Kryzys.

Nadszedł kryzys. Jesteś sparaliżowana. Brak zamówień i mała szansa na skorzystanie z oszczędności. Konkurencja nie śpi i wykorzystuje Twój przestój. No, jest źle. Wpadłaś w smutek i marazm a głos w Twojej głowie krzyczy

 

NIE DASZ RADY!

 

Ale zaraz zaraz… jak to? To dlatego rzuciłaś etat i pokazujesz innym, że da się żyć ze swojej pasji? A umówmy się, jesteś super dzielna, że podjęłaś decyzję „pójścia na swoje”.

 

Ludzie którzy nas otaczają nie zdają sobie sprawy, że my naprawdę ciężko pracujemy, zmagamy się z własnymi demonami i kryzysami. Ze stresem związanym z opłatami na czas i nie ukrywajmy – czasami zdarzają się trudni klienci.

Wiem jak łatwo wpaść w marazm, bo strach naprawdę potrafi odebrać Ci czasem oddech. Brutalne fakty są takie, że trzeba mieć oszczędności po to, żeby móc skupić się na tworzeniu nowych produktów i rozwoju firmy.

No dobra ale jak dobrze wiemy, będąc na starcie są słabe szanse, że Twój biznes wygenerował dużą kwotę na rok do przodu. A nawet jeśli, to możesz po prostu stracić nagle pieniądze. To się zdarza. To normalne. I to nie jest powód do wstydu.

Dlatego, stworzyłam swoją własną instrukcję obsługi samej siebie w dobie kryzysu.

 

Wiem, to brzmi conajmniej dziwnie. No cóż, nauczyłam się jak działać kiedy za rogiem czai się brak wiary w siebie. Nie martw się, mnie też przerażają inne przedsiębiorcze silne dziewczyny. Ja taka nie jestem. Cierpię na nadwrażliwość i uciekam jak ktoś wyskakuje z hasłami w stylu ” musisz zrobić to to to to to to to to i „pierdylion” innych rzeczy żeby Twój biznes poszedł do przodu”

A ja nie wiem czego chcę i mam prawo nie wiedzieć. Codziennie widzę w grupach na facebooku dziewczyny ze swoimi firmami, połowa z nich sama nie wie co ma zrobić ze swoim biznesem i z nią samą w tym biznesie. Jak ja to rozumiem! Ale ja – Lola – nie jestem i nie będę aspirować do pisania na tym blogu treści biznesowych. Chciałam Wam dzisiaj opowiedzieć co mi pomaga dostrzec nadzieję tam, gdzie na chwilę robi się ciemno. Bo mi też się to zdarza. A ilość zamówień na portrety nie są gwarancją mojego sukcesu. Wbrew waszym wszelkim pozorom.

 

Więc kiedy nadchodzi ten kryzys a Ciebie paraliżuje strach, to mam dla Ciebie instrukcję obsługi.

 

  • Zrób sobie coś ciepłego do picia i usiądź. Odetchnij głęboko.
  • Posprzątaj mieszkanie i swoją przestrzeń. Dlaczego to jest takie ważne? Bo oto nadszedł kryzys. Czekają Cię pracowite dni i tygodnie. Stwórz sobie bezpieczną i pachnącą czystością bazę w której będziesz odpoczywać po codziennej walce. Może to banał ale dom jest jak związek – po całym dniu ciężkich decyzji i sytuacji musisz wrócić do bezpiecznej przystani a nie na pole bitwy.
  • Zrób sobie wieczór dla siebie. Długi prysznic, peeling, ogól co tam chcesz jeśli chcesz się ogolić. Może maseczka? Może nowy kolor paznokci? Potem szlafrok, herbatka do łóżka i – w moim przypadku – seriale odmóżdżające np. azjatyckie dramy. Nie oceniaj, plis.
  • Dbaj o relację ze swoją społecznością. Bo zakładam, że masz wokół siebie i swojej marki życzliwe Ci osoby. Możesz przecież im się po swojemu wygadać – bez zbędnego obnażania się. Przyznanie się do błędów w życiu i problemów to nie wstyd. Oczywiście dobrze by było nachalnie nie pisać – kupcie coś bo nie mam na waciki. Ale myślę, że zadbanie o swoją przestrzeń w sieci jest na tym samym poziomie co zadbanie o swój dom. Może odśwież szablon strony, zmień grafikę, uporządkuj ofertę. Zadbaj o swoją autentyczność jeszcze bardziej. Takie „firmowe” porządki naprawdę potrafią działać cuda.

 

Dla mnie ważne jest to, że otaczam się ludźmi z pasją i pozytywnym nastawieniem do prowadzenia własnej działalności. Od nikogo nie usłyszałam jeszcze „to może wróć na etat?”

Staram się już nie zakładać takiego scenariusza bo mój ostatni powrót na etat był jakąś psychiczną katastrofą i walką z samą sobą mimo, że bardzo się starałam. Jestem jednak wdzięczna i dumna, że wróciłam do biura na te kilka miesięcy i sama odeszłam. Moja intuicja mnie uratowała i przekonanie, że zrobię co w mojej mocy, żeby Panna Lola była moim życiem w najlepszym znaczeniu tych słów. Och! ale patos, wybaczcie, czasem tak mam.

Kryzys to idealny czas na zebranie kontaktów i stworzenie swojej własnej firmowej bazy mailingowej. Marketing w Twojej firmie to nie tylko wrzucenie kilku postów na social media. To realny i możliwy kontakt do ludzi, którzy mogą stać się Twoimi wspólnikami w zbrodni. Czy coś.

Generalnie super jeśli zrobisz sobie listę firm i wydawnictw z którymi chcesz pracować. Wiele magazynów „papierowych” często szuka tematów – jeśli masz ciekawą historię do opowiedzenia albo genialny storytelling swojej marki, to kto Ci zabroni spróbować?

Daj znać ludziom, blogerom i wszystkim innym, którzy mogą mieć realny wpływ na Twój biznes, że istniejesz. Że możesz im pomóc. Mało tego, jeśli tak jak ja rysujesz i widzisz, że komuś może przydać się Twoja pomoc to taka zaskakująca wiadomość z rzetelnym i wartościowym komentarzem będzie jak złoto. Serio.

Przykład: widzisz, że bloger ma średnio spójną identyfikacje wizualną – napisz, że możesz pomóc w zamian za promocję. Bądź przydatny, nie oczekuj, że wszystko przyjdzie do Ciebie samo. Oczywiście to zawsze jest okupione ryzykiem. No ale kto nie ryzykuje ten nie pije herbaty.

Pamiętaj, że „Złoty strzał” nie istnieje tylko raz! Nazywam tak nagły sukces kiedy robi się o Tobie głośniej i masz nagle więcej followersów i zamówień. Śmiało myślę, że może kilka razy w roku zostać obsypana złotem jeśli tylko wyjdziesz do ludzi ze swoją historią. Dlatego warto zainwestować czas w swoje projekty, które wzbogacą Twoje portfolio.

Podpowiem, że najlepiej się klikają i sprzedają takie, które opowiadają o codziennych sprawach i normalnym życiu. Bo to najlepszy temat. Moimi odbiorcami są głównie dziewczyny, często na swoich własnych zakrętach. Dlatego staram się dawać im kawałek swojego serca, które posklejała mi moja sztuka.

 

A wracając delikatnie na ziemię, to na koniec kilka prostych rad.

Zrób promocję, kody rabatowe.

Stwórz swój projekt w który być może pierwszy raz zaangażujesz influencerów. To super sprawa o ile będzie to coś wartościowego dla ich odbiorców.

Język korzyści – ubierz swoją markę w piękne słowa, które same sprzedadzą produkty. I tak je oficjalnie promuj w opisie swojej firmy w każdym możliwym miejscu.

Pytaj wśród znajomych o projekty w których mogłabyś wziąć udział – płatne oczywiście. Nie bój się wyjść do ludzi ze swojego miasta.

Zorganizuj warsztaty, które będą wartościowe dla osób które wezmą w nich udział. Bądź pomocnym twórcą.

Myślę, że kreatywność też może być fantastycznym lekarstwem. Popracuj nad swoim instagramem, facebookiem. Niech content będzie spójny. Ludzie kupują oczami.

Wiesz, że największym konsumentem są kobiety? Moje portrety najczęściej kupują dziewczyny, to do nich mówię w swoich postach, to ich historie rysuję.

Miej pokorę, nie osiadaj na laurach. Wiem bardzo dobrze jak bardzo to może być mylne.

 

Nie poddawaj się, będzie dobrze.

Tulę Cię mocno!

 

Lola

 

Czym rysuje – czyli mini przewodnik po moich narzędziach.

Cześć i czołem!

 

Często dostaję wiadomości na temat tego czym rysuję, jak rysuję i jak się można nauczyć takiego stylu. A ja….nie umiem na to wszystko odpowiedzieć. Wydaje mi się, że to nie jest tak, że ja tu i teraz napiszę wam, o swoich narzędziach i to da gwarancję sukcesu. Przyznam szczerze, że kiedy ja zaczynałam rysowanie na całego i zaczęłam wiązać z tym swoją przyszłość, a było to jakoś w pierwszej – drugiej klasie gimnazjum, to nie dysponowałam wielkimi środkami finansowymi. Ale dysponowałam kreatywnością, szarym papierem i stosem Filipinek, z których wycinałam ładne zdjęcia i tworzyłam swoje personalizowane szkicowniki.

Byłam szczęśliwa, kiedy dorwałam za dwa złote w markecie zeszyt w twardej oprawie z czystymi kartkami. Takie były moje pierwsze szkicowniki. A ilustracja zaczęła się dla mnie w momencie, w którym dostałam kredki akwarelowe. Ale ten wpis to nie moja historia. Chciałam po prostu tym wstępem powiedzieć, że jak masz w sobie wielką pasję to będziesz każde narzędzie i okazję traktować jak złoto. Serio.

 

W tej chwili dzięki pracy i wiedzy, którą zdobyłam przez te wszystkie lata wiem, czym najlepiej mi się rysuje i maluje. Bardzo się cieszę, że odkryłam swoje ulubione narzędzia, ale też nie ukrywam, że nie mogę się doczekać tych wszystkich nowych rzeczy które odkryje. W ich odkrywaniu pomaga mi często Instagram albo Pinterest. Czasami się okazuję, że, żebym mogła uzyskać zamierzony efekt wcale nie muszę wydawać wielkich pieniędzy, bo większość już mam w swoich pudełkach.

Do stworzenia tej ilustracji użyłam kredki akwarelowej, kredki ołówkowej, ecoliny i akwareli w kostkach.

 

Nie ukrywam i nie będę ściemniać skromnie, że przez ostatni rok mój warsztat się bardzo zmienił. Rysuję codziennie, narzucam sobie tematy, kombinuje i ćwiczę. Oprócz tego pracuje na etacie, piszę książkę, prowadze swoją własną firmę i planuje ślub. Mieszkam też chwilowo na walizkach, więc nawet nie mam swojego stołu do rysowania. Czyli generalnie mam nieskończoną ilość wymówek ale się tym nie przejmuję. Bo to rysowanie mnie składa na nowo w tym moim życiowym haosie. Więc chyba wychodzi na to, że moim pierwszym i zdecydowanie najważniejszym narzędziem jest PASJA. Musisz chcieć pracować, ciężko pracować. Rozwijać się i nauczyć się tego, że konkurencja to nie rywale. To dodatkowy element Twojego własnego rozwoju. Wiem co piszę – bywały i bywają nadal momenty, że komuś zazdroszczę lepszego warsztatu, lepszych ilustracji, lepszych portretów. Ale to mnie TYLKO I WYŁĄCZNIE motywuje do pracy.Często rysuje na kolanie, w łożku. Uwielbiam wtedy oglądać filmy dokumentalne – najczęściej o seryjnych mordercach ( i tak, znam Stanowo 😉 ), wtedy pomaga mi w tym moja kochana deska, którą wieki temu kupiłam w Empiku jak mieszkałam w Warszawie.

 

A więc przedstawiam Wam mój mini przewodnik po ukochanych narzędziach.

Jeśli chodzi o pędzle, to te do akwareli muszą być z miękkiego i delikatnego włosia. Półokrągłe. No przynajmniej jak dla mnie.  Świetnie sprawdzają się te syntetyczne ale tak naprawdę muszę je zawsze wymacać w sklepie plastycznym, żeby wiedzieć, że to ten.

 

Kolory to najważniejszy element moich ilustracji. Nie jestem kolorowa – bezpiecznie się czuje w ciepłych, czekoladowych barwach z elementami pudrowego różu. Czasami zaszaleje i dodam mleczną miętę. Znajomość mojej własnej palety bardzo ułatwia mi zakupy. Jestem od lat fanką ecoliny w słoiczkach. To zagęszczona akwarela, którą można rozpuszczać w wodzie i mieszać z klasycznymi akwarelami w kostce. Używam jej zawsze do portretów w wianuszkach, ze względu, że nie zakrywa tuszu i jest idelanie przezroczysta w swoim kolorowaniu np.kwiatów.

 

Kiedyś kupiłam sobie akwarele w tubkach ale o nich zapomniałam. Przepadły w którejś z przeprowadzek ale… trafiłam na promocje w plastyku i tak oto kupiłam sobie pięć ulubionych akwarelowych kolorów. To gęsta akwarela – trochę tępa jak gwasz ale idealnie się poddaje wodzie i nie schnie na brudny mat. Polecam z całego serca. Pamiętajcie, że dobry zestaw do malowania przeróżnymi rodzajami akwareli, to pędzel, czysta woda i kuchenne ręczniki papierowe pod ręką do ściągania nadmiaru wody i farby z papieru. W moich ilustracjach mieszam przeważnie kredki akwarelowe firmy Derwent – możecie je kupić na sztuki – mieszam też ecoline i kostkowe akwarele. I teraz, wprowadzam też akwarele w tubkach.

 

Poniżej możecie zobaczyć co wychodzi mniej wiecej z takiej mieszanki 🙂 To jeden z moich próbnych akwarelowych wianków. Nie jest dokończony ale daje sobie czas, żeby do niego wrócić. Bo właśnie tego codziennie uczy mnie malowanie – cierpliwości.

 

Pisaki, to zdecydowanie serce moich ilustracji. Do szybkich kresek w szkicowniku używam moich ukochanych pisaków MUJI – można je kupić stacjonarnie w Warszawie lub na ich stronie internetowej.

 

 

Do rysowania portretów wygrywają zdecydowanie microny o dwóch podstawowych dla mnie grubościach – 005 i o1

 

 

 

 

Jakiś czas temu postanowiłam postawić na więcej ekspresji i ołówki były strzałem w dziesiątke 🙂

 

Ołówek ma niesamowite możliwości – możecie nim wyczarować wiele emocji bez używania kolorów. Same kreski zmieniające się pod wpływem nacisku wystarczą. Jak dla mnie – MAGIA! Natomiast zdecydowanie wygrałam życie kupując ostatnio ołówki akwarelowe – czyli takie, po których możemy przejechać pędzlem z wodą i zmieniają naszą ilustracje w coś naprawdę wyjątkowego. Dzięki tym ołówkom wróciłam do Harrego Pottera i moich projektów, bo jak się okazało to właśnie był ten brakujący element do ich stworzenia.

 

 

 

 

 

Wiem, mogłam użyć teoretycznie czarnej, akwarelowej kredki ale to ciągle było nie to. No, ale teraz jestem w domu. 🙂

Pisaki, mazaki i markery, których używam do szkicowników, kreatywnych projektów i które po prostu…. lubię kupować od czasu do czasu 😉 to różny miks. Tu nie mam swoich ulubionych firm. Najczęściej kupuję to, co się nawinie, ma moje ukochane kolory i dobrze „siada” na papierze. Najczęściej są to promarkery, brushmarkery albo pisaki do kaligrafii prosto z Japonii.

 

 

Jeśli chodzi o papier, to uważam, że to ważne, żeby miał od 200 do 300 gram i najcześciej kupuję z firm: Canson, Gamma albo czasami testuje te, które akurat są dostępne w sklepie. Tu dochodzi jeszcze temat kwasowatości papieru i tego jak on współgra z innymi narzędziami. Jego struktury, zalety i wady. To jeden z tych tematów na osobny wpis. 🙂

 

Ilustracja poniżej jest narysowana i namalowana kredkami akwarelowymi, akwarelami w kostce oraz wykończona zwykłymi kredkami na papierze Canson 300 gram.

 

Przyznam szczerze, że temat tego czym rysuję, jest bardzo obszerny. To co pokazałam Wam dzisiaj, to moje naprawdę podstawowe elementy. Teraz prowadząc nieco walizkowe życie jest mi naprawdę ciężko. Dlatego dzięki metodzie prób i błędów mam już swoje sprawdzone narzędzia. W sklepie plastycznym zostawiam zawsze fortunę ale ilustracje które kupujecie muszą być na najlepszym papierze, wykonane najlepszymi jakościowo narzędziami. Nie wyobrażam sobie innej sytuacji.

 

Mam nadzieję, że ten wpis wam nieco rozjaśnił niektóre sprawy 🙂 Mam nadzieję, że jak już zamieszkamy w naszym domku, to zaproszę was do mojej pracowni. Tymczasem robię po prostu swoje w każdych warunkach. 🙂

Pięknego i twórczego tygodnia!

 

Lola

Och Maju.

Maj

bez

czekolada

cynamon

wiosenne burze

stare piosenki

herbata na balkonie z widokiem na morze

układanie się na nowo

wszędzie rysowanie bo już cała jestem rysowaniem.

On.

Ciasto czekoladowe

deszczowe konwalie

stare kino

wycieczki na koniec świata

niebieski lenor

zupa pomidorowa

naleśniki z truskawkami

Dużo miłości.

Za rok o tej porze już będę po ślubie.

Czy mogę się uszczypnąć?

 

L.

 

Majowa kwiatowa tapeta już dla was <3

 

https://drive.google.com/file/d/1bvUWeyKbqtNpUihHJIZm3m1vk2nGa2zF/view?usp=sharing

 

 

Lola & Cynamon – fragmenty.

Cześć i czołem!
Dzisiaj w taki zwykły wtorek postanowiłam udostępnić wam kilka fragmentów mojej książki. Chciałam, żebyście poczuli klimat. Tak po prostu. Chwilowo mam kryzys w związku z jej pisaniem ale wierzę, że będzie dobrze. Wkrótce minie rok jak postanowiłam spełnić swoje marzenia i zamieszkałam tutaj, w moim własnym Nadmorzem. Teraz leżę w łóżku i przez otwarte okno wpada mi tu zapach morza i szum fal. Nieustannie moje życie mi pokazuje, że wszystko mnie prowadziło jak dotąd do tego, żeby „Lola i Cynamon” urodziła się kiedyś w grudniu 2012 roku w mojej głowie. Leżałam wtedy w wannie i zaczęłam być nieszczęśliwa w swojej miłości. Czułam jak coś we mnie umiera. Jak radość i miłość do samej siebie uciekają daleko. Leżąc w tej wannie poczułam, że muszę to wyrysować, wypisać i wypłakać.
I tak postanowiłam zamienić swoje cierpienie w złoto. Dla siebie samej.
Zapraszam was z duszą na ramieniu do tego świata.
Do Nadmorzem.
GRUDZIEŃ.

O Loli Mak w mieście mówiono wiele. Że dziwna jakaś, że w tych paskach ciągle biega.
Że ciągle ta czekolada i czekolada. I cynamon. Że cały czas jest w tej dziwnej żałobie. Smutek w jej wielkich ciemnych oczach, otulonych karmelową grzywką zdawał się być jak morze. Morze pełne nadziei.  Nikt nigdy nie patrzył jej z tego powodu w oczy, gdy nalewała w zimowe poranki gorącego kakao do czerwonych termosów.
Kobieta – dziecko.
Niesforna grzywka.
Solony karmel.
Truskawkowa szminka.
Czekoladowy oddech.
Niewypowiedziane myśli ubrane w pasiaste koszulki.

Więc Lola Mak prowadziła pijalnię czekolady w Nadmorzem. Była sama jak palec, w tym maleńkim miasteczku. No, przynajmniej tak zwykła myśleć o czwartej nad ranem tuląc gorący termofor do brzucha. Tak naprawdę miała siostrę i mamę. Ale One były daleko, daleko stąd. Pijalnię czekolady Mak , Lola odziedziczyła mając osiemnaście lat, po zmarłęj prababci Neli. Znała tajemnice na najlepsze, rozpływające się w ustach praliny, wiedziała jaka jest idealna temperatura doskonałego kakao, w temperowaniu czekolady nie miała sobie równych. No i w gotowaniu. Odbierała świat wzrokiem, smakiem i zapachem. Dźwięki delikatnie ubarwiały całość, jak na przykład odgłos trzasku łamanej czekolady. Szum sypanego cukru i mąki, uwielbiała delikatność cynamonu, gdy zmielony szczyptami dodawała do ciasta marchewkowego.

W pierwszy poniedziałek grudnia, wstała jak zwykle o szóstej nad ranem. Zerknęła na pustą już od roku prawą stronę łóżka i zamknęła oczy. Policzyła do dziesięciu i odrzuciwszy kołdrę, postanowiła kolejny dzień z rzędu jakoś dać radę przetrwać. Miała zwyczaj brania lodowatych pryszniców. Tylko dotyk zimnej wody powodował paradoksalne ciepło. Potem owinięta w kremowy szlafrok szła w głąb przestronnego i jasnego mieszkania pachnącego drewnem i wanilią. W kuchni parzyła rumianek w białej filiżance sprzed stu lat, gotowała ryż na mleku z jabłkami i cynamonem. Cichy Jazz w radio i szarość za niemalże panoramicznymi oknami wychodzącymi na morze otulał złamane serce. Siedziała z podwiniętymi nogami na krześle, piła herbatę i zeskrobywała kciukiem zeschniętą czekoladę z blatu okrągłego dębowego stołu.
Wyglądała jak cień.
Jak cień swojego dawnego życia.
Podeszła do okna by jak zwykle popatrzeć na budzące się do życia Nadmorzem. Stare latarnie zaadaptowane przez elektryczność, ustępowały miejsca dostojnej szarości grudniowego poranka. Ciepłe, maleńkie światełka nad molo, niczym świetliki otulały poręcz i wisiały nad małą drewnianą bramą.
Znowu zapomnieli o lampkach  – pomyślała i otworzyła kuchenne okno. Już wbrew pozorom wcale nie jesienny a zimowy chłód przepełniony jodem i cynamonem wleciał do mieszkania. Zamknęła oczy i wyczuła coś jeszcze.
Drożdże rozpuszczone w ciepłym mleku i cynamon. Tak nad rankiem pachniało Nadmorzem.

 

*
 
W pierwszy poniedziałek grudnia, na peronie w Nadmorzem zatrzymał się pociąg jadący z Moskwy do Paryża. Wyrzucił z siebie jednego pasażera i z sennym stukotem ruszył dalej.
Filip Nędznik uciekł z własnego ślubu.

 

A teraz, dźwigając worek żeglarski i czarną walizkę obitą aksamitem w lewej ręce, stał bezradnie na peronie rozglądając się na boki. Sięgnął prawą dłonią do kieszeni i wyciągnął pogniecioną kartkę z adresem
Anatol Nolkowicz
ul. Cicha 13
Nadmorzem
Mężczyzna westchnął głęboko i schował kartkę z powrotem.
Mogłem dojechać do Paryża i rzucić wszystko w cholerę. Mogłem, ale wtedy dziadek byłby skazany na śmiertelne niebezpieczeństwo.
 
Filip ruszył ku wyjściu z peronu i zerknął w prawo. Jakiś mężczyzna, na oko sześćdziesięcioletni zamiatał śnieg sprzed małego sklepu. Podszedł nieco bliżej. Mężczyzna przerwał i leniwie zaprosił go do środka. Filip zdjął ciężar z pleców, otrzepał swoje ciemne, lekko kręcone włosy ze śniegu i podał dłoń nieznajomemu
– Dzień dobry, chciałbym zapytać jak dojdę na ulicę cichą trzynaście?
–  Dzień dobry, dzień dobry, to jednak sława Anatola przekracza granice naszego miasta? Ktoś bliski?
–  Przepraszam, Pan wybaczy ale nie rozumiem.
–  No tłukł się Pan pociągiem z Rosji, tu do nas, tylko po to, żeby komuś wyprawić pogrzeb?
– Ach, nie, nie nie. To sprawa innej wagi. Powiedziałbym nawet, że żywej.
–  Rozumiem. Proszę niech pan usiądzie. Jest szósta rano, o tej porze dopiero się tu budzimy, ja jestem wyjątkiem. Nie lubię na stare lata marnować dnia. Napije się pan herbaty?
–  Bardzo chętnie.
–  Pan pozwoli że się przedstawię – Emil Nicto – mężczyzna wyciągnął dłoń.
–  Filip.
– Filip.. i co dalej?
– Po prostu Filip.
– Bardzo pan tajemniczy.
– O której otwierają zakład pogrzebowy?
– W zasadzie to chyba jest czynny cały czas, w końcu śmierć nie pracuję od dziesiątej do osiemnastej w dni powszednie hi hi hi – śmiejąc się pod nosem rozsiadł się na krześle dając znak żeby Nędznik zrobił to samo.
– No tak racja – usiadł obok Emila za ladą, na niskim taborecie.
Filip przypomniał sobie, że nieraz budził go nocny telefon i światło w holu. Czasem był to również krzyk rozpaczy, kobiecy lament albo bieganie po schodach. Jego dziadek sam był przedsiębiorcą pogrzebowym. 
– Wie Pan co, może Pan tutaj zaczekać do ósmej i pójść w stronę miasta. Wskażę Panu drogę. Może zjemy śniadanie razem? – Emil skrzyżował ręce i odchylił się wygodnie z krzesła – wygląda Pan na zmęczonego.
– Bardzo chętnie, tam strasznie wieje a jak mniemam żadnej kawiarni czynnej o tej porze nie ma.
– Jest jest, ale dopiero od ósmej. Taka jedna Lola ją prowadzi, pijalnię czekolady dokładnie. Jakie Ona ma tam cuda, cukrzycy od patrzenia można dostać hie hie hie – mężczyzna wyciągnął spod lady małe zawiniątko  – Pan popatrzy – rozwinął szary papier i ich oczom ukazała się mała tabliczka ciemnej czekolady – ostatnio wymyśliła że zrobi z solą morską. Taką prawdziwą, naszą, z Nadmorzem. Pan spróbuję – Emil ułamał kawałek, który z przyjemnym dla ucha trzaskiem odszedł od reszty tabliczki. 
– Dziękuję – Filip wsadził kawałek do ust i z wrażenia przymknął oczy – Jezus Maria – rzekł z pełną buzią – to cudo, nie czekolada.
– Mówiłem!

Nadmorzem z lotu ptaka wyglądało jak ślimacza skorupa. Układ domów zamykał się w krętej spirali. Spirala miała rude dachy i małe kamienice przytulone do siebie, albo oddzielone tunelami. Nad tunelami zazwyczaj było półokrągłe sklepienie, a w nim a raczej na nim okno czyjejś kuchni lub sypialni. Pokój nad takim przejściem cechował się chłodem i szumem wiatru usypiającym daną komórkę społeczną. Właśnie nad takim tunelem Lola miała kuchnię. Nocą zamieniała to pachnące malinowym winem miejsce, na małą fabrykę czekolady.
Stół.
Okrągły i dębowy.
Stół pamiętający wszystko.
Pierwszą wojnę, drugą wojnę. Stół na którym jedzono, kochano się, rozwiązywało się przy nim problemy, chowało się pieniądze do kopert na początku każdego miesiąca. To przy tym stole zbierał się sztab kryzysowy by przy herbacie, kakao z chilli albo kawie z cykorią debatować nad przeszłością.Chcę mieć z Tobą stół. Okrągły bo na rogu siedzą stare panny. Chcę mieć z Tobą stół, bo chcę Ci podawać na nim obiady, śniadania, kolacje. Ugniatać na nim ciasto, i żeby nasze dzieci odrabiały przy nim lekcje, i wycinały ciastka z piernika. Chcę mieć z Tobą stół dla naszej miłości. Tej nagłej, szybkiej. Na blacie ubrudzonym mąką, bo lepiłam Ci pierogi a Ty mnie pocałowałeś w nagi kark i już byłam Twoja.

Na stole jak na mapie czekoladowych marzeń, co poranek Lola zeskrobywała resztki rozpuszczonego kakao, przyklejone płatki suszonych truskawek.  Dębowe deski przykryte koronkową krochmaloną serwetą, błyskały łuną czasu pomiędzy jedną a drugą rysą.

Bo nóż się ześlizgnął.
Bo spadł kiedyś żyrandol.
Bo to, bo tamto.
Ząb czasu, ot co.
W nocnej fabryce czekolady okna były zaparowane, Lola spinała wysoko włosy i boso, na środku kuchni, nucąc pod nosem francuskie piosenki
dosalała
dosładzała
mieszała
próbowała
oblizywała usta
szukała jak zwykle po raz setny esencji waniliowej.
Mogła tak siedzieć w kuchni do bladego świtu. I tak mało sypiała. To ze smutku. To z żałoby i tęsknoty. Nie lubiła tego uczucia beznadziejności, które spadało na nią tak nagle, tuż po otwarciu oczu. Bo przecież gdy rankiem otwieramy oczy, to w pierwszej sekundzie jesteśmy szczęśliwi. Dopiero coś nam przypomina o strasznej rzeczy.W pierwszy poniedziałek grudnia, tuż przed otwarciem pijalni, stała w samej bieliźnie przed otwartą szafą. Jej oczom ukazał się jak zwykle stos poukładanych koszulek. Od granatu, beż po biel. Osobny stos na bluzki w paski i groszki. Jego szary sweter. Na metalowym drążku wisiało kilka sukienek. Błękitne, szare, w groszki, w paski.
Wisiała też jedna jedyna – czerwona. Pogładziła jej jedwabny materiał, który swoją długością sięgał tuż przed kolano. Gorsetowa góra z dekoltem w serduszko, na cienkich ramiączkach otulała drewniany wieszak.
Dekolt w serduszko – nawet jak nie masz piersi to i tak masz piersi – zwykła mawiać prababcia Nela.
Masz najpiękniejsze piersi na świecie, mieszczą się idealnie w moich dłoniach – zwykł mawiać On.

Sięgnęła szybko po pierwszą lepszą sukienkę w paski i usiadła na łóżku biorąc laptopa na kolana. Sprawdziła wiadomości jak zwykle przez Internet , a tam znów jakaś droga rozkopana i są korki.
Dlatego jest rower.
Migające reklamy środków odchudzających, jacyś smutni i łysiejący politycy, korowód księdza od słynnych cudów, zapowiedź sztormu i zimowych wyprzedaży. Jakiś napis drukowanymi literami krzyczał – UCIEKŁ Z WŁASNEGO ŚLUBU! – pewnie zapowiedź jakiegoś filmu, ostatnio zapowiadali pisząc „TAJEMNICZE MORSKIE ZNIKNIĘCIA „- pomyślała Lola zamykając klapę laptopa. Położyła się na łóżku i zerknęła w sufit. Zamknęła oczy i z jej ust wydobył się cichy, błagalny szept.
Babciu Nelu, to już rok jak On jest tam u góry z Tobą.
To już rok jak mi go stąd zabrali.
To już rok jak mnie codziennie boli serce.
Błagam Cię, daj mi siłę, bo nie mam nawet ochoty wstać i zejść na dół do pijalni. 
Nie mam siły żyć.
Zakryła twarz dłońmi i zaszlochała. W końcu zebrała się w sobie, wstała, spojrzała w lustro, zaplotła warkocz i posmarowała usta truskawkową szminką. Narzuciła płaszcz, włożyła buty i oparła się o ścianę w holu. Zerknęła na wiszące na niej zdjęcia w białych ramkach i zsunęła się na podłogę.
Niemoc.
Niemoc to najgorsze uczucie, które wpada nagle do życia i nie wiadomo jak je wywlec. Lola postanowiła pójść na cmentarz przed otwarciem pijalni, musiała mu powiedzieć, że go kocha nadal, chociaż On jest dwa metry pod ziemią, ale że już tak dalej nie może. Bo ta żałoba ją zabija.

******

Pijalnia czekolady była w środku pomalowana na biało. Tylko w niektórych miejscach na ścianie znajdowały się kafelki, nadając wnętrzu ciepły klimat. Okna wysokie, niemalże panoramiczne wpuszczały do środka ciepłe, słoneczne światło grudniowego poranka.

Z zewnątrz biała elewacja, z drewnianymi elementami podtrzymującymi okna, wychodzącymi dlaje niż budynek – to czekoladowa oranżeria z milionem lampionów w środku.
Drewniane podłogi
sosnowe lakierowane stoliki
koronkowe obrusiki
jasne, lniane zasłony w oknach
stuletnia kanapa dla dwojga schowana w maleńkim kącie.
Prostota, biel i drewno.
Dwie gabloty z pralinami i tabliczkami czekolady owiniętymi w szary papier.
Kilka talerzy i pater z tartami i babeczkami
Crème brûlée 
Tiramisu w szklanym półmisku
czekolada gorzka, mleczna
mieszała się i parowała.
Stos białych talerzy i filiżanek
zmywarko – wyparzarka
wysokie i niskie szklanki
pudła widelców deserowych
pudła długich i krótkich łyżeczek do ciast, czekolady, do koktajli z wisienką.
Słodki porządek.
Jak zwykle o dziewiątej, próg pijalni przekroczył Ferdynand Zasada. Który to z zasady codziennie, od poniedziałku do piątku, zamawiał szybką mleczną z kroplą wanilii. I jak zwykle tuż przed wyjściem kupował dwie różane praliny na wynos, w małym czerwonym pudełeczku.
Dla Panny Zuzanny Nicto.
Panna Zuzanna byłą uosobieniem kobiecości. Niska blondynka, z pięknie zarysowaną talią i bujnymi biodrami, pachnąca zawsze różanymi perfumami. Ubierała się w sukienki, spódnice, koszule w grochy, kwiaty i pończochy. Z lekką melancholią w głosie. Po kątach szeptano o niej że jest starą panną, bo jak inaczej nazwać kobietę po trzydziestce nadal mieszkającą z ojcem? 
Gdyby znali jej smutną historię.
Tak więc panna Zuzanna, codziennie umawiała Ferdynanda Zasadę na spotkania, układała stosy papierów, parzyła najlepsze espresso w mieście, zakładała nogę na nogę pod biurkiem i zrzucała niewygodne obcasy.
I codziennie rano, około dziesiątej, obok ramki ze zdjęciem ukochanej kotki Grety, znajdowała dwie różane praliny. 
O tym że burmistrz Nadmorzem był zakochany w swojej sekretarce, wiedzieli chyba wszyscy . Niestety kobiecą wadą jest ślepota. Kobiety skupiają się na drobiazgach, nie zauważając rzeczy oczywistych takich jak na przykład miłość wisząca w powietrzu. Wolą czasami policzyć ilość oczek w pończochach, albo skupić się na szukaniu puderniczki w torebce.
****

Owoce pod kruszonką,

solony karmel,
zapach morza o świcie,
zaparowane pomieszczenia.
truskawkowa szminka,
czekolada z suszonymi pomidorami,
zamarznięte jeziora,
morze zimą,
książki kryminalne.
Lola jak mantrę odprawiała swoje sposoby na smutek.
Mówili, że zaprzeczenie minie.
Minęło. Ale zaraz po tym jak przestała codziennie parzyć dwie herbaty, zamiast złości przyszła depresja i otępienie.
Kiedy umarł, całe mieszkanie pomalowała na biało, nie było to trudne. Biel z łamanym błękitem gościła już na łazienkowych kafelkach, w kuchni też było jasno. Swoją sypialnię pomalowała na biało, zamalowując pudrowy róż ze ścian ze starego życia.
Hol był biały, z wiszącymi ramkami pełnymi zdjęć przodków i zwierząt.
Małe muzeum w korytarzu, budowało wewnętrzne ciepło i spokój wśród wszechobecnej bieli.
Ten kolor stał się motywem przewodnim jej życia. Tłem do żałoby, na przekór mrocznej czerni.
****

Q&A #1

Cześć i czołem! Dzisiaj miał tu wylądować bardzo smutny post ale wzięłam się w garść i mam dla was Q&A, które zebrałam na swojej grupie „Panny Retro”.

 

Pytania nie są posegregowane sekcjami więc wybaczcie skakanie pomiędzy tematami, ale tak będzie może nawet ciekawiej?

 

Zosia pyta: Od kiedy zaczęłaś rysować? Jakie jest twoje motto życiowe?

Rysuję odkąd tylko pamiętam i to żadna kokieteria z mojej strony. W moim domu zawsze były farby, kredki, papier, ściany i miałam też palce, które namiętnie brudziłam tuszami i ołówkami.

Moje motto życiowe…. w tej chwili, to po prostu robić. Pracować ciężko, bo nic mi samo nie przyjdzie. Ale uwielbiam książke „Biegnąca z wilkami” i tam jest piękna myśl:

Z a c z n i j. Tak się czyści zatrutą rzekę. Jeśli się boisz niepowodzenia, zacznij mimo to, a jeśli nie można inaczej, to ponieś klęskę, pozbieraj się i zacznij od nowa. Jeśli znów się nie uda, to co z tego? Zacznij jeszcze raz. To nie porażka powstrzymuje- to niechęć do zaczynania od początku powoduje stagnację. Co z tego, że się boisz? Jeśli się obawiasz, że coś wyskoczy i cię ugryzie, to niech się to wreszcie stanie. Niech twój strach wyjrzy z ciemności i cię ukąsi, żebyś miała to już za sobą i mogła się posuwać dalej. Przezwyciężysz to. Strach minie. Lepiej, żebyś wyszła mu naprzeciw, poczuła go i pokonała, zamiast mieć w nim wieczną wymówkę do czyszczenia rzeki.

Adrianna pyta: Gdyby nie rysowanie to…? No właśnie, co byś robiła?

Gdyby nie rysowanie, to prowadziłabym swoją Pijalnię Czekolady i piekła biszkopty i bezy z owocami. Nad morzem.

Gosia pyta: Jestem ciekawa czy jesteś wstanie utrzymać się z rysowania czy masz dodatkową pracę a jeśli tak to czy jest związana z rysowaniem

W tej chwili mam pracę i nie jest związana z rysowaniem, ale wkrótce mam nadzieję, będę żyła tylko z ilustracji – jeśli będę realizować swój plan. Czyli po prostu ROBIĆ.

Marcelina pyta: Przepis na Twoje fantastyczne brownie!

Nie zdradzę 😉

 

Magda pyta: Z tego co wiem to byłaś w liceum plastycznym. Polecasz?

Bardzo polecam! Nauczyłam się tam wielu niesamowitych rzeczy i poznałam wspaniałe osoby.

 

Dorota pyta: Czemu wybrałaś akurat Gdynię na swoją oazę, co najbardziej uwielbiasz w tym mieście, co Cię przyciąga w nim? No i czy po ślubie zmienisz nazwę z Panny Loli na Panią?

Gdynia po prostu sprawiła, że tu poczułam się jak w domu, mimo, że w tamtym czasie byłam w bardzo dziwnym miejscu w swoim życiu. Do Gdyni przyciągneło mnie morze i spokój. Jest najpiękniejszym miastem z całego Trójmiasta i tutaj jestem szcześliwa.

Panna Lola będzie zawsze. Nawet po ślubie 😉

 

Maria Aniela pyta: Jaki kierunek studiowałaś i na jakiej uczelni?

Nie studiowałam – od razu poszłam do pracy 🙂

 

Karolina pyta: Czy do zostania ilustratorem, tak jak ty, potrzebne są studia artustyczne, czy można do tego dojść jako samouk?

Jak masz w sobie pasje i chęć do ciężkiej pracy to naprawdę wystarczy. Wiem, że to brzmi patetycznie ale praca jako ilustrator to ciężka praca nad sobą. Żadna uczelnia Cię tego moim zdaniem nie nauczy.

 

Zuza pyta: Co cenisz w ludziach?

Wdzięczność.

Szacunek.

Rozmowę i czas.

 

Aleksandra pyta: Jak wyobrażasz sobie swój ślub?

Magicznie. Ale nie chcę jeszcze tego opisywać. 🙂

 

Klaudia pyta: Ile „zajęło” Ci wypracowanie sobie własnego, twórczego stylu?

Ten proces nadal trwa i chyba nigdy się nie skonczy. To trwa odkąd rysuje.

Ela pyta: Prowadzisz pamiętnik / dziennik? nieregularnie 

Wywołujesz zdjęcia? – nie 

Kto sprawia, że jesteś szczęśliwa? – Kamil i ja sama się staram. 

O czym myślisz przed zaśnięciem? – o rysowaniu i książkach

Jaki typ powieści lubisz? – Kryminały i romanse 😉 

 

Magda pyta:  – czy masz jakieś fobie? i czy/jak próbujesz z nimi walczyć? – chyba się za bardzo wszystkim stresuje i to jest moja fobia.
– jakie zapachy, smaki, zjawiska kojarzą Ci się z dzieciństwem i pierwszą miłością? – cynamon 
– gdybyś była rośliną to jaką? – „kiedyś różą byłam lecz nie jestem teraz ;)” 
– najlepszy film na samotny wieczór dla dziewczyny – „Kształt wody” „Amelia” „Dziennik Bridget Jones”
– czy masz drugie imię? – Krysia – po Babci 
– we współczesnym świecie najbardziej cenisz…– ludzi 
– we współczesnym świecie boisz się…ludzi
– przepis na śniadanie od serca ? – naleśniki 
– czy jest coś co Cię ogranicza? – nie wierzę w siebie
– czy znajdę Cię na spotify? – wkrótce stworzę dla was listę 
– dlaczego kupiłyśmy tego vogue ?!  BO BYŁ HAHAHA
– ulubione kwiaty?– róże
– muzyka, która pozwala przetrwać Ci złe chwile? hity lat 80 
– muzyka, która towarzyszy CI kiedy jesteś pełna euforii? -hity lat 80 🙂
– muzyka na sen? – chrapanie Kory
– czy możesz polecić jakiś podręcznik do kaligrafii dla początkujących  – niestety nie znam 🙁 
i najważniejsze ulubiona czekolada? – Lindt! 

 

 

Pytań jest jeszcze więcej więc to tylko część pierwsza 🙂

 

 

Marzec.

” jestem

stworzona z wody

oczywiście że buzują we mnie emocje ”

/Rupi Kaur /

 

Dlatego też dzisiaj zostawiam was z tapetą do pobrania. Jest kobieca. Marcowa.

A ja muszę przemyśleć kilka spraw.

Dobrej nocy,

L

Link -> https://drive.google.com/file/d/1SJ23FkyiMF9iMzPGJJPVFX_ZHHkGPPp8/view

We all have wings.

Nie wiem za bardzo jak napisać to wszystko tak, żeby nie zabrzmiało jak bym aspirowała do bycia Lolą Coelho. Ale chyba tak trochę wyjdzie za co już przepraszam.

Jakiś czas temu podjęłam jedną z ważniejszych decyzji w tym roku.

WRACAM DO PRACY

Przez ostatnie miesiące pracowałam w domu. Nie obijałam się, realizowałam się i …. stresowałam się. Apogeum stresu spadło na mnie w styczniu, kiedy spałam znowu po kilkanaście godzin, czułam, że moje ciało jest chore. Bolało mnie wszystko i zaczęłam wpadać w marazm. Taki marazm co wciąga Cię do środka i zamienia Twoją duszę w Dementora. Bałam się ciągle i przestałam się starać. Mam jednak to niesamowite szczęście – i piszę to z całą odpowiedzialnością – że mój Narzeczony naprawdę mnie wspiera. Jest moim Przyjacielem i podnosił mnie gdy upadałam. A wierzcie mi, nie było łatwo. Tak naprawdę patrząc na moje poprzednie związkowe doświadczenia byłam pewna, że On zwieje gdzie pieprz rośnie.

Tak tak moje Panie. W sztuce porównywania jesteśmy idealne.

Na szczęście Jego cierpliwość wygrała a ja nigdy nie byłam bardziej wdzięczna losowi za tego człowieka. Mieć człowieka po swojej stronie to rzecz bezcenna. Ale o związkach może Wam napiszę kiedyś tam.

Tak więc w ten poniedziałek podjęłam męską decyzje – wracam do pracy, do ludzi, do biura, do wyzwań. Będe zmotywowana, zorganizuje się lepiej, stan mojego konta będzie szczęśliwszy i kupie sobie wreszcie ten olejek za bajońską sumę, bo pod prysznicem wypada się czasem poczuć jak kobieta luksusowa. W swoich poszukiwaniach wiedziałam, że chciałabym pracować w „swojej” branży i najlepiej od poniedziałku do piątku z fajnymi ludźmi. I jak tylko to pomyślałam, to cały poniedziałek leżałam w łóżku i się dobijałam, że będę pracować finalnie w call center/ sklepie/ roznosić ulotki etc. Bo nie znam rynku w Trójmieście i przecież nikt mnie nie będzie chciał bo napewno widać po mnie jaka jestem strasznie beznadziejna i bez sensu i w ogóle.

 

Nie zrozumcie mnie teraz źle. Pracowałam w różnych miejscach i naprawdę jestem zwolenniczką powiedzenia, że żadna praca nie hańbi. Szybki przykład: Trzy lata pracowałam w McDonaldzie w Gliwicach. Byłam tam kasjerką, Panią od urodzin, sprzątałam nie raz na kolanach toalety, czyściłam obsesyjnie lustra, bo Menager jak zobaczył smugę to wiecie co…. potem w cukierni, gdzie nie raz, nie dwa wstawałam o 4:00 rano i siedząc w autobusie marzyłam, żeby zarabiać więcej niż 7pln na ręke i żeby mąż szefowej przestał mnie wreszcie pytać o to, czy nie zapiszę się do jakiejś policealnej szkoły, żeby nie musiał płacić na mnie składek. Miałam umowę zlecenie, chłopaka, który mi zrobił swego czasu tabelkę w excellu i rozliczał często – nie zawsze /serio /, zaczęłam chorować na tarczycę i zastanawiałam się co kupić w sklepie, żeby jakoś przeżyć. To były naprawdę ciężkie czasy. Ale potrzebne. Płakałam w wannie jak nikt nie widział i modliłam się o lepszą pracę. I przyszła nagle ta pozornie lepsza.

 

Zakończona mobbingiem i wspomnieniem Warszawy jako mrocznego czasu i tak połamanego serca, że jego kawałki dalej gdzieś leżą na ulicy Powsińskiej.

Potem Worcław i było różnie.

 

A potem stało się tak, że czułam się tak nic nie warta jako potencajalny pracownik, że wolałam zostać w domu i nie być wśród ludzi bo bałam się takiego samego elementarza delikwentów na swojej ścieżce zawodowej jaki miewałam do tej pory. Swoją drogą, to ciekawy pomysł na wpis: Typy ludzi których UNIKAJ w firmie.

 

Nakreślam tu te wątki bo jestem paradoksalnie ogromną szczęściarą. Tyle razy walił mi się świat a ja wstawałam i szłam dalej wkurzając po drodze parę osób. Najbardziej na świecie współczuje ludziom, którzy od zawsze mają łatwo. Nic złego ich nie spotkało i nie wiedzą jak życie może boleć. Bycie na ich miejscu wydaje mi się jałowym życiem i wiecznym oczekiwaniem na jakąś katastrofę.

Wiem, że wielu ludzi chciałoby pracować w domu.

Wiem, że mam dużo szczęścia.

Wiem, że czasami przesyt jest jak zjedzenie ogromnego tortu na jeden raz.

Bez sensu.

Tak więc w tym tygodniu znalazłam pracę. A może to praca znalazła mnie? A ja po raz kolejny przekonałam się, że mam najlepszych obserwatorów na świecie. Daliście mi tak wiele energii i dajecie – wzruszam się zawsze bo wdzięczność to najpiękniejsze uczucie świata. I warto je w sobie pielęgnować. Jeśli umiesz powiedzieć dziękuje na koniec dnia tym wszystkim lydziom, którzy Cię wspierają, to dla mnie jesteś najbogatszym człowiekiem. Jeśli masz komu być wdzięczny, to znaczy, że na świecie jest chociaż jedna osoba, która ciepło o Tobie myśli.

A to bardzo, bardzo dużo.

I widzisz, możesz tak jak ja całkiem przypadkowo znaleźć pracę, pójść na rozmowę a trzy godziny później usłyszec na swój temat wiele ciepłych słów.

Życie jest nieprzewidywalne i ja takie życie zjadam wielką łyżką jak creme brulle.

A moje kolejne trzy miesiące będą jak niezły rollercoaster.

I cholera strasznie nie mogę się tego doczekać.

 

 

L.

There is a light and it never goes out.

Możecie mi wierzyć albo i nie, ale w wersjach roboczych wisi kilka postów, których nie opublikowałam.

Dlaczego?

W każdym z nich jestem dziwnie smutna, melancholijna i czułam się mentalnie bardzo, bardzo staro. No a przecież u mnie jest tak pięknie.

Kora

On

Morze

Rysowanie

 

Więc może to wszystko, to kwestia tego, że przez ostatnie lata nie byłam w dobrych miejscach i nie byłam szczęśliwa sama ze sobą? I przyzwyczaiłam się do tego smutku, który mnie wtedy kształtował. Nie zrozumcie mnie źle, smutek jest pięknym stanem. Pomaga mi tworzyć. Ale nigdy nie wolno mu się poddawać.

Czytałam namiętnie wszystkie blogerskie podsumowania ubiegłego roku.

Zauważyłam, że zrobiła się moda na rozpisywanie się o swoich porażkach. Cudny pomysł! Jak to ktoś mądry powiedział (wybaczcie przekleństwo)

” Najpierw wpierdol, potem tort”

Idealne określenie – najpierw się sama pojadę, rozpiszę i przyznam do błędów a na końcu pokażę czytelnikom, że mimo tak kijowego czasu zrobiłam TYLE cudnych rzeczy. I nie, nie piszę tego teraz prześmiewczo! Mi naprawdę to się bardzo, bardzo podoba.

Dlatego, że najfajniej jest pokazywać wstawanie. Pokazać jak podnosimy się pomimo potłuczonego kubka, który kochamy, dziury w rajstopach w kropki z Calzedoni za siedem dych, złamanego serca, zwolnienia w pracy, zaniedbania i zaniechania siebie. I odkryłam, że cholera,  ja to wam cały rok nieświadomie to pokazywałam dlatego dzisiaj, chciałabym cofnąć się w czasie raz jeszcze.

Podsumować co było i jest.

I wreszcie zacząć blogować ze spokojnym sercem i głową. Bo już jest dobrze. Już jest pięknie. Otuliłam się tym morzem jak najszczelniejszym kocykiem i wreszcie nauczyłam się oddychać. I kochać.

 

Gotowi?

 

STYCZEŃ

złamane serce

moje pierwsze zimowe morze i odkryłam, że to mój dom

pierwsza randka z Tindera na dworcu w Gdyni – ok 01:00 w nocy

Wrocław i Lidia, która mnie ratowała nalewką Babci. /don’t ask/

 

LUTY

Wróciła do mnie KORA!!!!

Pierwsze problemy w pracy ( w sensie, że się poważnie przejęłam i zaczęłam się coraz bardziej i bardziej stresować )

samotność we Wrocławiu i randki z Tindera – jedna za drugą – chyba książkę o tym napiszę 😉

MARZEC

Problemy w pracy pomieszane z pewnością, że dam radę.

randki

Pojechałam znowu nad morze i od razu po powrocie podjęłam decyzje, że się przeprowadzam pod koniec maja.

Odrzuciłam świetną pracę w Gdańsku bo byłam lojalna i żałuję do dzisiaj. – serio, moja poprzednia praca z perspektywy czasu była jak toksyczny związek – nic do siebie nie pasowało ale byłam – coraz mniej świadomie ale byłam.

Objawiła mi się Rupi Kaur i na chwile poczułam się utulona słowami.

 

KWIECIEŃ 

był dziwny.

leżałam smutna i codziennie płakałam.

Byłam samotna i bałam się prosić o pomoc.

Rysowałam i starałam się nie myśleć.

Chodziłam na randki, żeby nie zalegać w dresie.

MAJ

Znalazłam mieszkanie w Orłowie, pięć minut od plaży.

Zajęta przeprowadzką i nadzieją na lepsze życie w Gdyni starałam się nie zasmucać często.

W maju miałam też dziwne pożegnania z ludźmi, przeczucia co do pracy i wielką nadzieje w sobie, że będzie pięknie.

27 maja przeprowadziłam się do Gdyni i pierwszą noc przespałam na podłodze. Na karimacie, dwóch kocykach i kołdrze. Kora ze stresu się wysikała w domu a ja obiecałam sobie, że choćby nie wiem co, to damy radę. We dwie, same. Na szczęście okazało się, że mam przyjaciół i mogę na nich liczyć.

 

CZERWIEC

Morze

praca

randki

Kora

nowe oddechy

rysowanie

a w dzień ojca zostałam z uśmiechem zwolniona z pracy i jedyne czego żałuję, to to, że się strasznie wtedy rozpłakałam. I że zaufałam złym ludziom w tej całej mojej wrażliwości.

Wracając do Gdyni z Wrocławia byłam przerażona i niesamowicie skupiona na tym co muszę zrobić. Oto pierwszy sztorm przede mną.

Zostałam zwolniona. Mimo, że się starałam i znosiłam wszystkie głupie teksty, uwagi, dziwne uśmieszki.

Byłam sama na drugim końcu kraju, bez rodziny, z psem, rachunkami i perspektywą, że do końca czerwca muszę się wyprowadzić bo umowę miałam na jeden miesiąc ze względu na rozpoczynające się wakacje i letników.

I to była lekcja numer jeden.

Bo w licpu okazało się, że to było najlepsze co mi się przytrafiło.

 

LIPIEC

znalazłam mieszkanie w centrum Gdyni, w starej kamienicy,

kończyłam od niechcenia totalnie, ostatnie projekty na wypowiedzeniu – to trochę takie uczucie jakbyście mieszkały po rozstaniu z byłym. Niby wszystko już powiedziane, ustalone. Obowiązują was terminy i inne sprawy. Coś was jeszcze trzyma ale nikomu się nie chcę z nikim gadać. Ktoś sztucznie poklepie po plecach, że niby rozumie.

Nagle dostałam wiadomość od Martina Stankiewicza, czy nie wezmę udziału w jego najnowszym filmie.

Filmie, który okazał się filmem na jego pierwszy milion i jednocześnie reklamą coca-coli.

 

 

A zaraz potem przyjechała Laura i w 14 godzin nakręciłyśmy film

 

 

 

czy widzicie jaka magia się zadziała?

Od zawsze w moim sercu miałam głos, że co by się nie działo, to mam rysowanie. I sobie poradzę. I będzie pięknie.

SIERPIEŃ

W sierpniu obchodziłam swoje 26 urodziny i poczułam się strasznie samotna. Stres z całego roku dał się we znaki i słabłam codziennie przez tydzień w najgorszych miejscach. / centra handlowe, morze, restauracja/

Odwiedzili mnie moi rodzice i siostra z mężem.

W sierpniu definitywnie zakończyłam randkowanie i zamknęłam jeden ważny ciągnący się za mną etap.

Obiecałam sobie, że żadnych facetów, tylko Kora, rysowanie, praca i ja.

Tylko wiecie wy to sobie mogliście obiecywać…. 31 sierpnia poznałam Kamila i….

 

WRZESIEŃ

 

….. jak poszliśmy na pierwszą randkę, to jak go tylko zobaczyłam, to pomyślałam sobie, że będę go bardzo kochać.

Kosmos.

Beksiński

tańce w kuchni

litry herbatek

spacery

bezpieczeństwo.

wielki spokój.

Dużo pracy.

Taki miałam wrzesień. Bo odkryłam, że nie muszę być sama. Że potrafię komuś zaufać. A Ci co nas poznali, to wiedzą jak do siebie pasujemy. Tak jakbym do niego tu szła, nad to morze. Tyle kilometrów i lat. Zupełnie jakbym po wielkiej i okropnej burzy wróciła wreszcie do domu.

 

PAŹDZIERNIK, LISTOPAD, GRUDZIEŃ

To były naprawdę ciężkie trzy miesiące. Ciągle chorowałam, nie wyrabiałam się z niczym. Pojawiły się większe problemy, które nam utrudniły podróż do Agi i Konrada  do Szwecji.

Ale jako, że miałam jego ramiona, Korę i dużo się modliłam – jestem wierząca i nie wstydzę się tego. O. Adam Szustak jest odpowiedzialny za moje nawrócenie i zrozumienie wszystkiego. 🙂 – przetrwaliśmy razem.

A ten rok zakończyłam jako Narzeczona.

I może to szybko dla Was wszystkich. Ale jak kogoś poznajesz to wiesz. I ja to wiedziałam. Tak po prostu.

 

 

Tamten rok dał mi też wiele nowych cudnych ludzi dookoła mnie. Którzy mnie wspierali, dzwonili i kopali w pupe.

Założyłam grupę dla dziewczyn na Facebooku – Panny Retro.

Nauczyłam się odpuszczać sama sobie.

Pozwoliłam odchodzić ludziom i nie trzymać się ich na siłę.

W swoje urodziny wypiłam butelkę Prosecco i udawałam Kalinę Jędrusik pod Teatrem Muzycznym w Gdyni w środku nocy a potem wlazłam w sukience do morza.

I nie chcę tu robić podsumowań, oficjalnych podziękowań. Ale miałam ciężki styczeń. Trochę taki, że musiałam odchorować i odespać tamto wszystko.

Ale dzisiaj, w lutym jestem tu i teraz.

I to najfajniejsze uczucie na świecie.

Nie jestem w przeszłości, nie wybiegam przesadnie do przodu.

Zamiast marzyć, to zaczęłam robić.

 

Zaczęłam robić życie.

I wierzcie mi, nie ma lepszego uczucia.

W związku z tym całym robieniem, mam dla Was tapetę na pulpit na Luty. Bo dla mnie, to dzisiaj jest początek nowego roku.

I nie planowałam tego – samo przyszło 🙂

Link do pobrania -> https://drive.google.com/file/d/10b6OV356d30yA1uTKU2kqgcvKvMLfIlO/view?usp=sharing

Będzie mi miło, jak podzielicie się ze mną waszymi zdjęciami monitorów na Instagramie 🙂 użyjcie wtedy #pannalolawlutym

 

A na koniec tego turbo długiego wpisu, chciałabym podziękować wszystkim dziewczynom, które pokazały mi, że wrażliwość to super siła.

Które okazały się wielkim wsparciem dla mnie i mojej sztuki. Które wypiły ze mną litry kawy, herbaty, wina. Przepłakały noce i nauczyły mnie wyć z radości i ze smutku.

Dzięki Wam wyrosłam w tamtym roku tak bardzo, że wzruszam się na samą myśl o tym wszystkim.

 

Tulę Was mocno!

 

Lola

Jak zagrać w życie?

Babcia od dziecka mi mówiła, że chłopaka, to trzeba sobie wychować i ma za Tobą biegać, bo ma jakieś prehistoryczne cechy myśliwego.

Mama zawsze mi powtarzała i powtarza do dzisiaj, że kobieta musi być niezależna finansowo.

 

A ja i tak robiłam po swojemu i zagrałam w życie, przyznając im obydwu rację, jak smarkałam w prześcieradło, bo zużyłam w kilka godzin zapas rolek papieru, ręcznika kuchennego i chusteczek higienicznych.

Życie boli.

I życie zrani Cię na milion kawałków, które będziesz starać się skleić

czekoladą

serialami

układaniem ubrań w szafie kolorami

randkami z Tindera – mogę napisać serię felietonów, serio.

kompulsywnymi zakupami w biedronce i upychaniem zapasów jedzenia w lodówce i szafkach kuchennych a czasem i szufladach z bielizną – czekolada wśród staników brzmi jak zapowiedź seksownej, gorącej randki.

No chyba nie.

 

Życię Cię zrani, przeżuje, wypluje a na końcu zrobi Ci herbatę z miodem, mleko z cynamonem, kakao, tosty z cebulką i serem, otuli kocykiem, zamieni w kołderkowe buritto i da buziaka w czoło.

I głosem Marcina Dorocińskiego powie

 

„A nie mówiłem?”

 

Ale wiesz, tak właśnie trzeba żyć.

 

Jak zagrać w życie?

Nie mam na to uniwersalnej instrukcji.

Bo chyba takiej nie ma.

Moja Babcia miała rację. Moja Mama miała rację. A to jak dotychczas gram w to życie, dopiero mi pokazało jak bardzo miały racje.

 

Będę zawsze powtarzać, że trzeba słuchać głosu swojego serca. Ten głos może Ci też je złamać, bo nikt nie mówił, że będzie łatwo. Decyzja to nie tylko kwestia mlecznej czekolady z Lidla vs tej z Lindta.

Decyzje tak jak życie, złamią Cię.

Większość moich znajomych sobie myśli, że mam się super. Bo mieszkam nad morzem, bo miałam jaja – jakkolwiek to brzmi – i to zrobiłam.

Mało kto wie, że przez pierwszy miesiąc, zdążyłam się zawieść na ludziach, w których myślałam, że mam tu, nad morzem wsparcie.

Mieszkanie miałam tylko na pierwszy miesiąc – cudem było, że miałam dosłownie pięć minut do morza.

Więc codziennie brałam Korę na spacer i średnio siedem razy w tygodniu stałam na molo w Orłowie albo o szóstej rano albo o 23:00 i patrzyłam w morze i myślałam sobie

„Cholera Lola, co Ty sobie zrobiłaś, co Ty sobie myślałaś?”

Moje życie, to nie leżenie w łóżku z kawą w pięknym kubku i rysowanie na kolanie.

Moje życie, to nie cykanie foci na Instagrama.

Moje życie to nie hashtag #hygge ( który bardzo szanuje swoją drogą <3 )

Mieszkam nad morzem, bo tak jak kompulsywnie robiłam zakupy w Biedronce pod domem we Wrocławiu, tak samo kompulsywnie postanowiłam sobie, że będę szczęśliwa a nigdy nie czułam większej wolności i nadziei niż tu, nad morzem.

 

Dwa lata temu sama pojechałam do Włoch bo się uparłam, że pojadę na Targi Ilustracji dla dzieci.

Sama.

Kiedy dostałam ataku paniki, że robię coś głupiego i to pierwszy krok, żeby powstał o mnie kiedyś kryminalny dokument?

W połowie drogi.

I pojechałam na jedną z największych przygód mojego życia.
Są różne przygody – można pić tanie różowe wino w parku do rana z nieznajomym i zmienić tak całe swoje życie, można w ciągu jednego dnia zaliczyć wszystkie lodziarnie w swoim mieście, można chodzić po cmentarzu w poszukiwaniu najstarszego grobu.
Można też tak jaka ja, pojechać całkiem sama do obcego kraju, spać w obcym mieszkaniu u obcego chłopaka.
Powtórzyłabym wszystko.

 

Bo właśnie chyba o to chodzi w tej grze? Tu nie ma powrotu do wcześniejszego levelu, żeby poprawić wynik. Tu zawsze trzeba iść do przodu, bo poprzednia plansza nigdy nie będzie taka sama i nigdy nie będzie działać ten sam schemat i układ klawiszy.

W każdym momencie mojego życia wydawało mi się, że jestem za gruba.

W każdym.

A teraz patrząc na zdjęcia wiem jaka byłam głupiutka, że tak myślałam.

A teraz wiem, że już nigdy nie będzie tak jak kiedyś.

W tej grze nauczyłam się, że może być tylko lepiej.

W tej grze przeszłam level CHOROBA i dostałam bonus w postaci ekstra mądrości.

Mam skilla z tego, jak pokochać swoje ciało.

Bo moje ciało przeszło ze mną wszystko.

I to dotyczy każdej sfery.

Grajcie w tą grę.

Ta gra jest najfajniejsza na całym świecie. Idziecie cały czas do przodu, po drodze jest pełno niespodzianek, extra skilli.

Jest też jedna ważna rzecz.

Tutaj macie jedno życie.

Tylko i aż.

 

L.

 

 

 

Miłość.

Dźwięk złamanego serca wcale nie przypomina tego, który wydobywa się z czekolady kiedy wrzucasz jej kawałki do rondelka pełnego mleka.

 

Złamane serce to ból, który dusi w gardle i podchodzi do uszu. Łapie Cię nagle.

Rano jak już sobie przypominasz, że jest strasznie źle.

W kolejce w sklepie i potem jak musisz sama wnieść zakupy na to czwarte piętro bez windy.

Jak jesteś sama i choruje Twój pies.

Jak w nocy budzisz się z jakiegoś koszmaru i nie ma kto Cię utulić.

Jak radzisz sobie dzielnie ze wszystkim sama i upadasz.

I wstajesz.

 

I upadasz.

 

Ostatni rok złamał mi serce na tysiąc kawałków. A ja je wszystkie zamieniłam w złoto i nie boje się tego napisać.

 

Do teraz czuję zapach mieszkania we Wrocławiu, w którym mieszkałam kilka miesięcy całkiem sama.

Znam na pamięć wszystkie dźwięki mojej samotności.

Czuję ten ból który nie pozwalał mi czasem wstać rano.

 

Nigdy chyba nie byłam bardziej samotna niż wtedy, tam.

To jeszcze nie czas na podsumowanie tego roku, bo czuję, że coś pięknego jeszcze się wydarzy.

Zresztą ten rok zakończymy w Laponii.

 

My.

 

Kora, On i ja.

 

Dzisiaj więc chyba będzie o miłości.

 

A to wszystko przez to, że dostałam ostatnio od was mnóstwo maili w tej sprawie.

 

Nie napiszę tu jak poznałam Kamila. To zawsze będzie nasz sekret.

 

Bo wiecie mnie wszystkie drogi prowadziły tutaj, nad to morze.

 

Kiedy dwa lata temu mieszkając w Warszawie pojechałam sobie do Gdańska na kilka godzin, żeby zobaczyć pierwszy raz w życiu morze, to siedząc w tramwaju i mijając osiedle bajkowe w drodzę na plażę pomyślałam, “och jak cudnie byłoby tutaj zamieszkać”.

Wtedy byłam w kompletnie innym miejscu, w związku ale nieszczęśliwa. Częściowo z mojej własnej winy, częściowo nie.

Potem minęło kilka miesięcy, przyszedł niesamowity ból, rozczarowanie, szybka przeprowadzka do Wrocławia, jakieś dwie godziny płaczu w toalecie McDonald’s na dworcu centralnym i rozstanie z miłością, psem i życiem w Warszawie.

 

Och bolało tak, że nie mogłam złapać nocami tchu.

 

Aż w styczniu, w tym roku, wylądowałam u Asi na ulicy Pogodnej w Gdyni i poszłam w śniegu sama nad morze.

A wiało tak, że prawie mnie zwiało.

Mnie – śląską pyzę.

Po drodze minęłam dom czekolady, gdzieś zawiało mi – przysięgam – cynamonem.

I połykając łzy szczęścia, że tu jestem – dotarłam nad to morze w środku zimy.

 

I wtedy to po prostu poczułam, że teraz już musi być dobrze.

Że już tyle cholera mnie spotkało, że dam radę.

 

Choćby nie wiem co.

 

Miesiąc później wróciła do mnie Kora.

A 27 maja zamieszkałam w Gdyni i nigdy wcześniej nie byłam tak przerażona.

Ale chyba włączyła mi się adrenalina i działałam na autopilocie.

 

Bo musiałam nagle przetrwać sama na drugim końcu kraju.

Na szczęście mam jedno wielkie szczęście w życiu.

Do ludzi.

 

I w sumie nie napiszę tu nigdy jak przeprowadzić się nad morze, jak wyprowadzić się dwoma taksówkami od faceta ani jak uciec z Warszawy.

Nie napiszę tu jak boli zdrada, jakie to uczucie przeżyć zwolnienie z pracy i jak czasami dziewczyny dla dziewczyn potrafią być sukami – sorry, musiałam.

 

Nie napiszę tu tych wszystkich smutnych rzeczy, bo musiałam to wszystko przetrwać sama.

 

Tove Jansson napisała, że “Wszystko trzeba odkryć samemu. I również przejść przez to zupełnie samemu.”

 

Bo wiecie, to jest tak, że jak już nauczyłam się tej samotności. Dzień po dniu. Kawałek za kawałkiem.

To nagle zjawił się On.

 

A ja szłam do niego całe życie.

Bo całe życie miałam w sobie to nadmorskie marzenie.

I jak się odważyłam i przeszłam te małe i duże koszmary, to na końcu spotkała mnie miłość.

 

Dlatego nie bójcie się.

Odkąd zaczęłam słuchać swojego serca, to czuje się szczęśliwa.

Jaka jest miłość?

 

jest rozmowami do rana o Kosmosie

filmami przerwanymi w połowie

spacerami w deszczu

niedopitą herbatą

tuleniem przez sen

szeptaniem w lesie

cynamonem

śpiewaniem w samochodzie

wspólnym myciem psa

tańcem w kuchni

statkami

randkami w środku dnia

wspólnym bałaganem

 

miłość jest prosta.

 

Jak już traficie na tego kogoś, to wiecie.

Po prostu wiecie.