Życie i cynamon

Do widzenia 2021!

Długo zastanawiałam się jak wrócić do pisania tutaj. Koniec roku być może jest nieco banalny, ale może czasami wszystko się musi zacząć od końca?

 

Nie byłam dobra w życie przez ostatnie dwanaście miesięcy. A przecież weszłam w ten Nowy Rok w mieniącej się brokatem szampańskiej sukience, tańcząc z mężem na drewnianych panelach bez kapci, do losowo wybranych hitów na spotify. Był to Sylwester idealny a ja naiwnie uwierzyłam, że jaki Sylwester taki cały nowy rok.

Dni uciekały mi przez palce, usilnie wypatrywałam słońca i motywacji. Walczyłam z brakiem weny twórczej i brakiem nowych rysunków tylko dla mnie. Snułam wielkie marzenia i plany, tymczasem życie od maja do września zaskakiwało nas pogrzebami w rodzinach a ja miałam poczucie, że moja ówczesna teraźniejszość była tylko i wyłącznie ubywaniem.

Oraz tym samym menu na tych wszystkich stypach.

Życie mnie przerosło bardzo.

Najpierw myślałam, że to po prostu moje lenistwo i brak konsekwencji, jestem bowiem tylko i aż człowiekiem, który od zawsze czuł za dużo, marzył za wiele a w tym wszystkim brakowało skupienia.

Potem zaczęłam zaniedbywać wszystkie relacje.

To nie tak, że miałam gdzieś bliskich mi ludzi. Nie miałam siły na mówienie. Głos mi drżał a w głowie brakowało słów. Miałam jakiś taki dziwny paraliż duszy i odrętwiałam.

Potem przerosło mnie umycie zębów pewnego poranka i rozpłakałam się nad zlewem nie mając siły spojrzeć w łazienkowe lustro.

Chciałam zniknąć – dosłownie i w przenośni.

Nie dopuszczałam do siebie myśli, że jestem chora i że moja głowa bardzo cierpi.

Zaniedbałam swoją firmę, prace, dom i siebie. Marzyłam o tym, że mnie już nie ma.

Ale w udawaniu, że jest wszystko dobrze, byłam mistrzynią i dopiero jak przyjechał mój Dziadek z Siostrą, to pozwoliłam się sobie rozsypać na kawałki i wyciągnąć dłoń po pomoc i było to najtrudniejsze.

Dlaczego o tym piszę w podsumowaniu roku? Bo ten stan w którym się znajdowałam, kładł się cieniem na tych wszystkich miesiącach i nie pamiętam nic innego, jak to, że byłam chora na smutek.

W 2021 roku, listopad okazał się być miesiącem w którym  zachciało mi się żyć.

Kiedy połknęłam pierwszą tabletkę, którą przepisał mi Psychiatra, powtarzałam sobie jak mantrę ” bardzo chce wyzdrowieć”

Podsumowując ten rok – ciesze się, że przeżyłam.

Grudzień to czas odsypiania tej bitwy, którą musiałam stoczyć, żeby zacząć od nowa.

Teraz jest jasno, ciepło, cicho i czysto dookoła mnie. W sercu czuję spokój i wielką nadzieję.

Mam oczywiście swoje plany i marzenia na najbliższe tygodnie. Głównie pod kątem zawodowym i artystycznym. Teraz czuje się trochę jak Śpiąca Królewna po przebudzeniu. Muszę się nauczyć tego nowego życia, tego zdrowienia i tego, że już nie czuję codziennie, że świat mi się kończy i nie ma już dla mnie nadziei.

Mam siłę żyć i to jest piękne uczucie.

Jestem wdzięczna, że z tą myślą będę się jutro całować z Ukochanym o północy.

W czarnej sukience, boso, przy zimnych ogniach i losowych piosenkach ze spotify.

Lola