Bez kategorii

„Dekada” mojego życia – część 1

W lipcu 2019 roku minęła “moja dekada” –  czyli 10 lat odkąd powstała Panna Lola.

Wtedy nie byłam w stanie zrobić sensownego podsumowania i postanowiłam na spokojnie poczekać na koniec roku. Teraz jest ten moment kiedy pozbierałam wszystkie zdjęcia i zapiski. Trochę się boję tej analizy, bo zaproszę was do dużej części mojego życia… ale może wtedy łatwiej będzie niektórym zrozumieć co z czego się bierze i że ja nie wzięłam się z kosmosu.

Gotowi?

Zapinamy pasy i startujemy na moją planetę.

 

    Ale… zanim zacznę, to chciałabym wyjaśnić już na samym początku, że w dużej mierze to będzie opowieść o miłości i rysowaniu. Sześć lat z tego całego okresu czasu byłam w związku z jednym chłopakiem. Wyjdzie z tego trochę telenowela ale chce ją opowiedzieć jako przestrogę i inspirację dla innych dziewczyn ❤️🙌🏻
Dzisiaj zapraszam Was do lat 2009 – 2016 – ze względu na ilość materiału musiałam to sensownie podzielić.

 

2009 

Wszystko zaczęło się od tego, że byłam w drugiej klasie liceum plastycznego. Od pierwszej klasy liceum miałam chłopaka, który w kwietniu mnie rzucił. No i byłam koszmarnie załamana a pamiętnik w którym przeżywałam to rozstanie mam do dzisiaj i wbrew pozorom nie przyprawia mnie o fale śmiechu a raczej o dumę, że dałam radę.

 

 Byłam wtedy w dziwnym momencie swojego życia. Zaraz miałam skończyć 18 lat i w kościach czułam, że coś się we mnie zmienia. Całe moje rysowanie było zależne od miłości  – tak wyrażałam swoje emocje, to jak się gubiłam i jak się znajdowałam…. schudłam, zaczęłam patrzeć na to jak wyglądam i się ubieram. Trochę to była jak przemiana z brzydkiego kaczątka – czułam się genialnie chociaż ze złamanym sercem 💔 

Wtedy przeżywałam  wakacyjna miłość (chyba był to taki plaster … zresztą osiem lat później pojawia się znowu w moim życiu i trochę miesza ale o tym później )

 

 Myślami nadal byłam gdzieś pomiędzy. To właśnie w lipcu tamtego roku  powstała Panna Lola. Na początku miała być szafiarskim blogiem 🙈 wymyślałam więc stylizacje, szukałam w ciucholanach ubrań a całą kasę z osiemnastki przeznaczyłam na fryzjera, ciuchy i kosmetyki i wiadomo – na rzeczy do rysowania. 

“Panna Lola” – panna – bo rzucił mnie chłopak i tamtego lata przeżywałam fascynację coco chanel i Edith Piaf więc najpierw chciałam Mademoiselle Lola ale wygrała po prostu “panna” 

Lola – bo tak mnie nazywano w dzieciństwie i wyszło naturalnie. 

Jesienią wróciłam do szkoły, odmieniona po wakacjach, zaczęłam czuć się naprawdę inną dziewczyną. Bardziej świadomą siebie i tego co chcę osiągnąć w życiu. To był fajny rok. Flirtowałam, nauczyłam się o sobie wiele i zaczęłam się bardziej określać ze swoją sztuką.

 

 

Przełomem w rysowaniu był grudniowy przegląd na ASP i to jak zostałam zjechana przez jedną z wykładowczyń z katedry Ilustracji. Oj bolało piekielnie. Ale wzięłam się w garść i w styczniu 2010 zrobiłam moją pierwszą wystawę.

 

Wszystko zorganizowałam sama i byłam z siebie dumna. Ale też przestraszona. 

 

Myśląc dzisiaj o tamtym roku, mam na ustach uśmiech i poczucie, że cholernie lubiłam tamtą Karolinę. 

Dodam jeszcze, że ta zmiana która we mnie się odbyła, była w dużej mierze zasługą książki B. Pawlikowskiej “w dżungli miłości”

 

no i najważniejsze – rodzice wreszcie założyli nam w domu internet, więc da się przetrwać liceum i gimnazjum bez internetu – wiem co mówię 😉

 

2010

 

W styczniu odbyła się moja pierwsza wystawa.

 

Było super, przyszedł na nią J.

Był nowy w naszej szkole, wpadł mi w oko już we wrześniu ale mój gen stalkera wiedział, że ma dziewczynę więc wiadomo – mogłam sobie popatrzeć. 

 

Styczeń to też studniówka na którą mnie zaprosił mój kumpel z podstawówki i bawiłam się na niej najlepiej i nacudniej – do tego moja młodsza siostra też na niej była, bo stała się dziewczyną mojego kolegi z gimnazjum i dzisiaj są już małżeństwem 😉

 

 

Na początku roku 2010 wychowawca J z którym się lubiłam – gadaliśmy o wszystkim nawet na gg – przypominam, że byłam już pełnoletnia jak coś 😉 – no więc jego wychowawca dał mi znać, że jest już wolny. 

 

Oessu tu mogłabym napisać telenowelę jak upolować chłopaka ale wiecie, często jest tak, że same aranżujemy przypadki 😉 

no więc zaaranżowałam, coś tam zagrało ale ja nie byłam tego pewna, bo moja Mama jak go poznała miała dziwne przeczucia za które byłam na nią wtedy zła a sześć lat później żałowałam, że się sprawdziły….

 

no więc tak się stało, że pod koniec lutego zostaliśmy parą a wszyscy dookoła mi mówili, że lepiej, żebym sobie dała spokój. Strasznie mnie to męczyło i wkurzało, bo chciałam go uleczyć, sprawić, że będzie lepszy dla otoczenia… coś co miało być naiwną szkolną miłością wpłynęło na następne lata mojego życia i nie umiem opisać tej dekady bez wplatania tego związku tutaj. 

2010 rok był trzecią klasą liceum plastycznego, wiosną wszyscy już musieliśmy myśleć poważnie o czwartej klasie i obronie dyplomu. Rysowałam nadal bajkowo, udzielałam się w wolontariacie szkolnym, przesiadywałam po lekcjach w szkolnej bibliotece z J i planowaliśmy lato, bo czekały nas ponad dwa tygodnie w Pieninach pod namiotem a później w zaprzyjaźnionym domu.

Lato było wspaniałe i z nową energią wróciłam do szkoły zacząć ostatni rok liceum.

Bloga nadal pisałam, czułam się częścią fajnej społeczności i dawało mi to niesamowitą frajdę. 

Jednak jak to w moim życiu bywa – kolejny odcinek “Mody na sukces” musiał się odbyć i w listopadzie wylądowałam w szpitalu z zapaleniem żołądka a po wyjściu ze szpitala – dosłownie dwa dni – rzucił mnie na szkolnym korytarzu J mówiąc, że to nie to. 

Trzy tygodnie później wróciliśmy do siebie, bo w całej mojej naiwności wierzyłam, że będzie pięknie. Wydawało mi się wtedy, że to ten jedyny i chciałam w tym trwać. Jednak nie dawało mi spokoju pewne uczucie…. przypomniałam sobie jaką ulgę czułam jak się rozstaliśmy i z jaką radością przez łzy planowałam swoje życie. Podświadomie chciałam być wolna a jednak coś sprawiło, że wróciłam. Niestety skasowałam bloga a raczej wszystkie wpisy z początków Panny Loli. Chciałam zacząć od nowa i do dzisiaj tego strasznie żałuję. 

2011

 

Był dziwny. 

 

Odbyła się studniówka mojej szkoły i była dla mnie smutnym koszmarem… nie czułam się dobrze sama ze sobą… byłam zestresowana, zagrożona z matematyki a w lutym spadłam ze schodów i wylądowałam w szpitalu ze wstrząsem mózgu. 

Ogólnie pierwsza połowa roku była strasznie kiepska. Malowanie dyplomu, pisanie pracy dyplomowej, rysowanie aneksu z rysunku i malarstwa… Dyplom obroniłam na pięć i jak usłyszałam wynik to wpadłam w histerię, bo chciałam szóstkę…

Potem matura której nie zdałam do dzisiaj … 

Generalnie to nie mam z tego powodu kompleksów, może dlatego, że cała reszta matur poszła mi naprawdę genialnie tylko ta matematyka … 

 

Musiałam więc iść do pracy. Najpierw przez miesiąc pracowałam w Grycanie ale raczej nie wspominam tego dobrze…. może dlatego, że pierwszego dnia wylałam na klientów kawę mrożoną? Teraz się smieję, wtedy się popłakałam na zapleczu.

 

Sama się zwolniłam. Pojechałam w góry znowu z J i we wrześniu zaczęłam pracę w ekskluzywnej restauracji pod złotymi łukami – w sensie w Mc’donaldzie. Nie wiedziałam wtedy, że czekają mnie tam trzy lata pracy, przemiany i zmian w moim życiu. 

 

Przestałam rysować.

 

2012

 

To rok w którym miał nadejść koniec świata i w sumie w tamtym czasie moje prywatne życie trochę faktycznie się zmieniło….

Pracowałam i prowadziłam nudne życie… chciałam rysować ale zabrakło mi serca… wpadłam w marazm a to, że w tym samym czasie J nie musiał pracować i studiował nie poprawiało mi humoru… On zamieszkał ze swoją prababcią – prawie jak na swoim – a ja dzieliłam pokój z siostrą i czułam, że nam się związek bardzo rozmija bo zachodzą we mnie kolejne zmiany.  

Dużo też wtedy jeździłam na rowerze i miałam naprawdę dobrą kondycje – mogłam swobodnie chodzić po górach. To było niesamowite uczucie.

Ale we wrześniu wyprowadzam się z domu. No w sumie nie do końca z własnej woli… miałam trudny start w dorosłość ale też szczęście bo mogłam zamieszkać z J.

 

no… była to szkoła życia. 

 

W tym samym roku założyłam konto na instagramie które miało być dodatkiem do moich blogowych wypocin, pojechałam na koncert Coldplay we wrześniu i cały rok czułam się jak przegryw. 

Nie umiałam nic rysować,

Nie wiedziałam co mam zrobić ze swoim życiem.

Aż nadszedł pierwszy poniedziałek grudnia, kiedy leżąc w wannie płakałam tak bardzo, że w zasadzie mogłam się położyć do suchej i łzy by ją same napełniły.

Płakałam przez wszystko, przez rozczarowanie nade mną samą, przez blokadę z rysowaniem, przez zły związek którego nie umiałam skończyć bo byłam jednocześnie uzależniona i to poczucie beznadziei było wyłącznie moją winą. 

 

Nagle zaczęłam myśleć o tym, że chciałabym być nad morzem. Nie wiem sama kiedy ale w mojej głowie powstała część historii “Lola i Cynamon” i jeszcze tej samej nocy rysuje trzy siostry i pierwszy raz od dawna czuję motylki w brzuchu i to, że może jednak będzie pięknie?

 

2013

 

Ten rok był czasem nadziei, lekkiej biedy, bo czasami nie wiedziałam czy będę miała za co kupić coś na obiad, nadal mieszkaliśmy razem.  Dorabiałam też pozując studentom na Architekturze wnętrz. 

Nadal pracowałam w Mc, nie miałam za wielkich perspektyw na nową pracę w Gliwicach.

 

Rysowałam, pisałam… i za sprawą magii przypadków trafiłam na Pana Olka, który uwierzył w moją książkę, zrobiliśmy wernisaż w domu kultury w Gliwicach, był akordeon na żywo, ilustracje do książki i grupa teatralna Pana Olka grała frgamenty mojej książki … magia ….

 

Starałam się też spotykać ze znajomymi i wyszłam do ludzi. Szczególnie doceniam jeden wieczór na początku roku, kiedy opowiedziałam mojemu kumplowi z dzieciństwa o książce. Miałam z nim wyjątkową przyjaźń i do dzisiaj jestem za nią wdzięczna. 

 

W 2013 roku zaczęłam wierzyć w to, że zmiana mojego życia jest możliwa. W grudniu wystawiłam swoje kartki ręcznie rysowane na sprzedaż za 2,50 za sztukę… no było pracowicie ale od czegoś musiałam zacząć. 

Założyłam wtedy fanpage o nazwie Wytwórnia Pocztówek. Bardzo chciałam rysować kartki ale nie miałam innego pomysłu jak ręcznie rysowanie i totalny handmade.

Obciełam też włosy i czułam się najlepiej na świecie. 

 

Znowu rysowałam.

 

2014

 

W styczniu kupiłam swojego pierwszego Mcbooka na raty które wzięłam u mamy J.

 No i nadeszły zmiany, zmiany, zmiany.

 

Książka się pisała ale wolno, bo miałam za dużo inspiracji a potem problemy finansowe i związkowe dały popalić.

w lutym i marcu wypuściłam dwie fajne kolekcje pocztówek dla mojej Wytwórni Pocztówek.

Postanowiłam zmienić pracę i okazało się, że cukiernia Good Cake z Gliwic szuka kogoś do pomocy.

 

Z umowy o pracę i konkretnych wymagań i oczekiwań które dawały mi poczucie bezpieczeństwa w Mc przeszłam na umowę zlecenie i grosze za godzinę.

 

Nadal byłam – jeszcze biedniejsza ale szczęśliwa.

 

Być może pojawi się pytanie, czy mogłam liczyć na rodzinę. 

I tak i nie.

Bałam się komukolwiek przyznać jak jest zle u mnie materialnie i emocjonalnie a z drugiej strony nie chciałam, bo nasze relacje były kiepskie z różnych powodów. 

Tak wtedy niestety było i nie ma się co czarować – nie ma rodzin idealnych. 

 

A więc w czerwcu zmieniłam pracę. 

 

A piątego czerwca w naszym życiu pojawiła się Kora i nic już nie było takie samo. 

 

Minęło najbardziej pracowite lato mojego życia. Good Cake nie zatrudniało wielu pracowników i często od świtu do nocy byłam w pracy. Były dni w których już o 04:00 jechałam do cukierni.

 

Było naprawdę mocno pracowicie ale byłam szczęśliwa. Tak wielu rzeczy się nauczyłam. 

Piekłam ciasta, ciasteczka i tarty.

Ozdabiałam je. 

Nauczyłam się robić solony karmel od zera i odkryłam jaką moc ma roztopiona czekolada z masłem.

Wdychałam wanilię – taką prawdziwą esencję – prosto z butelki. 

No i nad tymi ciastami w mojej głowie zamieszkały królicze ilustracje.

Niestety zaczęłam poważnie chorować – słabłam w pracy, nie mogłam się skupić…

Okazało się, że jako chora na celiakię tylko sobie zaszkodziłam i zepsułam zdrowie wdychając gluten, mając z nim kontakt przez skórę i pory.

 

Musiałam odejść. 

Zbiegło się to też z moim rozstaniem z J w październiku. Musiałam się wyprowadzić i zostałam postawiona przed faktem, że pies jest jego.

 

Rozstanie trwało 24 godziny. 

Sama nie wiem dlaczego wróciłam. Naprawdę.

Chyba przez Korę i sentyment i strach. No i przez miłość, która mi się wtedy wydawała ta jedyna i najważniejsza.

 

W międzyczasie dorabiałam w prywatnej pracowni plastycznej co trochę ratowało budżet. 

Hitem było zwolnienie mnie z niej przez messengera na fb – bo kasy nie było. 

 

Zostałam bez kasy a zbliżały się Święta. Na szczęście udało mi się znaleźć nową pracę w Gliwicach – zostałam pracownikiem działu ecommerce i odkryłam świat sklepu online od kuchni.

 

Rysunkowo było powoli do przodu. Rysowałam po godzinach i pisałam bloga. Odnalazłam się w skrawkach romantycznie opisywanej rzeczywistości i wysłałam swoje prace na targi w Bolonii. Dzięki temu moje nazwisko znalazło się na liście uczestników i mogłam tam pojechać i uczestniczyć w targach za darmo ( nie licząc dojazdu i innych kosztów)

 

W kościach nadal czułam nadchodzące zmiany ale oplatała mnie choroba i ciągnęła w dół. Czułam się coraz słabiej.

Miałam 23 lata a czułam się na 60. 

 

2015

 

Byłam zmęczona swoim życiem i swoją intuicją. Moja intuicja podpowiadała mi, że zaraz coś mi się rozwali. Przestałam czuć cokolwiek. Byłam w maraźmie. Pogodziłam się z tym, że jestem w związku już tyle czasu i trochę nic się nie dzieje, ale nie jest też źle, więc jestem i trwam w czymś co niszczyło nas oboje tylko chyba baliśmy się to puścić. 

W tamtym 2015 roku tylko jedna osoba, poznana przypadkiem, sprawiła, ze zaczęłam coś czuć. Nie, nie zakochałam się w kimś innym. On się po prostu pojawił na chwilę i pokazał mi, że mam uczucia. To poruszenie mojej duszy do dzisiaj mnie wzrusza… dzięki tej osobie naprawdę w mojej głowie dużo rzeczy zaczęło działać. Ale od początku.

 

No więc mamy rok 2015.

To przede wszystkim dużo pierwszych zamówień na portrety wśród znajomych i dzięki poczcie pantoflowej.

W lutym organizuję małą króliczą wystawę w kwiaciarni.

Tworzę też projekty graficzne dla firmy sportowej.

Niestety okazuje się też, że mam poważną niedoczynność tarczycy.

 

W marcu dzięki temu, że mama J pożyczyła mi pieniądze, całkiem sama pojechałam do Bolonii, spałam u Giorgio w starej kamienicy na poddaszu w samym centrum miasta. Giorgio był architektem wystaw. Tak, wystaw. Projektował wystawy dla różnych galerii. 

 

Poznałam go przez couchsurfing i nie znałam wtedy za wielu kryminalnych historii więc byłam ochoczo nastawiona. 

  Było super, na miejscu zatrzymała się u niego Paula z Brazylii która wyszła za rzymskiego lekarza. To najpiękniejsza kobieta jaką widziałam. Do dzisiaj mamy kontakt. 

    To z Paulą która też rysuję minęły mi targi. chodziłyśmy, oglądałyśmy… te trzy dni bycia tam sprawiły, że czułam się jak w innym świecie. Byłam jedną z ilustratorów z całego świata, chłonęłam atmosferę jak gąbka, okazało się, że jestem odważna, umiem w angielski i mogę sama podróżować po świecie. Ten wyjazd mnie zmienił.

 

Wróciłam do Polski i pracy w której spotkał mnie i moje koleżanki paskudny mobbing. 

 

Uratowało mnie jednak przeniesienie do Warszawy, do centrali. 

 

I tak w sierpniu z mieszkania w którym czułam się jak w domu, zamieszkaliśmy w pokoju z psem dzieląc mieszkanie z obcymi ludźmi, bo na całe mieszkanie nie było nas stać.

 

We wrześniu pojechałam sama nad morze. Pierwszy raz w życiu. Wysiadłam w Gdańsku i tramwajem pojechałam na Stogi. Mijając po drodze osiedle bajkowe, pomyślałam, że to znak. I mogłabym zamieszkać nad morzem. 

Poczułam to w sercu.

 

W listopadzie zakończyłam współpracę z firmą w której pracowałam,  złożyłam mobbingowe zeznania które mnie wiele psychicznie kosztowały i byłam bezrobotna. Założyłam Królicze sposoby na smutki na fb. 

 

 Dorabiałam jeżdżąc z koleżanką w ramach współpracy z pewną firmą po przedszkolach i grałam tam przedstawienie dla dzieci. 

 

Koleżanka była dla mnie ważna i dużo wniosła do mojego życia. Jakieś dwa lata temu usunęła mnie ze znajomych na fb bez znaku i do dzisiaj mnie to boli, że są relacje które można bezwiednie zakończyć. Tak o….

 

wracając… w grudniu 2015 dostaję pracę w biurze H&M online. Przechodzę dwutygodniowe szkolenie po angielsku i czuję, że ten rok mimo wszystko kończy się dobrze. Również w tym samym miesiącu wysyłam swój pierwszy rodzinny portret w świat i zaczyna się całkowicie nowy etap w Pannie Loli. Zaczynam widzieć więcej możliwości a wszystko wyszło przypadkiem. Wysyłałam Laurze Ogrodowczyk portret jej i jej rodziny, bardzo lubiłam i lubię nadal jej kanał na Yt i był to wyraz sympatii oraz po prostu chciałam zrobić coś miłego. Nie sądziłam, że zrobię sobie tym reklamę, bo wcale nie miałam takiej intencji.

Zaczęły się pierwsze pytania o portrety i w tamtym czasie nikt na instagramie ich nie rysował, więc być może zuchwale ale byłam chyba pierwszą osobą która zajmowała się czymś tak innym. I strasznie mnie to cieszy, bo teraz pięć lat później pojawiło się nagle wielu portrecistów. Dobrze, że zaczęłam wcześniej. 

 

Emocjonalnie zaczęłam czuć ból istnienia ale cieszyłam się – lepiej było czuć ból niż nic. 

 

2016

 

Byłam pewna, że to rok 2015 był tym najgorszym i 2016 jakoś poprawi moje życie… 

No… takich przeżyć się na pewno nie spodziewałam.

 

Nowy rok – nowa ja… ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam.

 

Zacznę od tego, że przespałam sylwestra z poczuciem tego, że koniecznie muszę zebrać siły. Czułam się trochę jak po wielkiej walce ale intuicja mi mówiła, że to wcale nie koniec wojny.

 

Styczeń i luty poświęciłam na pracę w H&M online. Siedziałam w biurze, miałam super ekipę w pracy, naprawdę wspominam pracę tam jako super doświadczenie. Czułam, że gdzieś pasuję. Jednocześnie odczuwałam ogromny niepokój w sercu… czułam, że coś się wydarzy. W marcu wzięłam udział w targach ślubnych gdzie wystawiłam swoje prace ale nie wspominam ich jakoś super… właśnie przez ten niepokój który mnie dopadł…

 

W drugiej połowie marca odkrywam, że chyba jestem oszukiwana w miłości. Dużo się wtedy dzieje różnych rzeczy i daje się przekonać, że to nic… ale

 

 

Moja intuicja mi mówiła, że to kit kitów i jestem robiona.

 

Zaczynam łączyć kropki jednoczenie żyjąc w strachu bo wiem, że to koniec. A raczej początek końca.

 

 

Kropki które połączyłam wybuchły pewnego kwietniowego popołudnia, kiedy po spacerze który był udany i spędzeniu razem czasu J nagle wybucha i się pakuje… próbuje go zatrzymać a On zostawia mnie i Korę. 

 

To był czwartek. 

W piątek zadzwoniłam do cioci do Wrocławia, czy mogę narazie się do nich przenieść. Nie chciałam zostawiać Kory, ale nie mogłam zostać w warszawie. Nie miałam na tyle dużych środków, żeby wynająć mieszkanie w Warszawie, nie było mnie stać na samotne życie tam… nie mogłam też zabrać psa. I tak odjeżdżając taksówką na dworzec centralny do dzisiaj mam przed oczami korę która skaczę na drzwi balkonowe.  Pies zostaje z nim a ja spędzam dwie godziny w łazience Mcdonalda na dworcu płacząc z przerażenia. Mam gorączkę z nerwów a do tego ogłaszają alarm bombowy na dworcu.

 

Tak właśnie zaczynam Wrocławski etap mojego życia.

 

Mieszkam w domu rodzinnym pradziadków na łóżku polowym. Nie mam nic, musiałam odejść z H&M chociaż bardzo chcieli, żebym została. Były próby transferu do Wrocławia ale się nie udało. Mam dostać jeszcze wypłatę za kwiecień i maj bo dostałam l4 od psychiatry i zwrot za urlop. W międzyczasie jest majówka i prawosławna wielkanoc w moim domu. Spędzam czas z ciocią i rodziną gotując i sprzątając. Wszyscy się cieszą, że ten związek się rozpadł a ja tęsknie. Dzwoni J, że chce wrócić… a ja przyjmuje go z powrotem i mówiąc wszystkim że jadę z koleżanką w góry jedziemy razem i znowu widzę Korę. Założyliśmy że będziemy mieć związek na odległość a pod koniec roku On się przeprowadzi do Wrocławia.

 

W międzyczasie ja przeszukuje google wpisując frazę “czy jest sens wrócić do byłego” co już jest znakiem znaków, że skoro o to pytasz, to znaczy, że nie. Ukrywamy nasz powrót do siebie i to też było znamienne… wiedziałam i czuła w kościach, że źle robię… Ale tak chyba właśnie działa toksyczna miłość. 

 

W czerwcu dostaję się na staż za 1000 pln miesięcznie i wkraczam w świat marketingu, influencerów i biznesów online. Czuję, że założe firmę i będę tylko rysować ale jeszcze to nie ten moment. 

 

Uff pisząc to wszystko wyrzucam z siebie wiele emocji i doświadczeń. A to dopiero 2016 rok…. 

 

Poznaję wrocław, tesknie za psem koszmarnie… związek nam się naturalnie rozmywa a ja 15 sierpnia decyduje, że nie mam siły tak życ. Nie pasujemy do siebie. Kończę związek. Oznacza to też, że w moim życiu nie będzie już Kory ale wiem, że z nim też jej będzie dobrze….

 

Jeszcze jakiś czas temu żałowałam, że nie skończyłam tego sześcioletniego związku wcześniej – te lata miały ogromny wpływ na to jak źle się czułam ale tkwiłam w tym ze strachu. Że nie będę miała już żadnej miłości. Myślę, że oboje mieliśmy te same odczucia – te, że to jednak nie jest to. Byliśmy chyba koszmarnie pogubieni bo dorastaliśmy razem ale nie udało się wyjść z tego bez szwanku. Teraz jestem wdzięczna za tamten czas. Wiele się o sobie samej nauczyłam. Wszystko jest tak jak miało być … pisze to bo może same jesteście w podobnym miejscu. Ja się odważyłam i to skończyłam pomimo strachu i samotności. Ale gorsza była samotność w związku której doświadczyłam. 

 

Po rozstaniu kupuję sukienkę na pocieszenie, oddaje się pracy całkowicie co skutkuje tym, że zatrudniają mnie na cały etat i nagle mogę odłożyć trochę kasy, wyjść na kawę. 

 

W międzyczasie spotykam się z Lidią i staje mi się bratnią duszą we Wrocławiu, poznaję też Agatkę i jeżdżę do Ząbkowic, do Magdy, która staje mi się równie bliska jak Lidia. 

To dzięki dziewczynom przetrwałam Wrocław. 

 

We wrześniu moja przyjaciółka od serca, Ewa, wyjeżdża na stałe do Anglii a ja czuję jakby odjeżdżał daleko kawałek mnie samej.

 

W tym samym miesiącu, jako dorosła i nadal głupia Karolina, zakochuje się w starszym o cztery lata chłopaku, do którego wprowadzam się po krótkim czasie będąc przekonaną, że to jest to i tyle przeszłam, żeby go poznać… byłam naprawdę zakochana… 

 

W listopadzie moja praca została wystawiona w Krakowie w Muzeum Narodowym w ramach projektu “niezła sztuka” – zabieram tam na dwa dni mojego ukochane Dziadka i po powrocie do Wrocławia wydaje mi się, że nasz ekspresowy związek kwitnie jeszcze bardziej. Byłam zakochana i szczęśliwa.

 W grudniu w Ełku wystawiam swoje królicze ilustracje.

Nieoczekiwany zwrot akcji – 

Tydzień przed świętami wyprowadzam się od niego, bo uznał, że jednak mnie nie chce.

 

Wtedy naprawdę pękam. 

Na szczęście stać mnie na wynajęcie pokoju we Wrocławiu na ulicy ślicznej. Wyjeżdżam na święta do Gliwic, zamieniam się w Grinch’a.

 

Wigilię spędzam u mojej siostry i jej męża i ich szczeniaczka… w lipcu wzięli ślub, więc wszyscy rzygają brokatem i tęczą a ja uciekam na nocną wigilię do ludzi których uwielbiam i tam się upijam winem.

 

Było śmiesznie.

 

Przez cały tydzień w Gliwicach narobiłam tyle głupot przez to rozstanie… ale nie będę o nich pisać…

 

Podjęłam też decyzję, że na weekend z okazji 6 stycznia pojadę nad swoje morze… i tak przez pewną grupę na fb poznaję Asię.

 

W tym miejscu robię przerwę bo nadchodzą trzy lata, których nie umiem jeszcze opisać.

 

Część druga wkrótce.

 

Lola