Bez kategorii

„Dekada” mojego życia – część 2

Drodzy Czytelnicy,

 

staram się znaleźć słowa, żeby opisać kolejne trzy lata mojego życia i moment w którym jestem teraz. Czy uda mi się opisać to wszystko delikatnie i subtelnie?

 

Nie wiem.

Boje się, bo chciałabym być dobrze zrozumiana i tym tekstem, który właśnie się tworzy, zamknąć etap mojego życia, który mnie niesamowicie uwiera i nie czuje się już dobrze będąc taką otwartą jak książka.

 

Może zacznę od tego, że zawsze wierzyłam w znaki i głos serca, mimo, że często to ze strachu negowałam. Bo jak tu nagle porzucić wygodne, w miarę ułożone życie na rzecz tego co nowe i nieznane?

Tak właśnie było w 2017 roku i tym rokiem zacznę swoją opowieść.

*uwaga, ten post na blogu nie zawiera prawie żadnych zdjęć – chciałam skupić się na słowach. Wiele znajdziecie na moim instagramowym koncie z tamtych lat ale trzeba trochę poscrollować.

Pod koniec grudnia 2016 zapytałam na pewnej grupie na fb, czy któraś z dziewczyn zna dobry pensjonat nad morzem. Nie szukałam chyba konkretnego miasta. Czułam się wtedy na wskroś samotna, świeżo po rozstaniu i tym, jak podczas świątecznej przerwy namieszałam sobie znowu w życiu  – chyba nie umiem nie mieć w życiu dramy za dramą… cóż…

 

Zapytałam i dostałam komentarz pod moim postem od Asi, że znajdę u niej miejsce na kilka dni, za uśmiech….

Więc 4 stycznia wsiadłam w pociąg relacji Wrocław – Gdynia i po 22:00 przyjechałam do Gdyni. W tamtym czasie była to jedna z tych zim, która oplata Cię chłodem i śnieg włazi wszędzie. Poczułam to i magiczne skrzypienie pod nogami, kiedy wyszłam przed budynek dworca i wsiadłam do samochodu Asi. Nie wiem czy znacie to uczucie, bo ono się zdarza jedno na kilka tysięcy spotkań jakie odbywamy w swoim życiu, ale zostałam przez Nią autentycznie otulona miłością i przyjaźnią od pierwszego ” cześć”.

Asia okazała się moim Aniołem Stróżem w Gdyni i wtedy nie miałam pojęcia, że to wszystko tak się potoczy.

To miał być wyjazd na złamane serce. A zamienił się w przygodę mojego życia.

Spędziłyśmy pierwszą noc, siedząc na łóżku, jedząc hummus z warzywami i pijąc prosseco. Obie miałyśmy sobie wiele historii do opowiedzenia, zupełnie jak na pierwszej randce, kiedy czujesz, że wszystko gra i chcesz tej osobie opowiedzieć wszystko. Magia jakaś to była.

Następnego dnia, ubrana w milion warstw bo śnieg, wiatr i mróz, pojechałam nad morze. Na ulicy, mimo tygodnia roboczego, były pustki. Wszystkich pogoda wywiała w siną dal, tylko ja byłam taka uparta, że muszę zobaczyć morze. Szłam nad nie jak w jakimś amoku, szłam i się wzruszałam co było słabym pomysłem, bo romantyczne łzy zasychały w kropelki lodu na moich policzkach. W głowie wróciła do mnie moja nadmorska historia, cynamon i to wszystko co miałam już od tak dawna w swoim sercu, tylko popełniłam jeden z tych największych grzechów – zapomniałam sama o sobie i o tym, co chciałam dać Światu.

Po drodze minęłam nieistniejący już „Dom Czekolady” i wiedziałam, że życie rzuca we mnie znakami jak łobuz śnieżkami i nie mam co walczyć.

Dotarłam, stanęłam przy betonowym falochronie na skwerze Kościuszki, spojrzałam na czarne głębokie zimowe morze, na sople lodu, na śnieg tańczący na wietrze i pojedyncze kry pływające pośród fal i pomyślałam, że powaliło mnie do reszty ale w tym roku tu zamieszkam.

Morze, to Kosmos który spadł na ziemię. Tak się wtedy czułam.

Było też wiele zdarzeń podczas tego pobytu, jak np. założenie konta na Tinderze ale te historie zostawiam dla siebie.

Wspomnę jeszcze odnośnie znaków, że stojąc na peronie w Gdyni, podjechał już mój pociąg powrotny do Wrocławia i jakiś głos w mojej głowie szepnął mi słówko do ucha „sprawdź klucze” …. okazało się, że zamieniałam swoje klucze z kluczami Asi i gdybym nie sprawdziła tego będąc jeszcze w Gdyni, to we Wrocławiu spałabym na klatce, ponieważ mój współlokator wyjechał na kilka dni.

Pojechałam następnym pociągiem i utwierdziłam się jeszcze bardziej w znakach, Aniołach Stróżach i innych niesamowitych splotach wydarzeń.

 

W lutym wróciła do mnie po dziesięciu miesiącach Kora. Po prostu – dwoje dorosłych ludzi się dogadało i wybrało dla niej lepsze życie – chociaż mi samej było piekielnie z nią ciężko w tamtym czasie. Jej mała czuła psia dusza musiała ogarnąc całkiem nowe życie ze mną, która była nieobecna w jej życie przez długie miesiące.

 

Tamten etap był bardzo ciężki i trudny dla wszystkich ale dałyśmy radę.

W marcu wzięłam Korę znowu do Gdyni, do Asi, żeby sprawdzić jak będzie jej w nowym miejscu i okazało się, że obie byłyśmy tam najszczęśliwsze. Klamka więc zapada i w pracy proszę o przejście na tryb zdalny w związku z wyprowadzką.

 

W maju przeprowadzamy się nad morze. Zamieszkałyśmy w Orłowie, pięć minut od plaży a ja odkrywam, że wynajęcie pokoju z psem jest trudne, w Gdyni większość najemców cwaniakuje i nie chcą wynajmować na wakacje, więc mieszkanie mam tylko na cztery tygodnie a potem musiałam znaleźć coś nowego.

Zbliżał się termin wyprowadzki, mieszkania nadal nie miałam i panikowałam strasznie, musiałam zostawić Korę z Asią, bo czekał mnie zjazd do Wrocławia – taki był warunek, że będę raz w miesiącu przyjeżdżać…

 

no i zostałam zwolniona.

Podsumowując:

  • postawiłam swoje życie do góry nogami i przeprowadziłam siebie i psa nad morze.
  • kończył mi się czas na znalezienie nowego mieszkania.
  • zostałam bez pracy

 

Już pominę może milczeniem, to jak koszmarnie czułam się psychicznie. Nikomu nie życzę takiej sytuacji ale jakoś udało mi się przekonać samą siebie, że będzie dobrze. Czekało mnie jeszcze jakieś 2-3 tygodnie wypowiedzenia i przyznaje się bez bicia, że miałam już gdzieś pracę i robiłam wszystko od niechcenia. To było takie uczucie jakbym rozstała się z facetem ale jeszcze z Nim mieszkała.

 

Ble.

 

No ale znalazłam pokój w centrum Gdyni, w starej kamienicy. W domu był też drugi pies więc Kora miała towarzystwo. Pominę milczeniem specyficznych sąsiadów, którzy nie umieli powiedzieć nawet „dzień dobry” – paskudni ludzie oj bardzo paskudni.

Nadeszło lato, napisał do mnie Martin Stankiewicz z propozycją współpracy i tak oto stworzyłam swoje pierwsze ilustracje do filmu – reklamy coca-coli.

 

 

Poznałam w tym samym czasie nieco lepiej Laurę – LoJournal i w lipcu zostałam przez nią zaproszona do jej nowo powstałej wówczas serii o ludziach.

To był dla mnie ogromny zaszczyt, że o mnie pomyślała. Nie sądziłam, że tamto lato tak bardzo odmieni moje życie.

 

 

W sierpniu obchodziłam swoje 26 urodziny i otoczona dziewczynami spędziłam piękną noc, mocząc się w morzu, na którym w oddali szalała burza – nie róbcie tego jak coś. Szczególnie po wypiciu całej butelki wina.

Niemniej jednak było to lato mojego życia, gdzie żyłam życiem o którym marzyłam, chodziłam na randki i rysowałam na całego. Odwiedzili mnie bliscy i Melograf – Marcelina.

Jak tak teraz o tym myślę, to opisałabym je butelkami wina i śpiewaniem starych piosenek.

Było jeszcze zdarzenie mojego życia – poznałam dzięki Instagramowi Agę, Konrada i Boccę – Kochana Ania z Fandoo oznaczyła mnie w komentarzu pod ich postem, bo okazało się, że Bocca, ich pies, jest wilczą siostrą blizniaczką mojej Kory.

Zamieliśmy to chyba w przyjaźń na całe życie.

31 sierpnia poznałam Kamila – dzień po tym jak uroczyście oznajmiła, że żadnych facetów, tylko pies i ja i rysowanie i praca, praca, praca.

No jak widać…mogłam sobie planować a los znowu zrobił swoje.

Jak tylko się poznaliśmy, to stał się między nami Kosmos i zgubione słowa odnalazły się kiedy siedzielismy godzinami na naszej pierwszej randce a potem nad morzem.

Wszystko czego bałam się w miłości zostało obalone, bo poznałam właściwego człowieka i po prostu to wiedziałam.

Wcześniej towarzyszył mi dziwny niepokój a w tej relacji wszystko nagle stało się jasne.

No serio, historia jak Harlequinn’a.

Jesienią 2017 zaprojektowałam swoją pierwszą okładkę do książki Remika i byłam na maksa szczęśliwa.

 

Nagle moje życie się uspokoiło, bo wkroczył w nie spokojny Kamil i obie z Korą zakochałyśmy się w Nim na maksa.

 

2018

Następny rok był dla mnie bardzo bardzo trudny. Myślałam, że wszystko się bardziej ułoży ale moja nagła popularność na instagramie przysporzyła mi więcej smutków niż radości, bo nie wiedziałam wówczas, że istnieją ludzie, którym się chce innym ludziom wypisywać jakieś okropieństwa. Teraz już się z tym „pogodziłam” i robię swoje, ale wówczas bardzo się buntowałam i popełniałam błąd za błędem w swojej narracji – to ciągnęło się za mną aż do połowy 2019 roku i pokazało mi, że ta część internetu jest wymagająca i wbrew pozorom bardzo trudna. Przypomina slalom.

Jednak wracając do roku 2018, to na jego początku zaczęłam pracę przy ciekawym projekcie. Było nawet fajnie, poleciałam służbowo pierwszy raz do UK. Później zrobiło się dziwnie – przede wszystkim ja sama czułam, że tam wybitnie nie pasuję i w czerwcu odeszłam już totalnie oddając się tylko tworzeniu ilustracji i dbaniu o moją markę.

Cofając się jednak, to w marcu Kamil mi się oświadczył a potem pojechaliśmy na święta wielkanocne na Śląsk. Tam przez telefon dowiedziałam się, że właścicielka mieszkania urządziła dziką eksmisję i zostałam bezdomna… Nie miałam nawet dostępu do moich rzeczy. To był horror.

Przygarnęła mnie wówczas Diana, z którą mam kontakt do dzisiaj i do końca życia będę jej wdzięczna za wynajęcie mi pokoju – zachowała się jak mój Anioł Stróż.

Mieszkałyśmy razem przez kilka miesięcy, w wieżowcu z widokiem na morze i port. Kora zamieszkała w tym czasie z rodzicami Kamila a On i ja szukaliśmy mieszkania do wynajęcia.

Znaleźliśmy je przez dobrą duszę na Instagramie – Asię, która chyba jest kolejną wróżką mojego życia.

I do tej pory tutaj mieszkamy.

Lato i jesień to było dużo dużo rysowania a w listopadzie okazało się, że przerasta mnie pójście po herbate i ogólnie przerasta mnie chyba życie. Przeszłam załamanie nerwowe i zachorowałam na depresję.

Powitałam tak rok 2019. 

Rok którego wolałabym ze względów osobistych nie podsumowywać tutaj. Ale ujmę tylko kilka zdarzeń.

Moja siostra zorganizowała mi magiczny wieczór Panieński w stylu Harrego Pottera, wieczór który był pełen niespodzianek – przyleciała do mnie Ewa z Anglii w ramach niespodzianki. Strasznie za nią tęsknię.

Wyszłam za mąż za miłość mojego życia i tak naprawdę dopiero teraz się porządnie poznajemy. Ślub był pięknym przeżyciem tak jak świadomość, że byli z Nami wszyscy Ci którzy są dla mnie, dla Kamila – dla nas ważni. Chociaż niektóre relacje chyba nie przetrwały niestety reszty 2019 roku, to nic był nie zmieniła.

Leczyłam depresje, a jak myślałam, że jest już lepiej, to zachorowałam i wszystko przeszło na dalszy plan.

Był szpital, moja walka o to, żebym to wszystko przetrwała, kryzys w mojej firmie i w związku z warsztatami, które organizowałam – choroba wszystkie plany przestawiła na bok.

Potem zmarła bardzo bliska mi osoba i starałam się za wszelką cenę żyć dalej, chociaż tak naprawdę bycie w żałobie, to proces którego doświadczam pierwszy raz-  ja i moja rodzina, i wszyscy błądzimy.

Grudzień upłynął mi pracowicie i byłam w Kopenhadze u Lidii – to był piękny wyjazd i jestem wdzięczna za tak bliskie mi relacje z dziewczynami, które wnoszą nowe niesamowite rzeczy do mojego życia i patrzenia na Świat.

Kobiet w moim życiu jest więcej ale zostawię to dla siebie.

Te moje bardzo osobiste zdarzenia, którymi zdecydowałam się z Wami podzielić miały wpływ na to jak wyglada ten nowy rok a raczej jak go zaplanowałam.

Dlatego chciałam podziękować Wam za Wasze wsparcie i to, że tu ze mną jesteście. Wiele to dla mnie znaczy.

Niemniej jednak, celem na ten rok jest wygaszanie mojego prywatnego życia na rzecz projektów, które powiedzą Wam o mnie więcej między słowami, niż dobitna autobiografia.

Przez dziesięć lat mojego życia stałam się z tamtej Karoliny bardzo pogubioną Lolą po to, żeby znowu czuć, że znajduję sama siebie taką jak kiedyś, ale już zdecydowanie mądrzejszą.

Chcę zwykłego, zdrowego życia.

I tego Wam też życzę,

Karolina