Panna Lola i firma

Błędy i porażki.

 

Ile błędów może popełnić człowiek?

 

 Nieskończenie wiele. I dzisiaj napiszę Wam o kilku, które czkawką mi się odbijają. 

 

Będą to błędy w biznesie. W moim biznesie.

 

 Uwaga! Ten wpis może wywołać w was poczucie, że marudzę. Uprzedzam więc lojalnie, że to tak jakby moje miejsce w sieci, mój cynamonowy domek i dzisiaj jest marudzący temat.

 

No bo mogę. 

 

Tak więc zapraszam do fan farów, bo oto nadchodzą błędy i grzechy w moim biznesie. Swoją drogą, gdy jakiś czas temu zadałam wam pytanie o Wasze pytania dotyczące tego tematu, dostałam kilka wiadomości od “życzliwych” mi ludzi, którzy za mnie wykonali całą robotę, nie omieszkając mi już od razu wszystkiego wyliczyć. Dziękuję!

fot. LoJournal Laura Nadolska

Tak sobie myślałam ostatnio na spacerze z Korą, dlaczego we mnie jest tyle błędów? Co zrobiłam nie tak po drodze, że kolejny tydzień z rzędu zjada mnie stres i boję się otworzyć maila, bo wyskoczy mi z ekranu rekin i to bynajmniej nie ten od biznesu. 

 

Wtem! Schyliłam się by posprzątać psią kupę i doznałam olśnienia. 

 

No bo ja nie zakładałam Panny Loli, żeby być biznesem. W zasadzie od dziesięciu lat przez to, że ciężko pracuje i pracowałam, miałam też dużo szczęścia do ludzi, nagle to rysowanie do szuflady stało się moim zarobkiem. Nie miałam wielkiego przejścia i życiowych rozkmin, że zakładam biznes online czy coś.

Po prostu chciałam rysować ilustracje do bajek dla dzieci, pisać i tworzyć swój świat. Trochę inaczej mi to wyszło, co nie oznacza, że gorzej. Teraz po prostu tworzę bajkowe światy dla moich klientów. A jako, że jestem nadwrażliwa, nie przejmuje się ważnymi dorosłymi sprawami …. musiało mieć swoje konsekwencje. Stąd ten fakap goniący fakap.

Process

PIĘĆ BŁĘDÓW.

  • Walić biznes, liczą się relacje, miłość i przyjacielskie stosunki. 

 

Mam w sobie taką cechę, że każdemu od razu ufam, chcę ugotować zupę, upiec ciasto, otulić kocykiem. Ale w biznesie to się nie sprawdza. 

Teraz stawiam granicę, nie mogę wchodzić w życie i relacje innych ludzi, mimo, że dostaję od was dużo maili z pytaniami natury egzystencjalnej. Nie jestem w stanie psychicznie tego unieść. I tu zaczyna się troska o samą siebie. Jestem tylko zwykłą dziewczyną, która jak zaczęła dostrzegać, że przerasta ją życie, to poszła do psychiatry. I to też wam polecam. Nie naprawię waszego życia jednym mailem. Nie uleczę ran zadawanych wszystkim przez życie. Od tego jest lekarz. Takie emocjonalne angażowanie się wiele mnie kosztowało. 

 

W biznesie byłam i bywam stety niestety nadal jak ufny szczeniaczek.

Największym błędem było realizowanie portretów przed zapłaceniem mi. 

Tak wiem, tu pewnie walicie głową w ekran z myślą “oj jaka głupia Lola”

A ja po prostu ufałam.

Czy to więc oznacza, że w biznesie nie ma zaufania? No jasne, że jest!

Ale pamiętam sytuacje (niestety jedną z wielu)  kiedy klientka zamówiła portret swój i swojej siostry. Pracę wykonałam i wysłałam zdjęcie do akceptacji – Pani uznała że to przecież nie jest realistyczny portret i jednak dziękuje. 

Serio?

Och popłakałam sobie wtedy ale nauczyło mnie to jednej rzeczy – wyczuwania klienta po mailu. Od tamtej pory włączył mi się instynkt i wiem jak z kim mogę rozmawiać. Tamta Pani nie była moją klientką docelową a moim błędem było to, że nie wzięłam zadatku. 

Ogólnie praca przy personalizowanych produktach jest na maska wymagająca. Ja ją bardzo lubię, bo za tymi portretami kryją się ludzie z pięknymi historiami. I czuję, że spełniam swoją misję, którą jest Sztuka dla każdego.

 

 

  • Brak granic. 

 

 

Brak granic w wielu obszarach wiązał się z tym, że Panna Lola, to był od początku blog z moimi dziewczęcymi smutkami i historiami. Im więcej ludzi zaczęło do mnie przychodzić i mnie obserwować, nie zmieniało to faktu, że cały czas pozostawałam tamtą dziewczyną ze zwykłym życiem i rysowaniem. 

 

I tak naprawdę pierwszą granicą jaką postawiłam była informacja o mojej chorobie. Nie zaprosiłam was do swojego życia w tym czasie, nie opisywałam co się dzieje z dnia na dzień. Niesamowicie dobrze mi się żyło ze świadomością, że mimo iż dużo piszę o naszym życiu, to są pewne obszary o których mówić nie chcę. Bo nie muszę. Bo mogę. Wcześniej czułam, że powinnam opisać wam to i to i tamto bo lubicie we mnie to, że jestem autentyczna. Ale klientów nie interesuje choroba.Tylko wykonana usługa. A grupa moich odbiorców to też moi klienci. ALE! to była wyjątkowa sytuacja. Poległam przez chorobę, której naprawdę nikomu nie życzę. I ostatnie tygodnie zmiotły mnie pod dywan, wypłakałam litry łez i trzy razy sprawdzałam jak się likwiduje firmę. Tak bardzo brak zrozumienia dla mojej ciężkiej sytuacji od niektórych ludzi dał mi się we znaki. Potem przyszła frustracja w stylu “nie poddam się i niech wiedzą” i polały się fale krytyki w moją stronę. Że powinnam milczeć i robić swoje. Najpierw był szok, że ja tu szczera chcę być a dostaje za to jeszcze bardziej. A potem zrozumiałam, że żeby budować coś dalej, to muszę zmienić podejście. Przestałam narzekać na instagramie, co nie zmienia faktu, że narzekałam dalej w serduszku.  No a potem przyszła rodzinna tragedia i poczułam, że teraz już serio walnęło co miało walnąć a ja potrzebuje czasu i reorganizacji firmy i siebie samej. 

 

  • WSZYSTKO NA JUŻ i brak organizacji.

 

No niestety, brak organizacji i „nadwiara” we własne możliwości wpędzają mnie w ramiona stresu.

Zaczęłam więc sprzątać, bo jak wiecie jest to lek na całe zło. Posprzątałam mieszkanie, zaczęłam się codziennie ubierać jak do pracy i zauważyłam niesamowite efekty. 

 

Zaczęłam wychodzić na prostą. Moim błędem była kilkutygodniowa era – pracuje w piżamie, wychodzę z psem w piżamie, a potem prysznic i w innej piżamie idę spać. Mój mózg rejestrował wtedy, że jestem non stop w pracy. 

 

Oprócz tego bardzo doceniam to, że mamy sypialnię która jest osobnym pomieszczeniem. Wieczorem zasypiam przy książce patrząc na ścianę bez telewizora. Odpoczywam, mam czas na spokojną herbatę wypitą w łóżku, rozmowę z Kamilem, zasypiam spokojniejsza. Wcześniej, zanim zamieszkałam z Kamilem, w jednym pokoju żyłam i pracowałam. A to w moim wypadku był najlepszy przepis na brak organizacji i stres. Potem, kiedy już zamieszkaliśmy razem, nie mogłam się przestawić w nowym miejscu i wpadałam w marazm. 

 

Dopiero choroba uświadomiła mi w jakim kiepskim punkcie byłam.

 

Po wyjściu ze szpitala zaczęłam to bardziej oddzielać. Zaczęłam jeszcze bardziej dbać o godziny pracy, posiłków, spacerów z Korą. O to, żeby w naszym mieszkaniu pachniało świecami i domem a nie, żeby kojarzyło mi się tylko z pracą.

 

  • Nie liczyłam pieniędzy. Czy muszę to rozwijać? Jestem ekonomicznym głąbem. A znajdują się tacy, którzy bardzo to wykorzystywali.

Masz swój biznes? Licz wszystko. Wszystkie koszty, życie i zawsze bierz pieniądze od klienta najpierw. Nie wolno ufać ludziom. Koniec, kropka.

 

 

  • Brak zasad.

 

 

Wiecie, kiedy tworzysz bajkowy portret, to czasami coś nie wyjdzie. Klient ma prawo do poprawek i wskazówek. Czasami jednak wymagają stworzenie nowego portretu. Co w dobie ipadów, tabletów i ogólnie pracy cyfrowej, może do niektórych nie docierać, że to RĘCZNA PRACA. Tu nie ustawię funkcji cofnij, nie wrócę do warstwy. Biorę nowy papier i od nowa tworzę wszystko. Przełykam wtedy swoje gorzkie rozczarowanie i robię swoje. Ważne, żeby klient był zadowolony. Jednak niesamowicie dawałam się robić w konia … ja pierdziele jak o tym myślę, to sama sobie bym dała popalić… otóż było takich kilka przypadków, że musiałam rysować jednak od nowa. Wtedy z drugiej strony padała błyskotliwa prośba “ to może wyśle mi Pani też ten pierwszy rysunek, bo i tak go Pani pewnie wyrzuci?” no i ja, parówa biznesu wysyłałam, bo faktycznie co ma się kurzyć.

 

No nie… nie wolno tak robić. To była moja ciężka praca i też należą mi się za nią pieniądze. Zużyłam czas i materiał. Więc wprowadziłam zasadę, że jeśli ktoś chce, to może nieudaną wersję po prostu odkupić za o wiele mniejszą cenę. Nauczyłam się wreszcie nie rozdawać swojej pracy za darmo. 

 

Czy tych błędów i porażek jest więcej? Oj tak, ale o wszystkim nie chcę tu pisać. Wszystkie mnie czegoś nauczyły. Dzięki nim zmieniłam wiele rzeczy, wprowadziłam ofertę, zasady, nie rozmieniam się na drobne. Nauczyłam się pracy na szablonach mailowych, które sama stworzyłam, tak, żeby skrócić komunikację.

 

Niesamowitą szkołą komunikacji okazał się instagram. Są osoby, które mnie obserwują, bo chyba są masochistami, obserwuje mnie konkurencja, która często lajkuje nieprzychylne mi komentarze. Jestem pouczana, oczywiście “życzliwie”, że może za bardzo dzielę się z Wami prywatnością. Tylko kurde, nie wiem w którym miejscu. Granice MOJEJ prywatności są tam gdzie JA je stawiam. Zaczynałam od szczerego blogowania i nie widzę powodów, żebym teraz się odcięła i udawała kogoś kim nie jestem.

 

No i to też taki mój błąd – za bardzo się przejmuję. 

 

Ale! Jestem wręcz niesamowicie dumna z własnej odwagi. Bo dzięki temu, że napisałam o depresji, kilkanaście z was mi napisało, że poszło do lekarza. Na moje warsztaty przychodzą dziewczyny, które zaczynają wierzyć, że mogą żyć z tego co kochają robić. 

 

Teraz zaszła we mnie zmiana, zaczęłam dzięki terapii i ostatnim wydarzeniom w siebie wierzyć. Zaczęłam wierzyć, że zasługuję na dobre rzeczy. 

 

To były ciężkie dwa lata. Ale przetrwałam je ja i moja firma.

 

 Całą noc zastanawiałam się nad opublikowaniem tego tekstu. Pisząc to zamknęłam ostatni ciężki dla mnie etap, kiedy ewidentnie wiele rzeczy mnie przerastało a ja udawałam sama przed sobą, że dam radę i się nie dam. Dopiero ostatnie wydarzenia, które mnie ścięły z nóg sprawiły, że musiałam się zastanowić nad moim życiem i rozwojem. To cecha, którą wypracowałam na przełomie lat – IŚĆ DO PRZODU. Kiedy przytrafił mi się kryzys zawodowy i prywatny, musiałam zrobić rachunek sumienia. Musiałam zaplanować wyjście z tej sytuacji. Dzisiaj jesteście na mojej nowej stronie, to dla mnie wielki krok. To mój internetowy domek. 

Pierwszy krok w moim nowym życiu. 

Bo tego lata groziła mi jego utrata i miałam ogrom szczęścia, że lekarze zareagowali w porę. Dopiero teraz to wszystko do mnie dociera.

Jestem i się nie poddaję. 

 

Dziękuję Wam za wsparcie. 

 

Lola