Życie i cynamon

Dlaczego biorę Ślub?

Początkowo ten wpis miał mieć tytuł  „Ślub Kościelny czy Cywilny” ale zrezygnowałam z tego pomysłu, bo nie chciałam robić jakiejś słownej przepychanki na argumenty.

Każdy wybiera sam.

Oczywiście są też ludzie, którzy decydują się na życie bez ślubu i ja to szanuję. W sensie – nie moja sprawa.

Tak jak to, jaki rodzaj ślubu bierzesz.

Jednak im bliżej do Naszego, to nachodzą mnie myśli pełne pewności i szczęścia, że dobrze robię. Nie mogę się wprost doczekać twarzy Kamila, kiedy będzie mnie widział przy Ołtarzu. Wiecie, najpiękniejsze w tym wszystkim są przygotowania.

Ale właściwie dlaczego? Po co mi to? Na co mi ten szumnie nazywany z prześmiewczą pogardą „papierek” – a na nic. Tu nie o papierek tu chodzi. Tu chodzi o pewność i o obietnicę złożoną sobie samym przed naszymi rodzinami i przyjaciółmi.

Tu chodzi o moje życie i poczucie bezpieczeństwa. Miałam szczerze dosyć nieodpowiedzialnych facetów, egoistów. Poznawałam ich na randkach przez 3/4 2016 roku. Przewijało się zawsze hasło „bez zobowiązań”  albo moje ulubione „wiesz, nie jestem gotowy na związek ale możemy spędzać razem MIŁO czas”

Doszło do tego, że całkowicie zwątpiłam w mężczyzn a ja chciałam związać się z kimś normalnym. Z kimś z kim będę na dobre i złe. Odkąd pamiętam nie miałam silnego męskiego autorytetu. Zawsze była kobieca siła. Potem przez kilka lat moja siła gasła tkwiąc w nie tym związku co trzeba.

Więc jak już pogodziłam się z tym, że generalnie takich facetów już nie ma, to oczywiście jak w książkowym przykładzie poznałam Kamila.

Po dwóch tygodniach znajomości, na Helu, na naszej randce sam na sam – wszystkie przed tą były z Korą, bo testowałam jak ją traktuje – zapytał mnie oficjalnie, czy będziemy razem… A ja wiedziałam, że to TEN. Na Helu zaczęliśmy też rozmawiać o ślubie, tak jakby to była naturalna kolej rzeczy. Wiem, to brzmi jak ckliwa magia. Miłość.

 

Gdybym miała powiedzieć szczerze dlaczego wychodzę za mąż, to wychodzi mi jedno zdanie.

Bo lubię jak jest trudno.

Małżeństwo sprawia, że daliśmy sobie słowo i będziemy naprawiać wszystkie popsute części naszego życia. A słowo które daje nam Mężczyzna jest dla mnie czymś niesamowitym. Większość facetów z którymi miałam do czynienia tego nie robiła, nie dotrzymywała słowa – w sensie nie to, że jestem rozwódką – ale mieli problem ze składaniem obietnic i naprawianiem.

Z doświadczenia wiem, jak łatwo jest się rozstać kiedy nic was nie łączy. Nie było Ślubu a dojrzałość do bycia w związku była tylko po jednej stronie – mojej.

Łatwo jest wtedy rzucić hasłem ” wiesz, już chyba Cię nie kocham” … kiedy Ty sama masz serce wypełnione nim po brzegi jak wanna…On jest jak małe dziecko, które w niej się pluska i bez skrupułów wyciąga korek.

Łatwo jest też być z kimś kilka lat, w sumie jesteśmy zaręczeni ale daty nie ma. Jest jak jest. Związek przechodzony i wypalony i wcale nie jak stare małżeństwo – stare małżeństwa mają to do siebie, że właśnie są małżeństwami i wzięli się na dobre i złe.

Potem Ty mnie nie zauważasz, ja nie zauważam Ciebie. Jego romans z koleżanką w pracy i Twoje nadzieje, że będzie lepiej, że On się zmieni. Ale na myśl o Ślubie z Nim było Ci niedobrze. – to moje dwie historie.

Dwóch chłopców przed Kamilem złamało mi serce tak, że byłam pewna, że już się nie poskleja.

Byłam wyprana z uczuć a na randki chodziłam dla sportu i sukienek, żeby nie tkwić w domu w dresie jedząc chipsy.
Ostatnią rzeczą jakiej chciałam w życiu, była wizja mnie jako singielki chodzącej na randki. Chciałam w sobotnie poranki smażyć naleśniki i przerywać oglądanie filmów całowaniem. Chciałam być przytulana w nocy kiedy śniłam koszmary.
Chciałam, żeby ktoś naprawdę trzymał mnie za rękę.
Marzyłam o normalnym chłopaku, który będzie chciał tych samych prostych rzeczy. Który będzie szanował mnie i rodzine. Który będzie pracowity. Wyrozumiały.
Nie, żebym robiła jakąś listę… chciałam normalności jak kiedyś. Zanim co drugi koleś mianował siebie CEO na LinkedIn, zanim faceci stali się strasznymi egoistami. 

Rysowałam prawie codziennie zakochane pary, wasze pełne miłości portrety i słuchałam w tle kryminałów, żeby się nie rozpaść na kawałki, bo tak mnie bolało gdzieś w środku na myśl, że ja to już może nigdy….

No i trafił mi się cud jak kamień z Kosmosu.

 

Co oznacza, że naprawdę cuda się zdarzają.

Ja naprawdę nie byłam jedną z tych dziewczynek, które czekają na Księcia i grają scenki ślubne. Moją idolką była Bella z bajki „Piękna i Bestia” – chciałam poznawać Świat i wiedziałam gdzieś tak od zawsze, że moje życie to nie Pyskowice czy nawet Gliwice. Moja dusza telepała się wewnętrznie jak na dobrej sesji egzorcyzmu. Z jednej strony chciałam być dzika jak wilk, niezależna, groźna. Nie dać się już więcej ranić. A z drugiej strony marzyłam o swoim stadzie.

O tym, żeby mieć z kimś stół.

Okrągły taki.

Z czekoladowego drewna i wygodnymi krzesłami.

Stół gdzie toczy się życie.

Ja mu usiądę na kolanach i będziemy jeść razem tosty francuskie na śniadanie słuchając radia.

Wypijemy przy nim litry herbaty i przegadamy o wszystkim całe noce. Nie tylko w pierwszej fazie miłości ale zawsze.

Do końca życia.

Stół przy którym będziemy siadać z przyjaciółmi, grać w gry, pić prosecco a Kora będzie pod nim spała słuchając naszych sucharów rzucanych jak z magicznego kapelusza wstydu.

Gdzie będę robić chleb, pierogi, ciasta.

Gdzie będziemy robić inne rzeczy.

Stół na nasze życie.

Taka jest dla mnie właśnie ta niesamowita jedność którą czuję na myśl o ślubie z Nim.

Razem jesteśmy jak stół. Uniesiemy razem wszystko. Przegadamy wszystko.

 

Dlaczego biorę ślub?

Czy ja w zasadzie chce się z tego tłumaczyć?

Nie i nie chcę nikogo namawiać.

Każdemu życzę tej guli w gardle ze wzruszenia jak będzie moment oświadczyn i padną ważne i piękne słowa.

Tego wzruszenia z pewności, że oto przede mną stoi człowiek, który jest moim przyjacielem i widzi mnie całą taką jaką jestem. Bez warunków, bez zasad, bez negocjacji – bierze mnie ze wszystkimi wadami i ja jego tak samo. Bo razem się jakoś łatwiej naprawiać.

Kamil sprawia, że jestem bezpieczna, a ja dodaję dzikości do jego poukładanego życia.

Po prostu.

 

Lola.