Ona i Ja.

Do naszego ślubu zostały trzy tygodnie. Jest kwietniowy wieczór, nad morzem. Tutaj wszystko przychodzi później. Ale zapachu po deszczu nie odszukasz. Już wiosna. Czas rozkwitania. A ja z tej całej radości zapominam o tym oddechu na karku.

Ona za mną stoi.

Nie pozwala mi się nadmiernie cieszyć.

Zabiera produktywne dni.

Zabiera też odwagę do realizacji marzeń.

Ona – depresja.

Mija czwarty miesiąc leczenia. Dni przestały być nijakie i zlewać się w jedną całość. Staram się regulować brwi regularnie i pilnować pór jedzenia posiłków. W sensie jest lepiej. Tak jakby.

Bo był sobie marzec, gdzie nie wiedziałam, że życie się zaczęło tylko przytuliłam się do marazmu. To było straszne uczucie.

Ale najgorsze jakie odczuwam to te wyrzuty sumienia, że jestem niewdzięczna i jakaś taka leniwa. Maile nieodpisane, nie mam porządku i ogólnie jest kiepsko.

Poczucie winy co ciąży na mnie jak wielki głaz. Taki co zatacza w sercu koło.

Czuję się ulepiona z błota, obrastam nim ostatnio cała.

Chciałabym się jednak z nią zaprzyjaźnić, oswoić. Przygotować na nią, tak jak Muminki szykują się na Bukę. Ona też sprawiała, że wszystko dookoła zamarzało i przestało mieć sens.

Kochana Buko, wpuszczam Cię codziennie do swojego życia. Karmię Cię o stałych porach związkami chemicznymi, żeby życie bolało Cię mniej. Karmię zdrowymi rzeczami i wyprowadzam na spacery. Czasami się chowasz i dajesz mi odpocząć.

Wtedy puszczam najgłośniej jak się da stare piosenki Kaliny Jędrusik i Edith Piaf i udaje, że gram w kabarecie. Gdybym nie rysowała, to byłabym aktorką. Bo jak sama wiesz, trochę ukradłaś mi tą część mnie, odpowiedzialną za radość i poczucie piękna. Zabrałaś mi miłośc do samej siebie – te momenty w których ubierałam kiedyś koronkowe sukienki i te czarne szpilki. Pamiętasz jaka byłam?

 

Chciałabym Cię utulić, bo wiem, że to błoto z którego jesteśmy ulepione można spłukać codziennymi dawkami miłości. 

 

Ale w zasadzie, to jestem jednak w tym dobrym momencie. Uczenie się życia na nowo z szerzej otwartymi oczami ma wiele zalet. Odbudowuję relację, cieszę się wiosną i częściej maluję. Uczę się jeść od nowa. Uczę się kochać samą siebie. Pamiętam, że ostatnie lata upływały mi na wielkiej tęsknocie i nostalgii za tym czasem w 2009 roku, kiedy wszystko się zaczęło. Myślałam przez te dalsze lata, że już nic dobrego mnie nie czeka, i tamten rok, był takim deserem przed gorzkim lekarstwem rzeczywistości.

Na szczęście tak bardzo bardzo się myliłam. Teraz mam 27 lat i dopiero oddycham swobodnie. Wiem o świecie o wiele więcej i kilka razy udało mi się powstać jak feniks. Wiem co to znaczy jak boli Cię wszystko z niekochania i niedotykania.

 

Wydaje mi się, że depresja była we mnie uśpiona. I obudziła się jak Muminek w środku zimy – w nieodpowiednim czasie.

To moja lekcja. Lekcja życia.

 

 

Dobrze, że mimo wszystko są te piękne momenty, w których jest po prostu dobrze.

Rozwieszanie prania i zapach czystości w domu.

Dobre zmęczenie po długim spacerze.

Zatopienie się w książce.

Długa kąpiel.

Trzymanie za ręce.

Wtulanie się w jego ciepłe plecy w środku nocy.

Sierść Kory nad ranem, kiedy pakuje się do łóżka, żeby się przytulać.

Zapach świeżo zmielonej kawy.

Zwykłe niezwykłe życie.

 

Boziu… za trzy tygodnie będę żoną …. naprawdę.

 

Lola

 

 

 

 

Dlaczego biorę Ślub?

Początkowo ten wpis miał mieć tytuł  „Ślub Kościelny czy Cywilny” ale zrezygnowałam z tego pomysłu, bo nie chciałam robić jakiejś słownej przepychanki na argumenty.

Każdy wybiera sam.

Oczywiście są też ludzie, którzy decydują się na życie bez ślubu i ja to szanuję. W sensie – nie moja sprawa.

Tak jak to, jaki rodzaj ślubu bierzesz.

Jednak im bliżej do Naszego, to nachodzą mnie myśli pełne pewności i szczęścia, że dobrze robię. Nie mogę się wprost doczekać twarzy Kamila, kiedy będzie mnie widział przy Ołtarzu. Wiecie, najpiękniejsze w tym wszystkim są przygotowania.

Ale właściwie dlaczego? Po co mi to? Na co mi ten szumnie nazywany z prześmiewczą pogardą „papierek” – a na nic. Tu nie o papierek tu chodzi. Tu chodzi o pewność i o obietnicę złożoną sobie samym przed naszymi rodzinami i przyjaciółmi.

Tu chodzi o moje życie i poczucie bezpieczeństwa. Miałam szczerze dosyć nieodpowiedzialnych facetów, egoistów. Poznawałam ich na randkach przez 3/4 2016 roku. Przewijało się zawsze hasło „bez zobowiązań”  albo moje ulubione „wiesz, nie jestem gotowy na związek ale możemy spędzać razem MIŁO czas”

Doszło do tego, że całkowicie zwątpiłam w mężczyzn a ja chciałam związać się z kimś normalnym. Z kimś z kim będę na dobre i złe. Odkąd pamiętam nie miałam silnego męskiego autorytetu. Zawsze była kobieca siła. Potem przez kilka lat moja siła gasła tkwiąc w nie tym związku co trzeba.

Więc jak już pogodziłam się z tym, że generalnie takich facetów już nie ma, to oczywiście jak w książkowym przykładzie poznałam Kamila.

Po dwóch tygodniach znajomości, na Helu, na naszej randce sam na sam – wszystkie przed tą były z Korą, bo testowałam jak ją traktuje – zapytał mnie oficjalnie, czy będziemy razem… A ja wiedziałam, że to TEN. Na Helu zaczęliśmy też rozmawiać o ślubie, tak jakby to była naturalna kolej rzeczy. Wiem, to brzmi jak ckliwa magia. Miłość.

 

Gdybym miała powiedzieć szczerze dlaczego wychodzę za mąż, to wychodzi mi jedno zdanie.

Bo lubię jak jest trudno.

Małżeństwo sprawia, że daliśmy sobie słowo i będziemy naprawiać wszystkie popsute części naszego życia. A słowo które daje nam Mężczyzna jest dla mnie czymś niesamowitym. Większość facetów z którymi miałam do czynienia tego nie robiła, nie dotrzymywała słowa – w sensie nie to, że jestem rozwódką – ale mieli problem ze składaniem obietnic i naprawianiem.

Z doświadczenia wiem, jak łatwo jest się rozstać kiedy nic was nie łączy. Nie było Ślubu a dojrzałość do bycia w związku była tylko po jednej stronie – mojej.

Łatwo jest wtedy rzucić hasłem ” wiesz, już chyba Cię nie kocham” … kiedy Ty sama masz serce wypełnione nim po brzegi jak wanna…On jest jak małe dziecko, które w niej się pluska i bez skrupułów wyciąga korek.

Łatwo jest też być z kimś kilka lat, w sumie jesteśmy zaręczeni ale daty nie ma. Jest jak jest. Związek przechodzony i wypalony i wcale nie jak stare małżeństwo – stare małżeństwa mają to do siebie, że właśnie są małżeństwami i wzięli się na dobre i złe.

Potem Ty mnie nie zauważasz, ja nie zauważam Ciebie. Jego romans z koleżanką w pracy i Twoje nadzieje, że będzie lepiej, że On się zmieni. Ale na myśl o Ślubie z Nim było Ci niedobrze. – to moje dwie historie.

Dwóch chłopców przed Kamilem złamało mi serce tak, że byłam pewna, że już się nie poskleja.

Byłam wyprana z uczuć a na randki chodziłam dla sportu i sukienek, żeby nie tkwić w domu w dresie jedząc chipsy.
Ostatnią rzeczą jakiej chciałam w życiu, była wizja mnie jako singielki chodzącej na randki. Chciałam w sobotnie poranki smażyć naleśniki i przerywać oglądanie filmów całowaniem. Chciałam być przytulana w nocy kiedy śniłam koszmary.
Chciałam, żeby ktoś naprawdę trzymał mnie za rękę.
Marzyłam o normalnym chłopaku, który będzie chciał tych samych prostych rzeczy. Który będzie szanował mnie i rodzine. Który będzie pracowity. Wyrozumiały.
Nie, żebym robiła jakąś listę… chciałam normalności jak kiedyś. Zanim co drugi koleś mianował siebie CEO na LinkedIn, zanim faceci stali się strasznymi egoistami. 

Rysowałam prawie codziennie zakochane pary, wasze pełne miłości portrety i słuchałam w tle kryminałów, żeby się nie rozpaść na kawałki, bo tak mnie bolało gdzieś w środku na myśl, że ja to już może nigdy….

No i trafił mi się cud jak kamień z Kosmosu.

 

Co oznacza, że naprawdę cuda się zdarzają.

Ja naprawdę nie byłam jedną z tych dziewczynek, które czekają na Księcia i grają scenki ślubne. Moją idolką była Bella z bajki „Piękna i Bestia” – chciałam poznawać Świat i wiedziałam gdzieś tak od zawsze, że moje życie to nie Pyskowice czy nawet Gliwice. Moja dusza telepała się wewnętrznie jak na dobrej sesji egzorcyzmu. Z jednej strony chciałam być dzika jak wilk, niezależna, groźna. Nie dać się już więcej ranić. A z drugiej strony marzyłam o swoim stadzie.

O tym, żeby mieć z kimś stół.

Okrągły taki.

Z czekoladowego drewna i wygodnymi krzesłami.

Stół gdzie toczy się życie.

Ja mu usiądę na kolanach i będziemy jeść razem tosty francuskie na śniadanie słuchając radia.

Wypijemy przy nim litry herbaty i przegadamy o wszystkim całe noce. Nie tylko w pierwszej fazie miłości ale zawsze.

Do końca życia.

Stół przy którym będziemy siadać z przyjaciółmi, grać w gry, pić prosecco a Kora będzie pod nim spała słuchając naszych sucharów rzucanych jak z magicznego kapelusza wstydu.

Gdzie będę robić chleb, pierogi, ciasta.

Gdzie będziemy robić inne rzeczy.

Stół na nasze życie.

Taka jest dla mnie właśnie ta niesamowita jedność którą czuję na myśl o ślubie z Nim.

Razem jesteśmy jak stół. Uniesiemy razem wszystko. Przegadamy wszystko.

 

Dlaczego biorę ślub?

Czy ja w zasadzie chce się z tego tłumaczyć?

Nie i nie chcę nikogo namawiać.

Każdemu życzę tej guli w gardle ze wzruszenia jak będzie moment oświadczyn i padną ważne i piękne słowa.

Tego wzruszenia z pewności, że oto przede mną stoi człowiek, który jest moim przyjacielem i widzi mnie całą taką jaką jestem. Bez warunków, bez zasad, bez negocjacji – bierze mnie ze wszystkimi wadami i ja jego tak samo. Bo razem się jakoś łatwiej naprawiać.

Kamil sprawia, że jestem bezpieczna, a ja dodaję dzikości do jego poukładanego życia.

Po prostu.

 

Lola.

 

 

Happier.

Mija jakoś 16 lat od nocy w której znienawidziłam jedną piosenkę Edyty Górniak.

16 lat odkąd każda następna noc przez następne dwa-trzy lata była koszmarem.

Za miesiąc zamieszkam z Nim w naszym miejscu. Pół godziny spacerem przez las od morza. Miejscu gdzie będę mogła wreszcie piec ciasta i w miejscu w którym będę się czuła bardzo, bardzo bezpiecznie.

Zastanawiałam się długo czy opisać Wam tutaj to wszystko. Znam wspaniałe blogerki, które dzielą się bolesnymi tematami. Depresją, stratą dziecka, problemami. I jestem z nich dumna i bardzo, bardzo je podziwiam za tą odwagę. Bo zawsze będzie wśród ich czytelników ta jedna ważna osoba, której pomogły. Teraz są czasy na to, żebyśmy my Dziewczyny zabrały głos.

A ja dzisiaj mam w sobie jakąś siłę ( chociaż pisząc to strasznie płaczę i słucham Oasis ), która każe mi napisać tą historię.

Moją historię.

Wychowałam się w Pyskowicach.

Małym śląskim miasteczku gdzieś na końcu świata. Tamto miasteczko było moim całym światem. Las, łąka, rzeka Drama ( serio) i ten zapach w powietrzu co zawsze zwiastował dziwne zdarzenia. Z jednej strony piękne rzeczy a z drugiej Pyskowice zawsze miały w sobie lekką creepy nutkę. Tim Burton mógłby tam zrobić kawał fajnego filmu. Mieszkaliśmy w starej dziwnej kamienicy, bo miała nieoczywistą fasadę. Pod nami był sklep monopolowy a ciut w lewo zakład pogrzebowy. Na przeciwko ogromny salon meblowy, który jest teraz TESCO a trzy minuty dalej był już rynek. W niedzielę budziły mnie często kościelne dzwony. Sama byłam Marianką ale szybko odkyłam, że dziewczynki i siostry zakonne potrafią być bardzo złymi ludźmi więc odeszłam. Moje okdrycie o tym zbiegło się w czasie z innym odkryciem,

Była noc, miałam chyba 10 lat, może mniej. W radio leciała piosenka Edyty Górniak – potrafiłam wtedy zasypiać tylko przy muzyce. Coś mnie obudziło. Jakiś hałas.

Usłyszałam dramatyczny i jednocześnie najgroźniejszy szept.

– zabije Cię.

To mój tata.

Tamtej nocy odkryłam, że regularnie bije mamę i że cała nasza „idealna” rodzinna otoczka to bajka.

Wiem jak boli Cię brzuch ze strachu za każdym razem kiedy słyszysz w nocy domofon bo on przyjechał.

Wiem jak to jest spać w butach i kurtce w środku zimy bo nigdy nie wiesz czy on nie skrzywdzi mamy i nie trzeba będzie biec po pomoc.

Wiem jak to jest kiedy ze stresu dostajesz trądziku który drapiesz a dzieci w szkole się z Ciebie śmieją.

wiem jak to jest kiedy nauczycielka matematyki trzymająca z nim sztamę, poniża Cię przy całej klasie i szarpie Cię na szkolnym korytarzu mówiąc, że jesteś tumanem.

Myślicie, że komuś powiedziałam?

Nie.

Nie wiedziałam, że mogę.

Miałam 10-11 lat i czułam się jak dorosły człowiek z depresją.

Tamte lata były mgłą strachu, braku wsparcia i wiedzy. Wszyscy się bali, wstydzili prosić o pomoc.

Prawdopodobnie wtedy wmówiłam sobie, że jestem słaba. A tak naprawdę byłam najsilniejszą Lolą na świecie i chętnie bym siebie samą wtedy przytuliła i powiedziała, że będzie dobrze.

Udało nam się wyjść z tego koszmaru, chociaż mogłabym tu opisać wam naprawdę bardzo dokładnie jak wyglądało wtedy moje życie. Ale już nie muszę i nie chcę. Długo to trwało zanim zbudowałam siebie od nowa. Zanim zamieniłam strach na odwagę. Dopiero dwa lata temu przestałam się bać mojego ojca. I przysięgam, że nigdy nie zapomnę tej pierwszej nocy od bardzo dawna, w której przestałam się bać i mogłam zasnąć spokojnie. Bo byłyśmy bezpieczne.

 

 

Zawsze kiedy w moim życiu nie dzieje się za ciekawie, myślę sobie, że przetrwałam już tyle własnych końców świata, że dam radę. Choćby nie wiem co. Nie boję się wam tutaj pisać o tym wszystkim, bo te wszystkie końce świata wydały mnie na świat taką jaką jestem teraz. Spotykałam się z hejtem wszędzie, w szkole, w pracy, w rodzinie, wśród znajomych.

Poważnie mnie bawi, jak ludzie myślą, że jestem naiwna, nic nie wiem o życiu i takie tam.

A ja przetrwałam dzięki temu, że rysuję.

Pytacie kiedy zaczęłam na poważnie.

Na poważnie wtedy, kiedy w moim życiu nie było światła. Było ciemno. I zimno. I czasami było też głodno.

 

Teraz mam taki dziwny marcowy czas gdzie jestem w rozkroku pomiędzy mrokiem zimy a radością wiosny. Trochę problemów się naskładało. Życie.

A ja muszę być cały czas dzielna i silna i iść do przodu. I nie mam siły. I chciałabym zniknąć i przespać problemy.

Czuję że pomiędzy mną a mną kiedyś jest wielki Ocean smutku, łez, strachu i … nadziei. Bo gdyby nie ten głos w moim sercu to nie wiem jak mogłabym to wszystko przetrwać. Dlatego jeśli myślisz, że jesteś słaba ( wiem, że są tu same dziewczyny ) i że nie dasz rady, to musisz wiedzieć, że to minie.

Wszystkie smutki jak romanse – po coś nam się przydarzają.

Nie umiem w ten cały kołczing. Umiem za to w swoje życie – czasem lepiej czasem gorzej. Ale przetrwałam to.

Chcę Ci powiedzieć, że nie jesteś z tym sama.

I musisz – i piszę to z całą świadomością – musisz włączyć w sobie ten guzik z nadzieją a potem posłuchać co mówi Twoje serce. Bo ono zawsze Cię poprowadzi.

Mnie poprowadziło nad morze a 3 września 2017 szłam z sercem na dłoni do Kamila. I jak mnie przytulił, to poczułam się jak w domu.

 

Za którym tęskniłam całe życie.

Bo okazuje się, że to o Kamilu myślałam mając sześć lat i całując misia. Co prawda wyobrażałam sobie też wtedy Leonardo di Caprio ale ciii….

Zupełnie jakbym wróciła po wielkiej burzy do domku w lesie. W którym pachnie kakao i jest dużo przytulania.

 

 

 

L.