Happier.

Mija jakoś 16 lat od nocy w której znienawidziłam jedną piosenkę Edyty Górniak.

16 lat odkąd każda następna noc przez następne dwa-trzy lata była koszmarem.

Za miesiąc zamieszkam z Nim w naszym miejscu. Pół godziny spacerem przez las od morza. Miejscu gdzie będę mogła wreszcie piec ciasta i w miejscu w którym będę się czuła bardzo, bardzo bezpiecznie.

Zastanawiałam się długo czy opisać Wam tutaj to wszystko. Znam wspaniałe blogerki, które dzielą się bolesnymi tematami. Depresją, stratą dziecka, problemami. I jestem z nich dumna i bardzo, bardzo je podziwiam za tą odwagę. Bo zawsze będzie wśród ich czytelników ta jedna ważna osoba, której pomogły. Teraz są czasy na to, żebyśmy my Dziewczyny zabrały głos.

A ja dzisiaj mam w sobie jakąś siłę ( chociaż pisząc to strasznie płaczę i słucham Oasis ), która każe mi napisać tą historię.

Moją historię.

Wychowałam się w Pyskowicach.

Małym śląskim miasteczku gdzieś na końcu świata. Tamto miasteczko było moim całym światem. Las, łąka, rzeka Drama ( serio) i ten zapach w powietrzu co zawsze zwiastował dziwne zdarzenia. Z jednej strony piękne rzeczy a z drugiej Pyskowice zawsze miały w sobie lekką creepy nutkę. Tim Burton mógłby tam zrobić kawał fajnego filmu. Mieszkaliśmy w starej dziwnej kamienicy, bo miała nieoczywistą fasadę. Pod nami był sklep monopolowy a ciut w lewo zakład pogrzebowy. Na przeciwko ogromny salon meblowy, który jest teraz TESCO a trzy minuty dalej był już rynek. W niedzielę budziły mnie często kościelne dzwony. Sama byłam Marianką ale szybko odkyłam, że dziewczynki i siostry zakonne potrafią być bardzo złymi ludźmi więc odeszłam. Moje okdrycie o tym zbiegło się w czasie z innym odkryciem,

Była noc, miałam chyba 10 lat, może mniej. W radio leciała piosenka Edyty Górniak – potrafiłam wtedy zasypiać tylko przy muzyce. Coś mnie obudziło. Jakiś hałas.

Usłyszałam dramatyczny i jednocześnie najgroźniejszy szept.

– zabije Cię.

To mój tata.

Tamtej nocy odkryłam, że regularnie bije mamę i że cała nasza „idealna” rodzinna otoczka to bajka.

Wiem jak boli Cię brzuch ze strachu za każdym razem kiedy słyszysz w nocy domofon bo on przyjechał.

Wiem jak to jest spać w butach i kurtce w środku zimy bo nigdy nie wiesz czy on nie skrzywdzi mamy i nie trzeba będzie biec po pomoc.

Wiem jak to jest kiedy ze stresu dostajesz trądziku który drapiesz a dzieci w szkole się z Ciebie śmieją.

wiem jak to jest kiedy nauczycielka matematyki trzymająca z nim sztamę, poniża Cię przy całej klasie i szarpie Cię na szkolnym korytarzu mówiąc, że jesteś tumanem.

Myślicie, że komuś powiedziałam?

Nie.

Nie wiedziałam, że mogę.

Miałam 10-11 lat i czułam się jak dorosły człowiek z depresją.

Tamte lata były mgłą strachu, braku wsparcia i wiedzy. Wszyscy się bali, wstydzili prosić o pomoc.

Prawdopodobnie wtedy wmówiłam sobie, że jestem słaba. A tak naprawdę byłam najsilniejszą Lolą na świecie i chętnie bym siebie samą wtedy przytuliła i powiedziała, że będzie dobrze.

Udało nam się wyjść z tego koszmaru, chociaż mogłabym tu opisać wam naprawdę bardzo dokładnie jak wyglądało wtedy moje życie. Ale już nie muszę i nie chcę. Długo to trwało zanim zbudowałam siebie od nowa. Zanim zamieniłam strach na odwagę. Dopiero dwa lata temu przestałam się bać mojego ojca. I przysięgam, że nigdy nie zapomnę tej pierwszej nocy od bardzo dawna, w której przestałam się bać i mogłam zasnąć spokojnie. Bo byłyśmy bezpieczne.

 

 

Zawsze kiedy w moim życiu nie dzieje się za ciekawie, myślę sobie, że przetrwałam już tyle własnych końców świata, że dam radę. Choćby nie wiem co. Nie boję się wam tutaj pisać o tym wszystkim, bo te wszystkie końce świata wydały mnie na świat taką jaką jestem teraz. Spotykałam się z hejtem wszędzie, w szkole, w pracy, w rodzinie, wśród znajomych.

Poważnie mnie bawi, jak ludzie myślą, że jestem naiwna, nic nie wiem o życiu i takie tam.

A ja przetrwałam dzięki temu, że rysuję.

Pytacie kiedy zaczęłam na poważnie.

Na poważnie wtedy, kiedy w moim życiu nie było światła. Było ciemno. I zimno. I czasami było też głodno.

 

Teraz mam taki dziwny marcowy czas gdzie jestem w rozkroku pomiędzy mrokiem zimy a radością wiosny. Trochę problemów się naskładało. Życie.

A ja muszę być cały czas dzielna i silna i iść do przodu. I nie mam siły. I chciałabym zniknąć i przespać problemy.

Czuję że pomiędzy mną a mną kiedyś jest wielki Ocean smutku, łez, strachu i … nadziei. Bo gdyby nie ten głos w moim sercu to nie wiem jak mogłabym to wszystko przetrwać. Dlatego jeśli myślisz, że jesteś słaba ( wiem, że są tu same dziewczyny ) i że nie dasz rady, to musisz wiedzieć, że to minie.

Wszystkie smutki jak romanse – po coś nam się przydarzają.

Nie umiem w ten cały kołczing. Umiem za to w swoje życie – czasem lepiej czasem gorzej. Ale przetrwałam to.

Chcę Ci powiedzieć, że nie jesteś z tym sama.

I musisz – i piszę to z całą świadomością – musisz włączyć w sobie ten guzik z nadzieją a potem posłuchać co mówi Twoje serce. Bo ono zawsze Cię poprowadzi.

Mnie poprowadziło nad morze a 3 września 2017 szłam z sercem na dłoni do Kamila. I jak mnie przytulił, to poczułam się jak w domu.

 

Za którym tęskniłam całe życie.

Bo okazuje się, że to o Kamilu myślałam mając sześć lat i całując misia. Co prawda wyobrażałam sobie też wtedy Leonardo di Caprio ale ciii….

Zupełnie jakbym wróciła po wielkiej burzy do domku w lesie. W którym pachnie kakao i jest dużo przytulania.

 

 

 

L.