Jak zagrać w życie?

Babcia od dziecka mi mówiła, że chłopaka, to trzeba sobie wychować i ma za Tobą biegać, bo ma jakieś prehistoryczne cechy myśliwego.

Mama zawsze mi powtarzała i powtarza do dzisiaj, że kobieta musi być niezależna finansowo.

 

A ja i tak robiłam po swojemu i zagrałam w życie, przyznając im obydwu rację, jak smarkałam w prześcieradło, bo zużyłam w kilka godzin zapas rolek papieru, ręcznika kuchennego i chusteczek higienicznych.

Życie boli.

I życie zrani Cię na milion kawałków, które będziesz starać się skleić

czekoladą

serialami

układaniem ubrań w szafie kolorami

randkami z Tindera – mogę napisać serię felietonów, serio.

kompulsywnymi zakupami w biedronce i upychaniem zapasów jedzenia w lodówce i szafkach kuchennych a czasem i szufladach z bielizną – czekolada wśród staników brzmi jak zapowiedź seksownej, gorącej randki.

No chyba nie.

 

Życię Cię zrani, przeżuje, wypluje a na końcu zrobi Ci herbatę z miodem, mleko z cynamonem, kakao, tosty z cebulką i serem, otuli kocykiem, zamieni w kołderkowe buritto i da buziaka w czoło.

I głosem Marcina Dorocińskiego powie

 

„A nie mówiłem?”

 

Ale wiesz, tak właśnie trzeba żyć.

 

Jak zagrać w życie?

Nie mam na to uniwersalnej instrukcji.

Bo chyba takiej nie ma.

Moja Babcia miała rację. Moja Mama miała rację. A to jak dotychczas gram w to życie, dopiero mi pokazało jak bardzo miały racje.

 

Będę zawsze powtarzać, że trzeba słuchać głosu swojego serca. Ten głos może Ci też je złamać, bo nikt nie mówił, że będzie łatwo. Decyzja to nie tylko kwestia mlecznej czekolady z Lidla vs tej z Lindta.

Decyzje tak jak życie, złamią Cię.

Większość moich znajomych sobie myśli, że mam się super. Bo mieszkam nad morzem, bo miałam jaja – jakkolwiek to brzmi – i to zrobiłam.

Mało kto wie, że przez pierwszy miesiąc, zdążyłam się zawieść na ludziach, w których myślałam, że mam tu, nad morzem wsparcie.

Mieszkanie miałam tylko na pierwszy miesiąc – cudem było, że miałam dosłownie pięć minut do morza.

Więc codziennie brałam Korę na spacer i średnio siedem razy w tygodniu stałam na molo w Orłowie albo o szóstej rano albo o 23:00 i patrzyłam w morze i myślałam sobie

„Cholera Lola, co Ty sobie zrobiłaś, co Ty sobie myślałaś?”

Moje życie, to nie leżenie w łóżku z kawą w pięknym kubku i rysowanie na kolanie.

Moje życie, to nie cykanie foci na Instagrama.

Moje życie to nie hashtag #hygge ( który bardzo szanuje swoją drogą <3 )

Mieszkam nad morzem, bo tak jak kompulsywnie robiłam zakupy w Biedronce pod domem we Wrocławiu, tak samo kompulsywnie postanowiłam sobie, że będę szczęśliwa a nigdy nie czułam większej wolności i nadziei niż tu, nad morzem.

 

Dwa lata temu sama pojechałam do Włoch bo się uparłam, że pojadę na Targi Ilustracji dla dzieci.

Sama.

Kiedy dostałam ataku paniki, że robię coś głupiego i to pierwszy krok, żeby powstał o mnie kiedyś kryminalny dokument?

W połowie drogi.

I pojechałam na jedną z największych przygód mojego życia.
Są różne przygody – można pić tanie różowe wino w parku do rana z nieznajomym i zmienić tak całe swoje życie, można w ciągu jednego dnia zaliczyć wszystkie lodziarnie w swoim mieście, można chodzić po cmentarzu w poszukiwaniu najstarszego grobu.
Można też tak jaka ja, pojechać całkiem sama do obcego kraju, spać w obcym mieszkaniu u obcego chłopaka.
Powtórzyłabym wszystko.

 

Bo właśnie chyba o to chodzi w tej grze? Tu nie ma powrotu do wcześniejszego levelu, żeby poprawić wynik. Tu zawsze trzeba iść do przodu, bo poprzednia plansza nigdy nie będzie taka sama i nigdy nie będzie działać ten sam schemat i układ klawiszy.

W każdym momencie mojego życia wydawało mi się, że jestem za gruba.

W każdym.

A teraz patrząc na zdjęcia wiem jaka byłam głupiutka, że tak myślałam.

A teraz wiem, że już nigdy nie będzie tak jak kiedyś.

W tej grze nauczyłam się, że może być tylko lepiej.

W tej grze przeszłam level CHOROBA i dostałam bonus w postaci ekstra mądrości.

Mam skilla z tego, jak pokochać swoje ciało.

Bo moje ciało przeszło ze mną wszystko.

I to dotyczy każdej sfery.

Grajcie w tą grę.

Ta gra jest najfajniejsza na całym świecie. Idziecie cały czas do przodu, po drodze jest pełno niespodzianek, extra skilli.

Jest też jedna ważna rzecz.

Tutaj macie jedno życie.

Tylko i aż.

 

L.

 

 

 

Miłość.

Dźwięk złamanego serca wcale nie przypomina tego, który wydobywa się z czekolady kiedy wrzucasz jej kawałki do rondelka pełnego mleka.

 

Złamane serce to ból, który dusi w gardle i podchodzi do uszu. Łapie Cię nagle.

Rano jak już sobie przypominasz, że jest strasznie źle.

W kolejce w sklepie i potem jak musisz sama wnieść zakupy na to czwarte piętro bez windy.

Jak jesteś sama i choruje Twój pies.

Jak w nocy budzisz się z jakiegoś koszmaru i nie ma kto Cię utulić.

Jak radzisz sobie dzielnie ze wszystkim sama i upadasz.

I wstajesz.

 

I upadasz.

 

Ostatni rok złamał mi serce na tysiąc kawałków. A ja je wszystkie zamieniłam w złoto i nie boje się tego napisać.

 

Do teraz czuję zapach mieszkania we Wrocławiu, w którym mieszkałam kilka miesięcy całkiem sama.

Znam na pamięć wszystkie dźwięki mojej samotności.

Czuję ten ból który nie pozwalał mi czasem wstać rano.

 

Nigdy chyba nie byłam bardziej samotna niż wtedy, tam.

To jeszcze nie czas na podsumowanie tego roku, bo czuję, że coś pięknego jeszcze się wydarzy.

Zresztą ten rok zakończymy w Laponii.

 

My.

 

Kora, On i ja.

 

Dzisiaj więc chyba będzie o miłości.

 

A to wszystko przez to, że dostałam ostatnio od was mnóstwo maili w tej sprawie.

 

Nie napiszę tu jak poznałam Kamila. To zawsze będzie nasz sekret.

 

Bo wiecie mnie wszystkie drogi prowadziły tutaj, nad to morze.

 

Kiedy dwa lata temu mieszkając w Warszawie pojechałam sobie do Gdańska na kilka godzin, żeby zobaczyć pierwszy raz w życiu morze, to siedząc w tramwaju i mijając osiedle bajkowe w drodzę na plażę pomyślałam, “och jak cudnie byłoby tutaj zamieszkać”.

Wtedy byłam w kompletnie innym miejscu, w związku ale nieszczęśliwa. Częściowo z mojej własnej winy, częściowo nie.

Potem minęło kilka miesięcy, przyszedł niesamowity ból, rozczarowanie, szybka przeprowadzka do Wrocławia, jakieś dwie godziny płaczu w toalecie McDonald’s na dworcu centralnym i rozstanie z miłością, psem i życiem w Warszawie.

 

Och bolało tak, że nie mogłam złapać nocami tchu.

 

Aż w styczniu, w tym roku, wylądowałam u Asi na ulicy Pogodnej w Gdyni i poszłam w śniegu sama nad morze.

A wiało tak, że prawie mnie zwiało.

Mnie – śląską pyzę.

Po drodze minęłam dom czekolady, gdzieś zawiało mi – przysięgam – cynamonem.

I połykając łzy szczęścia, że tu jestem – dotarłam nad to morze w środku zimy.

 

I wtedy to po prostu poczułam, że teraz już musi być dobrze.

Że już tyle cholera mnie spotkało, że dam radę.

 

Choćby nie wiem co.

 

Miesiąc później wróciła do mnie Kora.

A 27 maja zamieszkałam w Gdyni i nigdy wcześniej nie byłam tak przerażona.

Ale chyba włączyła mi się adrenalina i działałam na autopilocie.

 

Bo musiałam nagle przetrwać sama na drugim końcu kraju.

Na szczęście mam jedno wielkie szczęście w życiu.

Do ludzi.

 

I w sumie nie napiszę tu nigdy jak przeprowadzić się nad morze, jak wyprowadzić się dwoma taksówkami od faceta ani jak uciec z Warszawy.

Nie napiszę tu jak boli zdrada, jakie to uczucie przeżyć zwolnienie z pracy i jak czasami dziewczyny dla dziewczyn potrafią być sukami – sorry, musiałam.

 

Nie napiszę tu tych wszystkich smutnych rzeczy, bo musiałam to wszystko przetrwać sama.

 

Tove Jansson napisała, że “Wszystko trzeba odkryć samemu. I również przejść przez to zupełnie samemu.”

 

Bo wiecie, to jest tak, że jak już nauczyłam się tej samotności. Dzień po dniu. Kawałek za kawałkiem.

To nagle zjawił się On.

 

A ja szłam do niego całe życie.

Bo całe życie miałam w sobie to nadmorskie marzenie.

I jak się odważyłam i przeszłam te małe i duże koszmary, to na końcu spotkała mnie miłość.

 

Dlatego nie bójcie się.

Odkąd zaczęłam słuchać swojego serca, to czuje się szczęśliwa.

Jaka jest miłość?

 

jest rozmowami do rana o Kosmosie

filmami przerwanymi w połowie

spacerami w deszczu

niedopitą herbatą

tuleniem przez sen

szeptaniem w lesie

cynamonem

śpiewaniem w samochodzie

wspólnym myciem psa

tańcem w kuchni

statkami

randkami w środku dnia

wspólnym bałaganem

 

miłość jest prosta.

 

Jak już traficie na tego kogoś, to wiecie.

Po prostu wiecie.

 

Mieszkałam w Warszawie.

Mieszkałam w Warszawie więc wiem, jak to jest kiedy włącza się Ci się adrenalina gdy biegniesz na metro i wsiadasz w ostatnim momencie.

Mieszkałam w Warszawie i czułam rytm miasta, które dudniło jak serce lwa w dżungli tuż przed polowaniem.

Musiałam mieć wyostrzone zmysły, oczy dookoła głowy i serce z miejscem na wzruszającą historię miasta.

 

Mieszkałam w Warszawie i spacerowałam nocami słuchając przedwojennych piosenek.

Mieszkałam w Warszawie i  nie czułam się jak w domu. Czułam się za to jak w historycznej klatce, która bardzo chce być światowa i nowoczesna.

Dusiłam się.

Mieszkałam w Warszawie ale przed 1 sierpnia mieszkałam już we Wrocławiu, bo Warszawa więcej mi zabrała niż dała.

A może na odwrót?

 

Warszawa mnie przeżuła, wypluła i zostawiła z poczuciem strachu za każdym razem kiedy słyszę WARSZAWA.

Mieszkałam w Warszawie i panicznie reaguję na to miasto.

Nie lubimy się. Ale szanujemy. Ja szanuję ją za jej historię, historie miłosne zapisane w murach i Kościołach. Za Łazienki Królewskie, które były przełomem w moim życiu.

Szanuję ją za ludzi, których mi wtedy dała. Za wszystkich ludzi, za każdą pracę. Za to, że tam jak nigdzie indziej dostałam po … wszystkim co mogło mnie boleć.

Warszawa dała mi słoneczną mroźną zimę, która w moim życiu trwała więcej niż ta kalendarzowa.

Uciekłam z niej, tak ja się ucieka nocą ze strachu. Spakowałam się i uciekłam.

 

Dlaczego nie dała mi się polubić?

Przecież zaczęłyśmy nawet dobrze.

Bo wszystkie drogi nie prowadzą do Warszawy.

Wszystkie drogi w moim życiu prowadziły mnie nad morze. Tutaj. W to miejsce.

Pyskowice, Gliwice, Warszawa, Wrocław. Przystanki.

Wszystkie przystanki mojego życia.

I nie wiem czy zostanę na stałe w Gdyni. Marzy mi się nadmorska wieś, domek w lesie, drugi pies, kominek i kraciaste koszule w szafie obok tych w paski. Kawa z ekspresu przelewowego co rano, jak w serialu Przyjaciele i wylegiwanie się na kanapie w deszczowe dni.

I morze szumiące mi kołysanki na Dobranoc.

I żeby ktoś mi czytał Muminki jak będę leżeć w wannie.

 

Dlatego dobrze, że ta Warszawa już za mną.

Teraz jest o wiele, wiele bliżej niż dalej do tego wszystkiego.

 

 

L.

Pustki i retro sprawy.

Nie wiem co to znaczy tak naprawdę bycie retro. Może z tym się człowiek po prostu rodzi. Po prostu czuje całe swoje życie, że jego miejsce jest gdzieś tu, ale w sumie też tam.

A może to patrzenie w gwiazdy.

Nocne spacery brzegiem morza.

Picie herbaty na molo w mroźny dzień.

Pieczenie ciasta w upalną noc, boso i w Jego koszuli.

Modlitwa w lesie.

Kąpiel w wannie pełnej lawendy.

Wino z przyjaciółką i miska krewetek.

Popcorn zjedzony w piżamie i nocny seans Netflixa.

Udawanie Beyonce przed lustrem.

Śpiewanie psom piosenek Kaliny Jędrusik.

Bycie naiwną.

Cynamonowe świeczki.

Lampki na oknie.

Motyle w brzuchu na myśl o nowych rzeczach.

 

 

A dzisiaj na molo w Orłowie, dotarło do mnie, że już nie wierzę w miłość.

L.

Trudna sztuka odpuszczania.

Jest taka scena filmowa, kiedy to najczęściej bohaterka ma swój przełomowy moment. Na przykład płacze na łóżku i słucha Etty James. I płacze tak bardzo, że aż się zanosi. I nagle wstaje i #girlpower.

Śmiało można by stwierdzić, że jest niestabilna emocjonalnie i ma pewnie jakieś zaburzenie psychiczne. A czy komuś po prostu przyszło do głowy, że jest kobietą? Taką z krwi i kości? Która nie tłumi swoich emocji, płacze, wyje, śmieje się, jak kocha to na całego i czuje  te wszystkie inne rzeczy o których inne kobiety wolą nie rozmawiać, bo dały się zgasić. To smutne.

Ale wróćmy do przełomów.

Każdy z nas ma jakąś swoją scenę filmową. Mi się tam marzy Titanic na molo, ostatnia scena w drzwiach jak w Amelii, albo moment jak Pamiętniku, kiedy kłócą się przy samochodzie i On jej mówi, że będzie ciężko i że Ona go wkurza ale ją kocha i koniec.

Wiecie co łączy te wszystkie sceny?

Komuś zależało.

 

Jack wziął Rose na czoło statku, żeby poczuła wolność bo tak bardzo była stłamszona przez mame i to co wypada a czego nie wypada. Wiedział, że ma w sobie tą dzikość i tylko pomógł jej ją odkryć. Dał jej wolność i poczucie bezpieczeństwa zarazem. Szkoda, że dała mu zamarznąć w tej wodzie w sumie.

 

Amelii zależało na Nim. Dawała mu znaki, zagrała z nim w grę a kiedy się poddała, to On stanął na rzęsach i ją odnalazł. Tak po prostu zapukał do jej drzwi, kiedy mieszała ciasto. Bo mu zależało, żeby odnaleźć tą magiczną dziewczynę.

 

W Pamiętniku … serio, tyle emocji w tym filmie, że do tej pory mam problem, żeby go obejrzeć bez chusteczek.

Skrótem – zależało.

I tak jest właśnie z relacjami. Ja podałam przykłady związane relacjami damsko-męskimi, a to dlatego, że mi też się trafiały takie ananasy. Ancymony?

Jakiś czas temu zdałam sobie sprawę z tego, że przyciągam do siebie ludzi. Najczęściej tych dobrych, którzy chcą być w moim życiu. Przyjść na herbatkę, porozmawiać przy kuchennym stole, pomoczyć się nocą w morzu, pooglądać Muminki, pogłaskać Korę. Stać się częścią mojego małego świata. Chcą i są.

Więc przyciągam do siebie ludzi i ich historie. A oni sobie potem idą.

 

I dlatego odpuszczanie jest najważniejsze. Bo to dbanie o nas samych. Trudne i skomplikowane relacje są wpisane w nasze życie, ale to nie znaczy, że mają nas na siłę trzymać i kształtować resztę naszego życia.

 

Nie chodzi mi tylko o wieloletnie związki. Wierzcie mi, czasami kilkutygodniowa znajomość może zrobić Wam niezłe zamieszanie w życiu. Ale przecież nie da się przewidzieć tego, że jak ktoś chciał się z Tobą zaprzyjaźnić, wspierać i rozmawiać do rana, chodzić na spacery z psem i tak dalej… nagle nie zniknie.

 

To są ludzie widmo.

 

Trzeba ich sobie odpuścić. Podane przykłady to faceci, bo tak mi się zdarzyło. Ale między nami dziewczynami też tak jest. Prawda?

I mogłabym nadal myśleć co zrobiłam nie tak, dlaczego dałam się nabrać, dlaczego pomyślałam ‚ojeju jak fajnie’ – skoro nie zależy.

Wiecie, ja mam tak, że piszę o tym co wiem, co znam, co przerobiłam i przepracowałam. Z moimi przyjaciółkami mamy takie powiedzenie

 

” Czego se nie przepracuje, to se wypre” – cyt. po winie.

I nie wstydzę się pisać o tym co czuję, co przepracowałam i ile mnie to kosztowało. Bo dostałam masę wiadomości – szczególnie w moje urodziny – że Panna Lola jest dla Was ważna.

Gdybym nie odpuściła tych relacji, to nie mieszkałabym tutaj, nad morzem. Pewnie znerwicowana siedziałabym w mieszkaniu we Wrocławiu, na 4 piętrze, Kora byłaby kłębkiem nerwów przeze mnie a ja co wieczór czekałabym na to aż przyjdzie ktoś na kim mi zależało. Wiem, że wiecie jak to boli.

 

A to nie jest tak, że ten ból się potem zamienia w super siłę? 

 

A wiecie co jest najpiękniejsze? Że teraz jest przestrzeń dla tych ludzi, którzy chcą Was poznać. A reszta niech sobie idzie. Dalej.

 

 

Lola.

Panna Lola i urodziny.

 

 

Rok temu skończyłam 25 lat. Byłam w zupełnie innym momencie swojego życia. Miałam pracę, narzeczonego, mieszkałam we Wrocławiu i myślałam, że to już koniec wielkiej zawieruchy, która towarzyszyła mi przez poprzednie miesiące.

Och, jak bardzo się myliłam.

Dzisiaj skończyłam 26 lat.

 

 

Mieszkam nad morzem, bo tak poczułam w styczniu lecząc nad jego brzegem złamane serce.

Czyli narzeczonego też już nie mam.

Pracy też już nie – ale to nie jest warte pisania tutaj. W ogóle.

Wiele razy już tutaj pisałam o tym co mam, czego nie mam, co mnie boli, za czym tęsknie. Czasami piszę wprost, czasami między słowami. Ale jeśli mnie czytasz, to jesteś w tym procencie osób, które mnie po prostu lubią. I za to Ci dziękuję.

Dzisiaj mam urodziny, miałam na nie dużo planów, wiesz? Ale chyba nic nidy nie mogę zaplanować, bo zawsze wychodzi lipton. Którego notabene pić nie mogę, bo ma gluten.

Ten rok dał mi dobro. Poznałam wspaniałych ludzi, którzy byli u mnie kiedy było źle, kiedy było pięknie. Po prostu byli. Nauczyłam się siebie, dałam sobie złamać serce na dokładkę, żeby paradoksalnie poczuć, że żyję. Wypiłam więcej wina niż przez całe moje dotychczasowe życie i zaliczyłam jednego porządnego kaca. A musisz mi wierzyć, że przez 25 lat byłam bardzo, bardzo grzeczna.

Zaczęłam pisać bajkę o królikach i kosmosie, bo los postawił mi na drodzę osobę, która mi tą bajkę przyniosła samym sobą.

Lola i Cynamon układa się w mojej głowie i serce mi mówi, że będzie gotowa na pierwszy poniedziałek grudnia.

Mam Korę, po 10 miesiącach rozłąki jesteśmy razem i każdego dnia kocham ją jeszcze mocniej.

Wydarzyło się wiele. Czasami za dużo, czasami za mało.

Dzisiaj są moje urodziny a tu to, czego życzę sama sobie.

L.

 

 

 

Jeśli miłość, to do siebie samej.

Jeśli ciepło, to od sweterków i herbaty z malinami nad brzegiem Bałtyku.

Jeśli słodko, to od czekolady i solonego karmelu.

Jeśli rumieńców, to tych od wrażeń i leśnych spacerów.

Jeśli tęsknoty, to za tym co jeszcze mogę mieć.

Jeśli szczęścia, to do ludzi.

Jeśli pracy, to tej nad samą sobą.

Jeśli zdrowia, to dla Kory.

Jeśli smutków, to tylko tych na starych filmach.

Jeśli Jego, to dobrego.

Jeśli sukienek, to tylko tych do tańca i zdejmowania.

Jeśli muzyki, to Jazz.

Jeśli bezpieczeństwa, to swojego miejsca na każdy sztorm.

Jeśli ciasta, to tylko sernika.

Jeśli podróży, to tylko spontanicznych.

Jeśli łez, to ze szczęścia.

Jeśli książki, to Muminki.

Jeśli Kosmos, to dach, wino i On.

Jeśli radość, to z pokonanych strachów.

Jeśli kwiaty, to goździki.

Jeśli modlitwa, to w pustym Kościele.

Jeśli droga, to tylko ta trudna.

Jeśli zapach, to powietrze po burzy i cynamon w ciepłym mleku.

Jeśli pora roku na zawsze, to słoneczna zima.

Jeśli strach, to… to dobrze. Strach jest ważny.

 

 

Rzecz o dzikości.

Teraz tak myślę, że to ponad pół roku bycia samej wyszło mi na coś dobrego.

Nauczyłam się kochać samą siebie i patrzeć na siebie inaczej.

Podjęłam ważne życiowe decyzje i z utęsknieniem czekam na jesień pachnącą cynamonem i tym czymś w powietrzu.

Mam w sobie odwagę, do mówienia i myślenia tak jak chcę.

Ale najważniejsze, że

nagle nastała dzikość.

Co każe Ci iść o drugiej rano nad morze, śpiewać w leśnej alejce piosenki Kaliny Jędrusik, dotykać drzew i zachwycać się czystym powietrzem.

Coś tu się obudziło. Nauczyłam się, że trzeba się wspierać a nie być przeciwko sobie.

Że lepiej być sama ze sobą niż z kimś na kogo patrzę bez tego czegoś w sercu.

Bo mnie chce i to powinno mi wystarczyć.

A właśnie, że ja najpierw sama ze sobą zbudowałam coś ważnego.

Najważniejszego.

Posłuchałam siebie.

Kocham jeszcze bardziej.

Cierpię za całe stado.

Jak płaczę, to wyję a potem jest cicho jak w lesie pełnym śniegu.

Jak gotuję, to tylko z miłością.

Jak z kimś rozmawiam to na całego, do drugiej rano, pijąc wino na schodach kamienicy.

Jak ktoś mnie lubi bardziej niż powinien to umiem to przyjąć.

Umiem też to oddać z nawiązką.

Odkryłam, że wszystko jest po coś.

Umiem też pożegnać ważne osoby bo wiem, że tak ma być.

Czasami jest tak, że kogoś spotykasz na chwilę. I możesz się buntować, że ta osoba zdecydowała nie iść dalej z Tobą, obok Ciebie.

Możesz też usiąść na molo z lekko połamanym sercem i popatrzeć w gwiazdy i pomyśleć ” Po co On mi tu był”

A po to, żebyś zamieszkała wreszcie nad morzem.

A po to, żebyś napisała pierwszą ważną bajkę o Kosmosie.

A po to, żebyś skończyła Lolę & Cynamon.

A po to, żebyś może kiedyś wybaczyła im wszystkim.

A najważniejsze jest to, że On – każdy z nich był po to –  żebyś odkryła tą drogą.

Do Niego.

Do tego właściwego, który czeka gdzieś i nawet pewnie nie wie.

Ale Ty mu opowiesz o tej całej dzikości, która kazała Ci iść i która tym głosem serca Cię raniła.

Bo nikt nie powiedział, że dobre decyzje, nie będą Cię ranić.

Nikt.

 

 

 

Nadmorzem.

Długo zastanawiałam się jak napisać i czy powinnam dalej pisać, to wszystko co czuję.

Ale postanowiłam, że skoro dzisiaj zaczynam od nowa, to muszę dać sobie szansę na to, żeby zacząć od nowa na każdej swojej płaszczyźnie.

Myślałam ostatnio, co może być przepisem na moje szczęście. Za dużo we mnie było niepewności i strachu. Nie wiedziałam gdzie iść. Uciekałam od ważnych ludzi, czasami bezpowrotnie.

Zaczęłam od początku.

Postanowiłam przypomnieć sobie siebie samą sprzed pięciu lat – dobrze, że zaczęłam już wtedy ‚instagramować’ wszystko – mogłam sprawdzić samą siebie tak jakbym czytała pamiętnik.

Pięć lat temu zaczęłam pisać „Lolę i Cynamon” – wymyśliłam tę historię leżąc w wannie, pewnego zimowego wieczoru.

To był chyba ten pierwszy raz kiedy w moim sercu zagrało coś dzikiego.

Bo to było tak, że wtedy myślałam tylko o tym, że chcę założyć rodzinę, mieć dzieci i żeby w domu pachniało świeżym praniem.

Tak myślała moja głowa, ale serce podpowiedziało mi, że nie teraz.

Ignorowałam ten głos.

Zaczęłam pisać książkę, nie potrafiłam jej skończyć. Ten głos ciągle mi mówił, żebym zamieszkała gdzieś sama, rysowała, słuchała nocami Jazzu i ciężko pracowała na swój sukces.

Każda praca jaką wtedy podjęłam tylko mnie dołowała, bo nie pozwoliłam sobie na szczęście.

Chciałam przygód, podróży. Chciałam tańczyć do rana w tej czerwonej sukience z moich marzeń, pić lodowate prosecco, piec ciasta czekoladowe, boso, nocami w kuchni wpuszczając letnie powietrze do domu.

Chciałam śmiać się jak wtedy, kiedy byłam małym dzieckiem i wystawiać twarz do słońca bo kocham swoje piegi.

Był tylko jeden poważny problem. Byłam przekonana, że nie da się tego zrobić będąc w związku. Bo zobowiązania, bo miłość, bo byłam cały czas smutna.

Więc „Lola i Cynamon” miała być moim własnym hymnem o niespełnionych marzeniach o morzu, swojej pijalni czekolady, tej sukience i potrzebie bycia samej. Bo szczęście nie zawsze chodzi parami.

Nie wiedziałam wtedy, że nie dam rady skończyć tej książki bez tego wszystkiego co się przydarzyło po drodze.

Myślałam, że nie dam rady przeżyć końca świata.

A przetrwałam. Kilka końców.

Przeżyłam też niesamowicie piękne chwile, ze szczęścia zabrakło mi nie raz tchu.

Poznałam pięknych i dobrych ludzi – którzy przypomnieli mi, że to ja przyciągam ich do siebie.

Bo jestem taka.

Te pięć lat zaprowadziło mnie tutaj – nad morze.

Jeszcze w to nie wierzę, że to zrobiłam.

Ale wreszcie posłuchałam swojego serca i dałam sobie wolność.

Bo wiecie, wtedy pięć lat temu, w tej wannie, wysłałam swoje marzenie w Kosmos.

A jak coś sobie postanowisz, to wtedy cały Wszechświat Ci sprzyja.

Nagle poznajesz cudną osobę mieszkającą nad morzem, z którą wypijasz morze wina i rozmawiasz do rana inspirując się jej siłą.

Nagle odkrywasz tuż przed przyjazdem pociągu, że klucze z mieszkania we Wrocławiu zostawiasz w Gdyni i ulgą stwierdzasz, że masz kolejne kilka godzin w tym mieście.

Nagle okazuje się, że możesz pracować zdalnie.

Wszędzie czekolada, Prosecco, długie rozmowy, czyste powietrze i gwiazdy tak piękne jak nie wiem co.

Już wiem, dlaczego moją ukochaną bajką jest Piękna i Bestia.

Bo tak jak Bella od zawsze czułam, że chcę więcej niż małe Pyskowice na Śląsku, które szczerze uwielbiam. Za ich tajemnicę i mrok. Za zapach dymu jesienią. I śniegu zimą.

Ale zawsze chciałam więcej.

Zawsze miałam te niesamowite motylki w brzuchu, które mówiły mi, że czeka mnie szalona przygoda w życiu.

Czasami się śmieję, że sobie to wszystko wyrysowałam.

Ale taka jest prawda, dzięki rysowaniu poznałam najwspanialsze osoby na świecie.

I tak…..

Nagle cała mapa mojego życia układa się w jedną całość.

MORZE.

A więc szłam do Ciebie cały czas.

Tylko jestem gapą i musiałam pobłądzić.

Odkryłam samą siebie, na mojej samotnej wyprawie do Włoch.

Sprawdziłam, że jestem silna i dzielna kiedy łamałam sobie serce i życie.

Zawsze uciekałam.

A teraz czuję, że wróciłam do domu.

Po długiej i trudnej podróży.

I mimo tych wszystkich burz, które zapewne nadejdą – bo takie jest życie, wiem, że przetrwam.

******

I co, mówiłam, że to zrobię.

I zrobiłam!

Zajebiste uczucie.

Polecam!

Lola

PS. J, dziękuję.

bezsenność.

Od kilkunastu lat nie lubiłam Maja.

Kojarzył mi się z uciekaniem i nagłym nowym życiem.

I teraz proszę, robię to samo.

Nie mam trzynastu lat a prawie dwadzieścia pięć.

Nie drżę już nocami ze strachu, a tulę się do chrapiącego psa.

Nie boję się.

A nie, przepraszam.

Boję się.

Można mieć wszystko. Poczucie bezpieczeństwa, plecy do tulenia się w nocy. Nocne zakupy w Tesco, nocne maratony filmowe.

Można mieć jakąś stabilizację.

Można też to stracić szybko i uciec.

Uciec jak najdalej, żeby utopić się jakoś na samym dnie. I nie dać się odszukać. Utopić się w rysunkach, pisaniu bajek.

Utopić się w muzyce.

Gotowaniu.

Pracy.

Chciałabym się schować. Zniknąć.

Girl power nie zniknął ze mnie.

Po prostu czas rzeczywiście uleczył rany i została pustka. Z tych co budzi Cię w nocy i każe patrzeć w niebo. Parzyć rumianek, podrapać za uchem psa. Przez chwilę mieć nadzieję, że ktoś jednak kiedyś przytuli, zrobi mięte, przykryje różowym kocykiem, wyprowadzi Korka, żebym mogła pospać dłużej. Będzie jak mur. Bezpieczny i stały.

A to tylko w Harlequinnach czy jakoś tak.

Mam za to nocne spacery w szałowych piżamach.

Siłę w sobie o jakiej nie wiedziałam.

Całą kołdrę dla siebie.

I nikt się nie obraża jak za długo rysuję.

Raj.

 

Piekielny.

 

L.

GIRL POWER!

Wiem, że aura majówkowa narzucałaby zmianę tytułu na ‚GRILL POWER’ ale…ale.

 

Znam kobiety w swoim otoczeniu, które kipią od feminizmu. Ale nie w złym słowa tego znaczeniu. Wspierają, kochają, planują śluby, dzieci, gotują bo lubią, sprzątają bo lubią, malują się bo lubią. Noszą obcasy i są tak bardzo kobiece w swojej niezależności, że emanują tym blaskiem na kilometry.

 

Znam kobiety, które walczą o swoje prawa. Jak tygrysy zamykane w cyrkowych klatkach. Biegają na manify, nie przebierają w słowach, są ostre w obyciu i na pierwszy rzut oka emanują ‚bitch face’em’.

Znam kobiety, które nie wspierają się nawzajem. Znam kobiety, które nie widzą w innych kobietach inspiracji i wsparcia.

Znam kobiety, które we wrażliwości innych kobiet szukają słabości.

Znam kobiety, które nie szanują pasji innych kobiet.

I ciesze się, że je znam.

 

Dzięki nim wszystkim codziennie uczę się tego jak silna jestem. Jak to, że piszę, rysuję i robię zdjęcia na szalonym Instagramie wcale nie jest oznaką mojej słabości.

Nie boję się rozmawiać o ciężkich sprawach.

Przemoc domowa?

Toksyczne związki?

Zaburzenia odżywiania?

Depresja?

Samotność?

Od czego mam zacząć?

Mogę o tym wszystkim i jeszcze więcej.

Ostatnio rozmawiałam przy herbatce-frytkach-lodach z Marceliną – Melografem.

I doszłyśmy do wniosku, że cholera kobiety, to trochę takie wojowniczki. A nawet bardzo. Cyt. Marcysie – kto ogarniał zawsze dzieciaki, chatę, ognisko, szykował jedzenie? Jakich kobiet szukali faceci? Silnych, mądrych z biodrem i cyckiem.

Każda z nas jest wojowniczką. Codziennie zmagamy się z szowinizmem, mniejszymi stawkami od mężczyzn za pracę, z tym, że pewnie jesteśmy głupsze. A paradoksalnie jest nas coraz więcej – w technologii, ekonomii i przemyśle.

Kobiety rządzą – Kobiety są przyszłością.

 

Czym jest kobiecość?

Kobiecość to nie tylko pomalowane na czerwono paznokcie, zestaw dobrych kosmetyków w łazienkowych szufladkach, buty na obcasach i sukienki. Kobiecość to bycie wojowniczką. To szukanie samej siebie i swojej kobiecości w wielkim chaosie. To bycie dzielną i silną kiedy wszyscy dookoła próbują wmówić Ci, że nie możesz, że nie dasz rady. Chyba nigdy wcześniej nie czułam tego tak bardzo. Słuchanie głosu swojego serca to magia. I odkąd uprawiam te czary-mary codziennie budzę się szczęśliwsza. Polecam słuchać siebie, odpuszczać i wybaczać. Najpierw sobie. A potem tym którym chcemy.

 

Ale jak wybaczyć sobie?

Mi pomaga praca. Samodyscyplina. To, że upadam ale wstaję. Ale pomaga mi też najważniejsza rzecz – siła.

Siła, którą buduję w sobie samej ucząc się asertywności, nie odpuszczając swojej pasji, mając w nosie hejterów – tak mi też się zdarzają serio.

 

Ale tak najbardziej pomaga mi to, że mam swój

 

Okazuje się, że mam w życiu, to ogromne szczęście do dobrych ludzi dookoła siebie.

A więc po kolei.

 

Lidia nauczyła mnie, że księżniczki Disney’a mają swój głos we współczesnym świecie i że do chłopców trzeba konkretnie i otwarcie. Nauczyła mnie też tego, że zdrowy związek to ten, w którym się rozwijasz. A facet twojego życia pieje wtedy z zachwytu a nie z zazdrości.

Ogryź nauczyła mnie, że wrażliwość i empatia, to siła, która jest najcenniejszą rzeczą. Że cierpienie z miłości nie jest złe, bo to oznacza, że masz to. Masz te uczucia w sobie. Że nikt nie może Ci ich odebrać. Nauczyła mnie też, że słuchanie głosu swojego serca jest najważniejsze i że mieć cel i plan to cenna sprawa. Asia jest moją wojowniczką. Najdzielniejszą ze wszystkich. Pełną ciepła i siły.

Ewunia nauczyła mnie, że życie to nie tylko powaga. Że warto rzucić wszystko i polecieć do miłości swojego życia.  Że przyjaźń to najważniejsza sprawa na świecie. Że nie muszę mówić – Ona wie. Że normalność jest piękna i rodzina to cudna sprawa.

Agatka pokazuje mi dobro i ciepło. Nie znamy się długo i dobrze ale czasami więź po prostu się staje i ciężko to wyjaśnić. Po prostu.

Marcelina nauczyła mnie, że w związku obie strony powinny mieć pasję, wolność i zaufanie. Pokazała mi, że bycie silną to nauka na całe życie. Że życie swoją pasją to piękna ale to trudna droga, warta każdego kamyczka na szlaku.

 

Znam więcej takich dziewczyn.

I wiecie co, #girlpower to wbrew pozorom ciężki temat.

 

Czym jest dla mnie?

Odejściem od wszystkiego co złe i co mnie ogranicza.

Zaczęciem od nowa już wkrótce bez rodziny obok ale za to z psem i dobrymi ludźmi na miejscu.

Życiem swoją pasją.

Współczuciem i miłością dla ludzi, którzy nie chcą zrozumieć tego jaka jestem. I nie tylko ja.

Pozwoleniem sobie na bycie słabą kiedy nie mam siły.

Pozwoleniem sobie na bycie silną kiedy wiem, że muszę a może nie wypada.

#girlpower to bycie dzielną i życie zgodnie ze sobą.

 

 

Love love,

 

Lola

 

ps.