Bez kategorii

Nowy świat.

To już.

Już mam trzydzieści lat i jednocześnie dopiero, a tyle już za mną.

Tak dawno nic tutaj nie napisałam, że jeszcze palce gubią mi się na klawiaturze.

Zacznijmy więc od początku.

Nie skasuję co prawda wszystkich wpisów sprzed lat, bo nie chce usuwać siebie samej. Taka byłam, przeżyłam to wszystko, bez tego co było, nie byłabym teraz tutaj.

Tutaj, czyli gdzie?

Mieszkam w głębi Kaszub, na wsi. Ja, dziewczyna ze Śląska, wychowana w miasteczku pełnym kocich łbów, tajemnic a potem mieszkałam w Warszawie, Wrocławiu i Gdyni, żeby skończyć w ogromnym domu w małej wsi, która zbyt ładna nie jest. Czy to pesymizm czy szczerość teraz przeze mnie przemawia? No, nie jest tutaj za ładnie i dni spędzam ciągle sama. Można lekko oszaleć i zdziczeć. Mi się to przydarzyło wraz ze skończeniem kawusi w ulubionych kawiarniach.

Tak bardzo nauczyłam się być sama tutaj, że w zasadzie tylko mój Mąż ma do mnie jakiś dostęp. To oczywiście nie oznacza, że odganiam się od ludzi jak od roju os. Nie.

Niestety padłam ofiarą wykluczenia komunikacyjnego a na moje zdanie na ten temat najbliższe otoczenie przewraca oczami i wmawia mi, że to moje marudzenie i wystarczy zrobić prawo jazdy. No ale dlaczego ja nie mogę mieć wyboru? Skoro w wieku trzydziestu lat nadal go nie ma, to oznacza, że są jakieś powody?

Więc tak, wyszłam zapewne na marudę ale przynajmniej szczerą. Bo czy da się o tym kwieciście i poetycko napisać?

Mieszkanie na wsi zweryfikowało pewne relacje w moim życiu, moje przyjaźnie. Teraz mam garsteczkę bliskich mi dziewczyn i czuję ulgę. Nauczyłam się, że nie każdy jest moim przyjacielem, pożegnałam kilka relacji i zajęłam się swoim życiem a nie czekaniem na innych.

Bo ja to jestem taka czekająca raczej.

Najdłużej czekałam na samą siebie, aż zrozumiem pewne rzeczy i przestanę się sabotować.

 

Przełom.

Nadszedł niedawno. Dotarło do mnie, że sama sobie stoję na drodze.

Że pewne rzeczy o których marzę, same się nie wydarzą.

Nie mogę wieść przecież życia bez swojego udziału w nim, a do tej pory byłam bierna. Dałam się zapędzić w róg i te kilka ostatnich lat przeczekać w ciszy i niepokoju.

Ostatnio moja terapeutka mnie spytała czego brakuje mi w moim życiu twórczym.

Pierwsza myśl jaką miałam z automatu była taka, że brakuje mi pisania na blogu, bycia jakoś bardziej otwartą na moją społeczność, którą zbudowałam.

I kiedy myślę o tej otwartości, to nie chodzi mi wcale o robienie ze swojego życia big brothera a jedynie więcej mojego cynamonowego świata.

Buduję go od nowa w sobie samej i wzruszam się teraz jak to piszę, bo pierwszy raz od dawna czuję się tak bardzo blisko samej siebie. Otulona przez swoje własne dobre myśli i to co jeszcze przede mną.

Miesiąc temu myślałam, że trzydziestka, to mój koniec świata. A okazała się uwalniającym początkiem mnie samej.

Mój cynamonowy świat:

morze,

las,

mgła,

deszcz,

earl grey,

stare porcelanowe filiżanki,

pasiaste koszulki,

drewniana podłoga,

stare przedwojenne filmy o miłoci,

kocie łby,

czekolada,

truskawkowa szminka,

ciepłe światło świec,

Jego zapach na szyi,

niebieski lenor którym pachnie nasz dom,

magiczne zachody słońca,

mgliste wschody nad lasem,

kubki parującego kakao które pijemy jesienią.

 

Moje życie teraz jest inne niż je sobie wyobrażałam ale wiem, że tak miało być.

Ten etap mojego życia jest na swoim miejscu, chociaż wiele czasu i łez zajęło mi pogodzenie się z tym.

Bo łatwo się w sobie samej pogubić.

Trudniej jest znaleźć do siebie drogę na nowo.

Jestem Lola i to mój świat.

Do przeczytania wkrótce.

L.