrócił się w jej stronę i machnął na Filipa
żeby zrobił to samo.
– Czego?
– No ja nie wytrzymam – warknął pod nosem Filip.
– Gdzie ja jestem? – spytała rozglądając się po kuchni.
– W moim domu, w willi Nolkowicza.
– O w mordę. To Pan.
– Nie rozumiem.
– To Pan ma na nas monopol.
– Co?
– No to o Panu mówią u nas Król Śmierci. – zaśmiała się pod nosem.
– Słuchaj no, młoda damo, ja nie mam żadnego monopolu! I nie życzę sobie takich uwag pod
moim dachem!
– Jak tam Pan chce, i tak przed prawdą się nie ucieknie. – spojrzała mu w oczy. – O co tutaj chodzi?
– Och to ten młody nic nie wie?
– Panie Anatolu co Ona bredzi.
– Filipie posłuchaj, Ty nic nie wiesz o Tragiasto….- spojrzał na niego jakby mu chciał wytłumaczyć żeby nie wtrącał się w ich rozmowę.
– Ale ja chętnie posłucham. Wiem że to jest to miejsce za mostem.
– No to rzeczywiście, bystrzak z Ciebie – dziewczyna zeskoczyła z blatu i dosiadła się do ich
stołu – dobra opowiem Wam wszystko. Ale pod jednym warunkiem.
– Jakim? – spytali oboje.
– Zorganizujecie mój pogrzeb.
– No ja nie wytrzymam! – Filip wstał i podszedł do okna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *