Życie i cynamon

Dom

I jak Ci się mieszka na wsi, Lolu?

Zapytała mnie ostatnio Przyjaciółka.

Oswoiłaś się już? 

A ja zastanawiam się czy w ciągu mojego życia, oswoję się sama ze sobą?

Czy umiem już odpowiedzieć na to pytanie zadawane pomiędzy jedną a drugą słodką plotką, przepisem na pierogi i wymieniem poglądów na temat życia w związku małżeńskim i intymnych spraw, z których się nawzajem sobie zwierzamy,  jak napalone licealistki z rumieńcem na policzku, bo przecież szkoda te piękne chwile zostawiać dla siebie i czasami można zdradzić je Przyjaciółce.

 

W głowie mam milion myśli na minutę i cisza po mojej stronie słuchawki prowokuję jej pytanie.

AŻ TAK ŹLE?

A ja odpowiadam jak automat, jakby ta odpowiedź już była gotowa zanim do niej doszłam i te długie sekundy co minęły i zamieniły się w minutę ciszy, były głosem w mojej głowie, który uświadamiał mi, że jest całkiem spoko i wcale nie chcę odpowiedzieć jak ostatnio, tym długim przeciągłym „Ech… ” – co oznaczał więcej niż tysiąc słów i wyrażał żałość nad żałościami.

 

Wiesz Kochana, nie jest źle, w zasadzie jak jadę czasami do Gdyni to cieszę się, że już z niej wracamy, tylko morza mi brakuje ale staram się o tym aż tak nie myśleć i rzadko nad nie zaglądam, bo przecież co z oczu to z serca.

„Co z oczu to z serca”, myślę, a w tej myśli jest całe stado wspomnień, kiedy w myśl tej zasady grzebałam je niszcząc pamiętniki, kasując pierwszego bloga i zdjęcia a potem usuwałam i blokowałam. Moje dłonie niczym kat nad nostalgią spaliły tysiące mostów, ale nie gniewam się na nie. Byłam wtedy burzą i ogniem a one były moim sercem, które ratowały mnie od szaleństwa.

Jestem bowiem gwałtowna co mój Mąż nazywa, że „siedzi w Tobie ta południca oj siedzi”. Wtedy patrzę na niego i przypominam sobie ten talerz którym rzuciłam pierwszy raz w swojej kłótni z mężczyzną. Ten talerz nie oznaczał, że jestem nienormalna – ten talerz to był wbrew pozorom akt mojej miłość i pasji do tego szatyna metr osiemdziesiąt siedem w dowodzie, który działa na mnie nadal tak, że aż boję się czasem tej wielkiej miłości co przyszła do mnie w burzową sierpniową noc, nad morzem.

Wiesz Kochana, nie jest źle, tu się żyje inaczej. Muszę planować zakupy, spacery z Korą, bo jak już jest szybko ciemno, to w głowie budzą się te wszystkie kryminały których słucham do rysowania i nie jestem w stanie wyjsć z domu sama. Czy to lęk? Nie, nie wiem chyba. Po prostu czuję się tu jeszcze nieswojo.

Nie czuję się lepsza ani gorsza. Jeszcze nie czuję się po prostu jak u siebie. Ten las za oknem i wiodące dookoła ścieżki, zapach jesieni, ciemność i głucha cisza – chyba, że tak jak latem, sąsiedzi kilka domów dalej puszczą na głośnikach disco polo a Ciocia będzie podlewać ogród z uśmiechem i tanecznym krokiem… – to wszytko robi mi nieswojo w sercu.

 

Nie umiem się tutaj oswoić i odnaleźć jeszcze ale jest dobrze.

Kochana, Ty nawet nie wiesz jak pięknie pory roku się zmieniają. Tutaj mijający czas widać jak na dłoni. Kolory drzew i pól, widok rolników przy zbiorach, prace w sąsiedzkich ogrodach.

Zapasy gromadzone w słoikach i zamrażarkach, zapach drewna i ciepło kominka. Zaczęłam żyć w innym naturalnym cyklu i czasie odmierzanym tym zegarem.

Ale nadal po prostu – nie jest źle.

I jest to moja najtrudniejsza relacja – relacja z domem na wsi.