To co mam.

To co mam.

Kilka sukienek w paski.

Różowe sweterki.

Koronki w bieliźnianej szufladzie.

Cierpliwość.

Siłę.

Dorosłość.

Zrozumienie.

Pewność.

Rysowanie.

Jeszcze nie mam zestawu obiadowego dla więcej niż jednej osoby.

I dużych łyżek do zupy.

Nie mam też piżamy w jednorożce.

Ale nauczyłam się, że wszystko w naszym życiu jest kwestią czasu.

Bo czas zawsze pokazuje, czy to o czym marzyłam jest warte czekania. Bo po drodze drogowskazy często nie prowadzą przez brokat, tęcze i różowe chmurki. Najwięcej jest tam mgły, trochę deszczu ze słonecznymi przebłyskami.

Znajdą się też na tej drodze ludzie, którzy będą Cię chcieli zawrócić, utopić Cię w smutku i podstawią Ci nogi jak chłopcy na szkolnych korytarzach.

Ale trzeba iść.

To jest trochę tak, że ja coś sobie sama obiecałam. I ciężko mi będzie jak tego nie zrobię. Ale wbrew pozorom nie chodzi o nagrodę, która potencjalnie czeka na mnie na końcu. Chodzi o tą drogę, w którą świadomie zdecydowałam się wyruszyć. Bez mapy oprócz tej w sercu. Z psem. Ciężkim plecakiem – tym życiowym.

Czego jeszcze się nauczyłam?

Obserwuję moje znajome, koleżanki. I nie rozumiem, dlaczego tak piękne i silne kobiety dają się stłamsić i nie walczą o swoje marzenia?

Dlaczego ja słyszę ciągle

Och Lola! Jesteś taka odważna.

Och Lola, ja bym się nie zdecydowała.

Jak podróżujesz z psem?

Nie boisz się?

Ja bym tak nie mogła.

A Lipton! Bo właśnie, że byś mogła.

Każdy może.

Tak samo, jak każdy jest w naszym życiu po coś.

Nie wiem jak to się stało, ale nagle przestało mnie boleć. Tak po prostu.

Złotym środkiem okazało się skupienie na sobie i swoim rozwoju.

Na tym co mam.

Kora, rysowanie, earl grey w kubku, spacer o świcie w parku, przeprowadzka TAM. Nowy zapach cynamonu.

Dzięki komuś zaczęłam pisać swoją pierwszą bajkę, którą zaraz skończę. Tak po prostu. Sama się piszę.

Magia.

 

I wolę swoje spokojne wieczory z rysowaniem, Korą pod kocykiem i dokumentami kryminalnymi w tle.

Niż niepewność.

Bieganie na dziwne randki.

Udawanie i staranie się.

To co mam tu i teraz jest najważniejsze.

Po prostu.

 

Lola – zdrowa egoistka.

Freelancing – droga do wolności?

Czy bycie freelancerem sprawia, że komfort naszego życia jest lepszy?

Co to w ogóle znaczy?

Czy to jest wolność?

 

mem1

 

Na takie i inne pytania miałam szansę odpowiedzieć w zeszłym tygodniu w ramach spotkań Koła Naukowego touchpoint w fundacji FOOD THINK TANK na wrocławskim Nadodrzu.

 

Żeby było jasne, to

 

Freelancing dla mnie, nie jest drogą do wolności

 

Szok, niedowierzanie, ale że jak? – Mniej więcej takie reakcje namalowały się na twarzach ludzi, którzy przyszli na spotkanie. Nieco też zbiłam z pantałyku Pana prowadzącego. A że ostatnio mam talent do zaskakiwania ludzi, to wcale mnie te miny i reakcje nie zaskoczyły.

Czy bycie freelancerem sprawia, że komfort naszego życia jest lepszy?

Moim zdaniem nie. W moim życiu poczucie bezpieczeństwa wiąże się też z tym, że nie martwię się o to, czy mam za co zapłacić rachunki. Ogromnym wsparciem psychicznym jest moja praca zawodowa, w której zarabiam i zbieram ogromne doświadczenie, które mogę wykorzystywać w swojej pracy Freelancera. Śmiało mogę powiedzieć, że nie bałabym się być tylko na ‚freelansie’, mając drugą osobę w swoim życiu. I tutaj nie chodzi o milionera ani o księcia z bajki a raczej o kogoś, kto jest wsparciem i w razie czego sobie poradzimy. Ale teraz niczym prawdziwa kobieta pracująca codziennie biegam do biura, potem do domu, spacer z psem, jakieś porządki i siadam do rysowania. Nie zawsze udaje mi się utrzymać stały rytm dnia ze względu na moje ostatnie problemy zdrowotne, ale taki czas na zatrzymanie się i oddech też jest bardzo, bardzo ważny.

Ostatnio miałam przyjemność rozmawiać z właścicielem firmy KŁOSY. Zastanawialiśmy się przez chwilę z Piotrkiem co zrobić, żeby nie zatracić się w swojej pasji. Wyszło na to, że zwierzęta są zawsze dobrym pomysłem. Mnie przed przeginaniem hamuje Kora. Codziennie walczę sama ze sobą o lepszą organizację czasu i samodyscyplinę. Na każdym polu. Zawodowym, życiowym, kobiecym. I chociaż częściej teraz upadam, to wiem, że w tym roku stanę bezpiecznie na nogi.

Bo właśnie zawsze chodzi o poczucie bezpieczeństwa.

Bycie wolnym, to nie tyko kwestia tego, że zamiast na ósmą rano biec do biura w szałowej sukience, to siadam w piżamie w Muminki i rysuję – to jest super przez pierwszy tydzień.

Bycie wolnym to samodyscyplina, której nauczysz się najlepiej na stażu, w pracy kreatywnej. Ale nie tylko.

Moim zdaniem nie da się być od razu Freelancerem. Trzeba ciężko pracować, bo dla mnie freelancing, to nagroda.

Nagroda za ciężką pracę, za upór i dążenie do celu.

Na spotkaniu padło wiele pytań. Na przykład to jak organizuje sobie czas. Jak to jest, że po pracy wracam do pracy.

Mam to szczęście, że mam podzielną uwagę. Mogę więc jednocześnie rysować i oglądać filmy dokumentalne o seryjnych mordercach, kosmosie, Muminki, Przyjaciół albo słuchać starych piosenek.

Mnie rysowanie napędza.

Sprawia, że jestem szczęśliwa i spełniona. Mam dzięki temu odwagę marzyć i te marzenia zamieniać w swoje cele a cele rozpisywać jak mapę do nowego życia.

Dzięki rysowaniu osiągnęłam już bardzo dużo.

Mam pracę, pasję, swoje wewnętrzne rozterki zamieniam na bajki, ilustracje i pisanie. Piszę dużo i bardziej rozumiem swoje uczucia.

Rysowanie mnie układa na nowo. Rysowanie jest wszystkim.

Czy kiedyś będę żyła tylko na „freelansie” ?

Dałam sobie czas do trzydziestki. Jeszcze wiele nauki przede mną. Wiele nowych inspirujących ludzi.

Teraz myślę najdalej tydzień do przodu. Kiedyś mnie tu nie było. Byłam za bardzo w swoich marzeniach i oczekiwaniach wobec samej siebie, zamiast w rzeczywistości.

I tak dzięki temu zmarnowałam wiele czasu. Więc na spacerach z Korą praktycznie nigdy nie słucham muzyki. Spaceruję będąc tu i teraz. Planuję kolejne dni, ustalam w głowie priorytety, wyciszam stres.

Samodyscplina to klucz do wszystkiego.

Ciągle się jej uczę, ale wiem, że wdrożona i stosowana przynosi niesamowite efekty.

Pytań padła cała masa, niestety gdybym chciała opisać tutaj całe spotkanie, to wyszedłby poemat.

Tymczasem zajawiam Wam luźno temat i dyskutujcie –  czym dla Was jest freelancing?

Lola

Heart is open.

Pod koniec lutego w moim życiu nieco pojaśniało.

A potem w połowie marca zrobiło się cicho i ciemno bo ze strachu uciekłam przed wiosną w sercu.

Marzec był w ogóle dziwny. To naprawdę słaby miesiąc dla mnie, zaraz po maju.

Czasami jest tak, że coś przychodzi niespodziewanie.  I Cię zaskakuje. I brakuje Ci tchu i stoisz przy kuchennym oknie i wypatrujesz czy to już nastawiać wodę na herbatę mając jednocześnie sparaliżowane wszystko ze strachu i szczęścia.

I nagle dopada Cię strach. O ŁAŁ Lola, nie jesteś Królową Śniegu! ŁAŁ Lola umiesz czuć inne rzeczy niż miłość do Kory i czekolady.

 

ŁAŁ Lola, jesteś taka głupia i zrobimy Ci teraz psikus – mówi rozum – sprawimy, że będziesz o sobie myślała te wszystkie złe rzeczy i Go odrzucisz.

ŁAŁ Lola, zamiast posłuchać głosu serca, posłuchałaś kulawej głowy.

 

Brawo Lola.

Zamiast oglądać Kosmos mam w głowie czarną dziurę a w sercu gwiazdę śmierci.

Co mogę teraz zrobić?

Piszę /cosmicmatilda/ , rysuję, pracuję, tulę Korę i planuje przeprowadzkę.

Tańczę w piżamie do starych piosenek i śpiewam do dezodorantu. Płaczę trochę częściej ale to nic.

To minie.

Oglądam bajki Disney’a, gotuję jak dla wojska, pracuję, śpię mało. Bardzo mało.

A tu Wam wrzucę śmieszne memy

9c1c163b68fa137a61591784bf11568e sub-buzz-7184-1489624442-1-png sub-buzz-7964-1489573752-9-png sub-buzz-8973-1489628066-1-png sub-buzz-26691-1489628117-8-png sub-buzz-31104-1489637263-1-png

 

 

 

 

Restrykcyjnie nie jem glutenu. Nic a nic.

Przed przeprowadzką czeka mnie szpital.

I takie tam.

Naprawdę chciałabym być tą blogerką, która pisze konkretne teksty, na konkretne tematy.

A nie sercowe dyrdymały.

Ale ja już tak mam. Czuję więcej.

Dlatego jeśli jak wzorowa blogerka miałabym podsumować Marzec, to jednym zdaniem.

Sama sobie złamałam serce.

8fd142298f9ba9bdf7bf64fc0bdc5efa

Kwiecień będzie dobry.

W kwietniu rok temu obróciłam wszystko do góry nogami i dałam radę.

#lolapower

 

 

Prawda.

Celiakia (choroba trzewna) to trwająca całe życie immunologiczna choroba o podłożu genetycznym, charakteryzująca się nietolerancją glutenu, białka zapasowego zawartego w zbożach (pszenicy, życie, jęczmieniu, owsie*). Działający toksycznie gluten prowadzi do zaniku kosmków jelita cienkiego, maleńkich wypustek błony śluzowej, które zwiększają jego powierzchnię i są odpowiedzialne za wchłanianie składników odżywczych. W efekcie toksycznego działania glutenu wchłanianie pokarmu jest upośledzone, co prowadzi do wystąpienia różnorodnych objawów klinicznych. Jedyną metodą leczenia celiakii jest stosowanie przez całe życie ścisłej diety bezglutenowej.

Celiakia nie jest alergią, choć często jest z nią mylona.

Do niedawna uważano celiakię za “rzadkie schorzenie małych dzieci, z którego wyrasta się po kilku latach diety”. Nic bardziej błędnego! Mit celiakii jako choroby wieku dziecięcego jest mocno utrwalony, także w środowiskach medycznych. Wciąż spotyka się osoby „wyleczone” z celiakii w dzieciństwie, które w dorosłym życiu zapadają na poważne schorzenia spowodowane nieprzestrzeganiem diety bezglutenowej. Tymczasem badania dowodzą, iż cierpi na nią przynajmniej 1% populacji, także w Polsce. Co więcej, pojawiają się pierwsze doniesienia mówiące o tym, iż częstość występowania celiakii ciągle wzrasta (np. prace badaczy z Finlandii oceniają występowanie choroby trzewnej w tym kraju na ok. 2,5%). Wydaje się, iż jest to związane z coraz większym spożyciem glutenu (m.in. korzystaniem z wysoko glutenowych odmian zbóż i zmianą nawyków żywieniowych) oraz coraz lepszą wykrywalnością choroby.

Choroba może ujawnić się w każdym wieku. Zarówno wkrótce po wprowadzeniu glutenu do diety dziecka, jak również podczas dorastania, ciąży u kobiet, dużego stresu, po silnej infekcji, poważnej operacji itd. Obecnie najczęściej wykrywa się celiakię u osób 30-50-letnich, choć zdarzają się przypadki choroby u osób 80-letnich. Kobiety chorują dwa razy częściej niż mężczyźni.

Celiakia jest najpoważniejszą nietolerancją pokarmową człowieka. Jak już wspomniano badania nad jej występowaniem szacują częstość zachorowań jako przynajmniej 1:100 osób. Niestety, w Polsce wykrywa się jedynie niewielki odsetek wszystkich przypadków. Szacujemy, że jest to około 5%. Zatem choruje około 380 000 osób, z czego ogromna większość, bo aż około 360 000 osób nie jest świadomych choroby.

źródło http://www.celiakia.pl/celiakia/

 

 

Ten tydzień był ciężki.

Jestem zmęczona byciem sobą. Bo to jest trochę tak, że kiedy odważyłam się być sobą, to dostałam po pupie. I to serio boli.

Ja nie takie klapsy lubię!

Nie, żebym nie lubiła wcale ekhm.

 

Dzisiaj miałam ciężki dzień. I nie wstydzę się tego napisać. Nie jestem codziennie superbohaterką, mam gorsze dni.

Celiakia czasami daje mi się we znaki, szczególnie teraz, kiedy poziom stresu w moim życiu wzrósł naprawdę niebezpiecznie.

Nie mogę się skupić.

Zapominam.

Mam problemy z brzuchem prawie codziennie.

Osoby chore na Celiakie zmagają się z wieloma rzeczami o których nie mówią. Łatwiej jest mi odpowiedzieć na pytania w pracy ‚ co się stanie jak zjesz gluten ‚ – no w skrócie to UMRĘ, niż wyjaśniać, że to jest długi proces wyniszczający organizm. Że czasami się poddaje i nieświadomie coś podjem albo machnę ręką bo czasami jest mi już tak bardzo wszystko jedno.

Że wstydzę się każdego wyjazdu albo wyjścia, bo powinnam pilnować nawet ludzi w kuchni, żeby nie użyli tego samego garnka czy czegoś. Że zawsze mam wrażenie, że sprawiam wszystkim problemy. Więc zawsze jest mi wszystko jedno i w sumie to się dopasuje.

Jak to jest żyć z celiakią?

Chujowo.

Jest mi ciężko, bo u mnie objawy nie są typowo gastryczne. To objawia się brakiem skupienia, rozdrażnieniem i ogólnym stresem. Bo przecież jelita to nasz drugi mózg.

Jest mi ciężko bo w Polsce ta choroba nie jest traktowana jak choroba.

Jest mi ciężko bo nie wiem jak będzie wyglądała moja przyszłość.

Bo nie mam prawa czuć się chora, skoro to nie jest wg. prawa choroba.

Tylko co dalej? Jak pracować i funkcjonować?

Migreny, bóle stawów, skurcze żołądka, brak skupienia, strach.

 

Ale kogo to obchodzi?

 

NIKOGO.

Najprawdziwiej byłoby mi powiedzieć kiedy coś zawalam – sorry, staram się ale mam celiakię i zapominam.

Ale to nie jest wymówka. Dla nikogo. Nawet dla mnie.

Bo ja paradoksalnie nie dopuszczam do siebie tej myśli. Chcę żyć normalnie.

I tylko takie dni jak te ostatnie mi przypominają, że jestem chora.

Poważnie.

 

I to jest słabe, to jest kiepskie, że codziennie wstaje i nie mam siły.

I tak mam odwagę się do tego przyznać.

W poniedziałek byłam gotowa podbić świat.

Ale w piątek ten świat mi pokazał, że mam się walić.

 

d83bd5dbc08b09e1a96466d261093f1d

Ale mam w sobie jedną cechę, którą uwielbiam i która mnie ratuje zawsze.

Gotowość.

Kiedy coś zawalam, nie daje rady, chce się poddać – wtedy powstaje w mojej głowie plan.

Więc ten weekend nie będzie z Netflixem.

Będzie pełen naprawiania i planowania.

Bo ja się serio nie poddaje.

I już.

 

Zawsze dobrze jest mieć plan i odwagę przed samym sobą, żeby przyznać, że jest źle.

Że potrzebujesz pomocy.

 

Pięknego weekendu,

Lola

Nie.

Nie lubię

groszku z marchewką

upałów

jak lakier do paznokci wygląda na nich inaczej niż myślałam

cienkich papierów bo akwarele się zawsze kuleczkują

owoców morza

brzydko pachnących płynów do płukania tkanin

deadline’ów

asap’ów

wysokich obcasów bo nie umiem i tyle.

 

Nie pozwolę Ci też podejść blisko i głaskać mojego psa.

Nie opowiem Ci wszystkiego bo to bez sensu.

Nie zobaczysz tej czarnej koronkowej bielizny.

Nie ugotuję Ci obiadu.

Nie wezmę od Ciebie moich ukochanych konwalii.

Nie pójdziemy do kina.

I na trochę wina.

Nie umyjesz mi włosów pod prysznicem.

Nie wypiję herbaty, którą mi zrobisz.

Nie powiem Ci, która czekolada jest najlepsza i na czym polega jej magia.

Nie będę Ci patrzeć w oczy.

Nie będę miła.

Nie narysuję Ci bajki.

Nie porozmawiamy nocą.

 

Bo to zawsze kończy się tak samo. Za mało rzeczy lubię. A na za wiele pozwalam.

Granice.

 

L.

Super Lola

Mówią nam, że potrzebujemy farb do włosów, nowego kremu na zmarszczki i że nasiona chia zastąpią nam wszystko.

A przecież najpiękniej wyglądamy w koszulkach swoich chłopców po nieprzespanych nocach. W potarganych włosach i pachnące cynamonem.

Ten rok zatacza piękne koło.

Rok temu o tej porze mieszkałam w Warszawie, za wszystko przepraszałam i nie wiedziałam, że kilka tygodni później przyjdzie mi nagle wszystko zmienić.

Wyjechać.

Wydorośleć.

Zamknąć pewien rozdział na zawsze. A potem otworzyć nowy.

I z trzaskiem drzwi kolejnej taksówki zamknąć.

W tamtym roku zostałam sama.

I chciałam czy nie, musiałam zostać swoją własną Superbohaterką.

Jak to się robi?

Mi najpierw pękło serce. Pozlepiałam je nocami rysując swoje własne bajki i oglądając stare filmy.

Spałam przez pół roku na łóżku polowym.

Nie miałam swojej pościeli, ręcznika.

Miałam kilka pudełek pełnych tuszu i papieru.

Wszystko co miałam, o co dbałam zostało w Warszawie.

Wymarzona pościel, kubek z Panną Migotką, naczynia na których układałam jedzenie gotowane z miłością.

Mój stół do rysowania, który zrobił dla mnie mój Dziadek.

I została najważniejsza

Kora.

Naprawdę pękło mi serce.

Odkryłam wtedy, że moją super mocą jest rysowanie.

Zmieniłam się.

Zawalczyłam o pracę marzeń.

Bo narysowałam komiks zamiast zwykłej aplikacji.

Ciężko pracowałam na to, co teraz mam.

Nie spałam, żyłam w biegu.

Rysowałam portrety, zaproszenia ślubne.

I siedziałam czasami w biurze za długo, żeby nie wracać na to łóżko polowe i do zimnej pościeli.

Czasami znalazłam włos Kory na jedynym kocyku, który ze sobą zabrałam. I wtedy rozpadałam się na milion małych części.

Więc rysowałam. Układałam się na nowo.

Rysowanie to moja super moc.

Zawsze mnie ratowało.

Przestałam za wszystko przepraszać.

Zaczęłam chodzić wyprostowana.

Każdy Superbohater przechodzi w życiu traumę, która czyni go super i daję mu moc.

Moja jest we mnie. Ale nauczyłam się ją oswajać. Bo dzięki temu rysuję na całego od 20 lat.

Boże, czuje się stara.

I tak jak w bajce – czasami zamiast księcia na białym koniu, życie nam daje wiadro cytryn i mówi –

ciśnij i radź sobie sama.

To cisnę.

A potem dzieją się cuda i dziwy.

I Kora jest ze mną już na zawsze. I to jest moja największa miłość. Ten tak samo poraniony życiem pies.

Bo ludzie też tak mogliby się dobierać.

Poranieni mogliby się oswajać i przekazywać sobie pokłady czułości. I nikt nikogo by nie zranił. Na pewno.

 

Ale też jak każdy Superbohater mam swoją słabość.

Cholernie się boję

miłości.

 

img_1073

 

Ale wiecie, że jesteście Super?

Prawda?

 

Lola

Sztuka budowania.

Jeśli chodzi o sztukę budowania, to jestem w tym totalnie zielona.

Budowanie relacji, to coś czego powinno nas się uczyć od przedszkola a nie tylko zdawać się na magiczny dziecięcy instynkt.

Budowanie związku, to sztuka zgapiania – od rodziców.

A co jeśli nie masz takiego przykładu?

A co jeśli w każdych nowych relacjach czujesz się jak wypłosz i jedyne na co masz ochotę, to to, żeby już było po wszystkim. Bo jest za dobrze.

Bo boisz się odezwać ze strachu a paradoksalnie ze stresu gadasz głupoty, których potem nie pamiętasz?

Bez sensu.

Czekasz na Kosmos a kiedy przychodzi, z doświadczonego i wspaniałego Astronauty zamieniasz się w głupka, który wie jedynie, że Słońce świeci.

 

 

file_009

Ktoś mi kiedyś powiedział, że jestem trudna.

No trudno, chyba miał rację.

 

 

file_008

I tym oto wywodem powitałam Marzec.

Snuję wizje siebie i psa na górskich szlakach.

Siebie i psa w lesie.

Siebie i psa w pociągu.

Siebie i psa….

i ewentualnie dobrą czekoladę w tle.

 

file_007

 

file_005

 

file_003-2

 

file_004

Zastanawiałam się czy jakoś podsumowywać luty. Ale to był najgorszy miesiąc mojego życia.

Więc pomińmy to ilością wlanego w siebie wina, tańców w piżamie w Muminki i gadania do lustra.

A to wszystko średnio raz w tygodniu.

A ja tu po prostu chcę

od nowa uczyć się rozmawiać

nie bać się

przespać całą noc bezpiecznie

zjeść na śniadanie francuskie tosty z cynamonem

pić kawę na balkonie

przejść całą kosmiczną trasę z Korą w Izerach

kupić nowe baleriny

wrócić do tańca tak na serio, na całego a nie boso w pokoju w środku nocy

upiec komuś ciasto czekoladowe…z miłością

rozmrozić się od środka, bo nadchodzi wiosna a w sercu mroźna zima

i kiedy już coś kiełkuję

to

wpuszczam w samą siebie

mrok.

Uczę się

wpuszczać Słońce.

A to bardzo trudne bez dobrych okularów i magazynem pełnym strachu.

file_006

 

file_000

 

file_001

 

Lola

 

Już jest dobrze.

Tak sobie myślę, że codziennie łamiemy sobie serca na miliony sposobów a potem próbujemy je sklejać czekoladą i winem.

Albo randkami.

W ciągu ostatnich kilku tygodni byłam na kilku randkach.

A potem wracałam do pustego mieszkania i zastanawiałam się dlaczego na nie chodzę?

Dlaczego wkładam najlepsze sukienki?

Maluję paznokcie?

Daję sobie znowu prawić komplementy

– och Lola jakie Ty masz piękne oczy

– och Lola a te włosy

– och Lola jesteś urocza

– och Lola chodź do mnie na wino

– och Lola jesteś taka fajna

– och Lola jak Ty fajnie rysujesz…

i tak dalej i tak dalej.

 

Dlaczego?

Bo chciałam znowu uwierzyć w coś, w kogoś.

Ale nikt nie dotknął mojej duszy. Nie da się zabić klina klinem. Nie da się.

Wiecie dlaczego randki są fajne? Bo nie gnije w dresie w domu, nakładam odżywkę na włosy częściej niż raz na dwa tygodnie i zaczęłam malować paznokcie na sexy bordowo.

Awaryjnie nawet te u stóp.

No więc dużo się zmieniło. Mam wrażenie, że umarłam i odrodziłam się na nowo w jakiś dziwny sposób. Przeskoczyłam pewne etapy bardzo szybko, zostałam sama w wielkim mieście

 

wróć….

 

już nie sama.

Bo ja to w sumie dzisiaj o tym.

O niej.

O Korze.

16649364_1448549718498285_1156580089769780107_n

 

Miłość to nie jest prosta sprawa. Przychodzi do nas nagle, bronisz się, uciekasz, szarpiesz. Potem motylki Cię porywają.

Budujecie coś razem.

Mieszkacie razem.

Poznajecie swoje rodziny.

Siebie – z każdej strony.

Ty wiesz, że On jest nerwowy. On, że jesz za dużo czekolady.

Ale są też zalety – to jedyny mężczyzna przy którym śpisz mimo wszystko spokojnie.

Nie boisz się.

Nie drżysz ze strachu.

Po prostu śpisz.

Potem adoptujecie psa.

A potem miłość się kończy. I dajesz sobie znowu złamać sercu jakiemuś komuś, kto nie był tego wart.

Ale to dobrze.

Bo odżywasz na nowo.

I wtedy jest ta wolność.

Ostatnie tygodnie były straszne, stres, nieprzespane noce. Naprawdę było źle. W zasadzie to płakałam co noc. I zasypiałam ze zmęczenia.

Nie miałam siły żyć.

Ponad osiem tygodni temu dałam się znowu oszukać i złamać. I to już za dużo nawet jak dla mnie. Uciekałam w pracę, rysowanie i jak to ja – udawanie, że jest pięknie.

 

Udało mi się dogrzebać do samej siebie jeszcze raz, od nowa.

Przepracować wiele spraw. Przegadać.

Wybaczyć.

Gdzieś pożegnałam już tamtą mnie. Wiem, to brzmi bardzo patetycznie.

Nauczyłam się też wybaczać innym.

 

 

Szczerze wątpię, żebym jeszcze kiedykolwiek tak kogoś kochała jak ostatnio. Bo wiecie, to się zdarza chyba tylko raz w życiu. Że spotykasz kogoś i wiesz.

No cholera wiesz, że to jest to.

I tak pięknie dajesz się okłamywać.

Bo jest tak cudownie.

A potem nagle wkracza Dementor i zabiera wszystko.

Czy coś.

 

 

Gdybym miała wskazać jedyną postać za którą tęsknie jak za nikim innym, to byłaby to Kora.

Kora to lek na całe zło.

I uznaliśmy, że lepiej dla niej będzie jak zamieszka ze mną.

A ja dawno nie byłam tak szczęśliwa.

Z dwóch powodów.

Po pierwsze – będzie ze mną, a kto ma psa ten wie jakie życie z nim potrafi być cudne.

Po drugie – da się dogadać z byłym. Nawet da się z nim pójść na kawę.

Bez emocji.

Jak z najlepszym kumplem.

 

Więc oto jesteśmy. Dwie szalone dziewczyny we Wrocławiu. Będziemy brudne z błota i poobijane ze śmiechu. Będziemy jeść bezwstydnie wieczorami chrupki – każda swoje. Biegać po parku. Przybijać piąteczki. Tulić jak dopadną smutki.

I testować śmiesznych chłopców na randkach.

he he he.

A jak mnie znowu jakiś będzie chciał zaciągnąć do siebie na wino to mam wymówkę.

Najlepiej!!!!

Lola

 

Zimowe rzeczy i inne sprawy.

Skoro w powietrzu czuć już wiosnę.

I przetrwaliśmy kolejny koniec świata.

I skoro ja przetrwałam ostatnie tygodnie pełne mrocznych miejsc, to…

 

czas na pożegnanie zimy.

c1e65372-e4f0-4c53-89b7-0d199f9045b1

 

No tak jeszcze niezbyt oficjalnie ale jednak. Zima była ciężka. Zimna i pełna smogu. Była też pełna wina, bezsennych nocy, rozmów. Byla szukaniem siebie na nowo – jeszcze nie znalazłam. Była też pełna paradoksalnej wdzięczności Temu KOMUŚ na GÓRZE za to, że dał mi tyle do dźwigania bo stałam się przez to lżejsza.

Same paradoksy.

 

aee2c598-3a94-45b0-8a0e-79d36037907e

Nie ukrywam, rozczarowałam się. To zawsze kończy się rozczarowaniem. Ale w zasadzie… to chyba nie było tragicznie.

 

Udało mi się rozpocząć pracę nad kilkoma super projektami.

 

we_fotor

 

we2_fotor

 

mmmm4_fotor

 

mmmmmay2

 

 

we3_fotor

 

I posłuchać kanału O. Adama Szustaka tak od A do Z.

 

Ja i randki to temat na osobny wpis. Ale warto na nie chodzić i się poznawać. I jest śmiesznie.

Serio.

 

Odwiedziłam też NANAN

img_3404

 

Zaczęłam być bardziej #girly

czyli

malować paznokcie, chodzić non stop w sukienkach i codziennie cierpliwie dbać o moje już bardzo długie włosy.

img_3416

58534853-0d0f-4eec-a40c-cabe92a153ab-1

 

11a2b36e-9cb5-4b1e-a590-c736bb8a1a20

dcbdd46c-7685-41c1-969c-d79ab3ef1e6c

Migawki z rysowania

 

d11c7a2f-212c-4e73-a348-5c06fc0f531f

 

e1199899-efb8-496f-93f6-c2d9050c6ce2

 

1dbb53ad-5809-4f2b-b3e7-6e917e6e6f09

de35c9b3-5a68-4d43-896d-0b162f07d9fc

img_3414

 

img_3408

Było też morze i Asia, która mnie odczarowała na nowo <3

 

img_3421

Wszystkie swoje smutki, radości, przepisy i całą resztę emocji wciskam w książki nad którymi teraz pracuję.

Zima dała mi też kosmiczną listę piosenek – ta playlista towarzyszy mi codziennie.

 

Zrobiliśmy też z White Fox Photo i innymi Twórcami magiczną księżycową sesję.

upiekłam cztery ciasta czekoladowe.

Nad morzem podjęłam decyzję życia.

I….

żeby nie było nudno, to czekają mnie kolejne zmiany na koniec zimy.

Wraca do mnie Kora.

13417614_1198810146805578_8303388623924921206_n-2

We dwie raźniej.

Niespodzianka 😉

Mój mały włochaty promyczek!

Lola

Miłość, miłość…

Miłość jest Kosmosem.

Pomiędzy słowami jest jej najwięcej. Ale komu ją teraz dać?
Zamykam ją w czekoladowych ciastach, parzeniu earl greya.
Magazynuję ją w nadmorskich opowieściach.
Pakuję do szafy ze stosem świeżej pościeli.
Ale tak naprawdę przez to, że jest tak wielka jak Wszechświat i że nie ma końca to boję się jej najbardziej na świecie.
       img_6451
Więc strach zamieniam na rysowanie i nie czekam na magię.
Tylko sama ją robię.
Nie umiem żyć bez oddychania.
A rysowanie jest oddychaniem.
Umiem za to żyć bez Ciebie.
Wygrałam.
img_5973
Od dłuższego czasu moim marzeniem było stworzenie sesji ślubnej, która byłaby magiczna i kosmiczna.
Która pokazywała by subtelnie, że Ślub może być kosmiczny, mroczny i romantyczny. Zupełnie jak Ślub moich marzeń. A że mam szczęście do cudnych ludzi dookoła mnie, to z wielką przyjemnością poprosiłam Klodię z duetu White Fox Photo o udział w tej całej magii.
Klodia powiedziała TAK!
Więc zabrałyśmy się do pracy. Ja we Wrocławiu przygotowywałam wszystkie detale i inne papierowe marzenia a Klodia z Mateuszem i Blanką z Cinnamon Stories ogarniali na miejscu resztę.
Jest jedna osoba, która jest najważniejsza.
Mój Dziadek.
Mój Dziadek, który uratował całą naszą sesję, kiedy o szóstej rano w piątek w moim mieszkanku we Wrocławiu potargałam księżyc.
Depresja, załamanie nerwowe, nagła chęć odwołania wszystkiego i zakopania się pod różowym kocykiem –  to byłam Ja.
Ale Dziadek – uratował nas najpiękniejszym księżycem jaki tylko mogłam sobie wyobrazić.
Cuda i dziwy.
Same.

img_7522   img_7873   img_7461       img_6427      img_6271  img_5825 img_5320 img_5292 img_5266 img_6448 img_6449 img_7577


img_7585 img_7583 img_6430 img_5969 img_5184 img_5192 img_5201 img_5972 img_5187 img_5180 img_5176 img_5317

img_8017 img_6013 img_6028 img_6001 img_6271 img_7959
 A na dokładkę klip z magiczną muzyką w tle…

Z całego serca chciałam podziękować Klodii & Mateuszowi za przepiękne zdjęcia i stworzenie magii, którą nosiłam w głowie od długiego czasu.
Blance z Cinnamon Stories za wsparcie i ogarnięcie dekoratorskie.
Pani Kwiatkowskiej za piękną kosmiczną zieleń i wszystko – Ty wiesz Kasiu
Dorotce za przepiękną suknię w ksieżycowym stylu.
Kasi za makijaż i wyczarowanie kosmicznej piękności.
Oliwii, za to, że była i zrobiła sama cały ten kosmos swoją ksieżycową urodą.
Ludożernej za najpiękniejszą ozdobę do włosów na świecie
Good Cake – za kosmiczny makaronikowy ratunek!
I wreszcie nic by się z tych rzeczy nie wydarzyło gdyby nie cudowny Szyb Maciej
Dziękujemy za miejsce, czas i wsparcie.
Pyszne jedzenie, herbatki i pomoc.
Miłość jest piękna.
I jest Kosmosem.
Lola.
@whitefoxphoto
@pani_kwiatkowska
@cinnamonstories
Oliwia Podobińska
@podobinskaa
@dpietruszka
@kasiafaleckamakijaz
@szybmaciej
@ludozernajewellery
@goodcakegoodcake