Ona i Ja.

Do naszego ślubu zostały trzy tygodnie. Jest kwietniowy wieczór, nad morzem. Tutaj wszystko przychodzi później. Ale zapachu po deszczu nie odszukasz. Już wiosna. Czas rozkwitania. A ja z tej całej radości zapominam o tym oddechu na karku.

Ona za mną stoi.

Nie pozwala mi się nadmiernie cieszyć.

Zabiera produktywne dni.

Zabiera też odwagę do realizacji marzeń.

Ona – depresja.

Mija czwarty miesiąc leczenia. Dni przestały być nijakie i zlewać się w jedną całość. Staram się regulować brwi regularnie i pilnować pór jedzenia posiłków. W sensie jest lepiej. Tak jakby.

Bo był sobie marzec, gdzie nie wiedziałam, że życie się zaczęło tylko przytuliłam się do marazmu. To było straszne uczucie.

Ale najgorsze jakie odczuwam to te wyrzuty sumienia, że jestem niewdzięczna i jakaś taka leniwa. Maile nieodpisane, nie mam porządku i ogólnie jest kiepsko.

Poczucie winy co ciąży na mnie jak wielki głaz. Taki co zatacza w sercu koło.

Czuję się ulepiona z błota, obrastam nim ostatnio cała.

Chciałabym się jednak z nią zaprzyjaźnić, oswoić. Przygotować na nią, tak jak Muminki szykują się na Bukę. Ona też sprawiała, że wszystko dookoła zamarzało i przestało mieć sens.

Kochana Buko, wpuszczam Cię codziennie do swojego życia. Karmię Cię o stałych porach związkami chemicznymi, żeby życie bolało Cię mniej. Karmię zdrowymi rzeczami i wyprowadzam na spacery. Czasami się chowasz i dajesz mi odpocząć.

Wtedy puszczam najgłośniej jak się da stare piosenki Kaliny Jędrusik i Edith Piaf i udaje, że gram w kabarecie. Gdybym nie rysowała, to byłabym aktorką. Bo jak sama wiesz, trochę ukradłaś mi tą część mnie, odpowiedzialną za radość i poczucie piękna. Zabrałaś mi miłośc do samej siebie – te momenty w których ubierałam kiedyś koronkowe sukienki i te czarne szpilki. Pamiętasz jaka byłam?

 

Chciałabym Cię utulić, bo wiem, że to błoto z którego jesteśmy ulepione można spłukać codziennymi dawkami miłości. 

 

Ale w zasadzie, to jestem jednak w tym dobrym momencie. Uczenie się życia na nowo z szerzej otwartymi oczami ma wiele zalet. Odbudowuję relację, cieszę się wiosną i częściej maluję. Uczę się jeść od nowa. Uczę się kochać samą siebie. Pamiętam, że ostatnie lata upływały mi na wielkiej tęsknocie i nostalgii za tym czasem w 2009 roku, kiedy wszystko się zaczęło. Myślałam przez te dalsze lata, że już nic dobrego mnie nie czeka, i tamten rok, był takim deserem przed gorzkim lekarstwem rzeczywistości.

Na szczęście tak bardzo bardzo się myliłam. Teraz mam 27 lat i dopiero oddycham swobodnie. Wiem o świecie o wiele więcej i kilka razy udało mi się powstać jak feniks. Wiem co to znaczy jak boli Cię wszystko z niekochania i niedotykania.

 

Wydaje mi się, że depresja była we mnie uśpiona. I obudziła się jak Muminek w środku zimy – w nieodpowiednim czasie.

To moja lekcja. Lekcja życia.

 

 

Dobrze, że mimo wszystko są te piękne momenty, w których jest po prostu dobrze.

Rozwieszanie prania i zapach czystości w domu.

Dobre zmęczenie po długim spacerze.

Zatopienie się w książce.

Długa kąpiel.

Trzymanie za ręce.

Wtulanie się w jego ciepłe plecy w środku nocy.

Sierść Kory nad ranem, kiedy pakuje się do łóżka, żeby się przytulać.

Zapach świeżo zmielonej kawy.

Zwykłe niezwykłe życie.

 

Boziu… za trzy tygodnie będę żoną …. naprawdę.

 

Lola

 

 

 

 

Instagram i ja.

Umówmy się – nie jestem specjalistką od Instagrama. Korzystam najczęściej z darmowej wiedzy i swoich obserwacji oraz doświadczenia zebranego podczas pracy w różnych korporacjach i mojego dziesięcioletniego już blogowania.

Odkąd zaczęłam rysować, wiedziałam gdzieś w sercu, że będzie to mój sposób na życie.

 

Wiedziałam też, że to nie będzie łatwe i samo się nie zrobi. Pracowałam w kawiarniach, w Mcdonaldzie, w cukierni piekłam ciasta, w magazynie na wielkiej hali dźwigałam kartony i pakowałam zamówienia internetowe – tam dotknęłam pierwszy raz pojęcia personalizacji – zaprojektowałam w ramach swojej pracy elementy graficzne dla sklepu internetowego dla globalnej sportowej marki.

Potem była karuzela zwana życiem a ja cały czas rysowałam. Ja się naprawdę nigdy nie poddałam. I nie, to nie jest kolejna rzewna historia o tym jak pięknie spełniać swoje marzenia.

Ostatnio lekko mnie ukuło kiedy na kilku rysunkowych kontach przeczytałam coś mniej więcej w stylu ” wrzucam wam takie zdjęcie ilustracji jakie jest, bo szkoda mi czasu aranżować stylizacje” i oczywiście magiczne zdanie o tym jaki to czas jest cenny i marketingowa śpiewka okraszona serduszkami „wole ten czas przeznaczyć na wasze zamówienia”

Albo były też takie opisy, że „ja to się tam nie będę starać, wole wam pokazywać prawdę etc.”

Wiecie dlaczego mnie to ukuło? Bo po pierwsze jak to ja – pomyślałam, że może ja się tu staram z kombinowaniem i planowaniem stylizacji i pewnie się wydurniam.

 

Ale na szczęście sama sobie dałam rzeczywistością po twarzy i zrozumiałam, że lubię te zdjęcia, ten cynamonowy świat. Nasze nadmorskie życie.

Nie wiem… może to kwestia patrzenia na życie trochę inaczej, ale wyłapuję detale ze zwykłych chwil i staram się je upiękniać. Czy to złe?

Oczywiście, że nie. Zresztą jeśli ktoś mnie obserwuje to wie, że u mnie zawsze jest szczerze. I zawsze szanuje zdanie innych mimo, że często moje nie jest zbyt szanowane tudzież rozumiane.

Lubię ładne kadry i łapanie chwili. Lubię szukać w sklepie z używaną odzieżą ciekawych tkanin i rzeczy które wykorzystam w zdjęciach.

Lubię rysować wasze portrety i podkreślać je tłem, tematem i opisem.

Naprawdę lubię to wszystko robić.

Wiecie, że ludzie kupują oczami? Sama mam masę zapisanych zdjęć które mnie inspirują i są po prostu ładne.

A wierzcie mi, że przy odpowiednim podejściu nawet odrapane ściany mają urok.

Początkowo ten post miał być o tym jak fotografuje i czego używam do kreowania swojej marki na Instagramie. Ale nie wiem czy potrafię to idealnie opisać. Moje konto mam od 2012 roku i traktuje je jak swój pamiętnik z ostatnich 7 lat. Dopiero od dwóch lat, kiedy zaczęłam pokazywać bardziej swoje portrety i ilustracje zaczęło się budowanie firmy.

Nie zmieniło się za to to, że nadal używam konta jako pamiętnika, bloga i zapisków z codzienności – niestety ucierpiał na tym mój blog.

 

No dobra ale przejdźmy do rzeczy.

Czego używam do robienia zdjęć?

Aparatu cyfrowego i w telefonie.

Zdjęcia przerabiam tylko w VSCO mieszając filtry i ustawienia. Oprócz tego robiąc zdjęcia aparatem ustawiam w nim też ISO i dopasowuje do klimatu jaki chcę uzyskać.

Jeśli chodzi o tematy i o to co dla mnie jest fotogeniczne to jest tego naprawdę dużo i myślę, że każdy ma swój sposób patrzenia na rzeczywistość.

Tła do zdjęć aranżuje na szybko. Mam miejsce w którym trzymam materiały.

Używam apaszek, drewna, szafy, drzwi, pościeli, materiałów takich jak len, książek.

Dekoruje to złotkami i bibułkami.

Co zresztą widać w większości moich zdjęć.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mam swoją paletę kolorów której się trzymam. Nie mam potrzeby szukania i kombinowania, bo po tylu latach rysowania mam wreszcie swój świat i kolory.

 

A co jak nie mam pomysłu na zdjęcie i temat?

Pinterest to mój przyjaciel. Masa inspiracji oraz morze darmowych ustawień do przeróżnych filtrów w VSCO.

Przeglądam też instagrama za pomocą lupki i proponowanych dla mnie zdjęć.

Oglądam różne wyzwania i czasami biorę w nich udział.

A czasami po prostu jak mi się nie chcę to robię przerwę.

 

Oczywiście piszę oczywiste oczywistości ale chciałam pokazać swoją perspektywę i , że można robić szybko i sprawnie naprawdę fajne zdjęcia.

Warto po prostu pomyśleć jaki jest mój świat i jakie małe i duże rzeczy się na niego składają.

A potem można śmiało kolorować swoje życie, bo to naprawdę fajna frajda pokazywanie swojej rzeczywistości i budowanie swojego świata.

 

 

L.

 

 

 

 

 

 

 

Dlaczego biorę Ślub?

Początkowo ten wpis miał mieć tytuł  „Ślub Kościelny czy Cywilny” ale zrezygnowałam z tego pomysłu, bo nie chciałam robić jakiejś słownej przepychanki na argumenty.

Każdy wybiera sam.

Oczywiście są też ludzie, którzy decydują się na życie bez ślubu i ja to szanuję. W sensie – nie moja sprawa.

Tak jak to, jaki rodzaj ślubu bierzesz.

Jednak im bliżej do Naszego, to nachodzą mnie myśli pełne pewności i szczęścia, że dobrze robię. Nie mogę się wprost doczekać twarzy Kamila, kiedy będzie mnie widział przy Ołtarzu. Wiecie, najpiękniejsze w tym wszystkim są przygotowania.

Ale właściwie dlaczego? Po co mi to? Na co mi ten szumnie nazywany z prześmiewczą pogardą „papierek” – a na nic. Tu nie o papierek tu chodzi. Tu chodzi o pewność i o obietnicę złożoną sobie samym przed naszymi rodzinami i przyjaciółmi.

Tu chodzi o moje życie i poczucie bezpieczeństwa. Miałam szczerze dosyć nieodpowiedzialnych facetów, egoistów. Poznawałam ich na randkach przez 3/4 2016 roku. Przewijało się zawsze hasło „bez zobowiązań”  albo moje ulubione „wiesz, nie jestem gotowy na związek ale możemy spędzać razem MIŁO czas”

Doszło do tego, że całkowicie zwątpiłam w mężczyzn a ja chciałam związać się z kimś normalnym. Z kimś z kim będę na dobre i złe. Odkąd pamiętam nie miałam silnego męskiego autorytetu. Zawsze była kobieca siła. Potem przez kilka lat moja siła gasła tkwiąc w nie tym związku co trzeba.

Więc jak już pogodziłam się z tym, że generalnie takich facetów już nie ma, to oczywiście jak w książkowym przykładzie poznałam Kamila.

Po dwóch tygodniach znajomości, na Helu, na naszej randce sam na sam – wszystkie przed tą były z Korą, bo testowałam jak ją traktuje – zapytał mnie oficjalnie, czy będziemy razem… A ja wiedziałam, że to TEN. Na Helu zaczęliśmy też rozmawiać o ślubie, tak jakby to była naturalna kolej rzeczy. Wiem, to brzmi jak ckliwa magia. Miłość.

 

Gdybym miała powiedzieć szczerze dlaczego wychodzę za mąż, to wychodzi mi jedno zdanie.

Bo lubię jak jest trudno.

Małżeństwo sprawia, że daliśmy sobie słowo i będziemy naprawiać wszystkie popsute części naszego życia. A słowo które daje nam Mężczyzna jest dla mnie czymś niesamowitym. Większość facetów z którymi miałam do czynienia tego nie robiła, nie dotrzymywała słowa – w sensie nie to, że jestem rozwódką – ale mieli problem ze składaniem obietnic i naprawianiem.

Z doświadczenia wiem, jak łatwo jest się rozstać kiedy nic was nie łączy. Nie było Ślubu a dojrzałość do bycia w związku była tylko po jednej stronie – mojej.

Łatwo jest wtedy rzucić hasłem ” wiesz, już chyba Cię nie kocham” … kiedy Ty sama masz serce wypełnione nim po brzegi jak wanna…On jest jak małe dziecko, które w niej się pluska i bez skrupułów wyciąga korek.

Łatwo jest też być z kimś kilka lat, w sumie jesteśmy zaręczeni ale daty nie ma. Jest jak jest. Związek przechodzony i wypalony i wcale nie jak stare małżeństwo – stare małżeństwa mają to do siebie, że właśnie są małżeństwami i wzięli się na dobre i złe.

Potem Ty mnie nie zauważasz, ja nie zauważam Ciebie. Jego romans z koleżanką w pracy i Twoje nadzieje, że będzie lepiej, że On się zmieni. Ale na myśl o Ślubie z Nim było Ci niedobrze. – to moje dwie historie.

Dwóch chłopców przed Kamilem złamało mi serce tak, że byłam pewna, że już się nie poskleja.

Byłam wyprana z uczuć a na randki chodziłam dla sportu i sukienek, żeby nie tkwić w domu w dresie jedząc chipsy.
Ostatnią rzeczą jakiej chciałam w życiu, była wizja mnie jako singielki chodzącej na randki. Chciałam w sobotnie poranki smażyć naleśniki i przerywać oglądanie filmów całowaniem. Chciałam być przytulana w nocy kiedy śniłam koszmary.
Chciałam, żeby ktoś naprawdę trzymał mnie za rękę.
Marzyłam o normalnym chłopaku, który będzie chciał tych samych prostych rzeczy. Który będzie szanował mnie i rodzine. Który będzie pracowity. Wyrozumiały.
Nie, żebym robiła jakąś listę… chciałam normalności jak kiedyś. Zanim co drugi koleś mianował siebie CEO na LinkedIn, zanim faceci stali się strasznymi egoistami. 

Rysowałam prawie codziennie zakochane pary, wasze pełne miłości portrety i słuchałam w tle kryminałów, żeby się nie rozpaść na kawałki, bo tak mnie bolało gdzieś w środku na myśl, że ja to już może nigdy….

No i trafił mi się cud jak kamień z Kosmosu.

 

Co oznacza, że naprawdę cuda się zdarzają.

Ja naprawdę nie byłam jedną z tych dziewczynek, które czekają na Księcia i grają scenki ślubne. Moją idolką była Bella z bajki „Piękna i Bestia” – chciałam poznawać Świat i wiedziałam gdzieś tak od zawsze, że moje życie to nie Pyskowice czy nawet Gliwice. Moja dusza telepała się wewnętrznie jak na dobrej sesji egzorcyzmu. Z jednej strony chciałam być dzika jak wilk, niezależna, groźna. Nie dać się już więcej ranić. A z drugiej strony marzyłam o swoim stadzie.

O tym, żeby mieć z kimś stół.

Okrągły taki.

Z czekoladowego drewna i wygodnymi krzesłami.

Stół gdzie toczy się życie.

Ja mu usiądę na kolanach i będziemy jeść razem tosty francuskie na śniadanie słuchając radia.

Wypijemy przy nim litry herbaty i przegadamy o wszystkim całe noce. Nie tylko w pierwszej fazie miłości ale zawsze.

Do końca życia.

Stół przy którym będziemy siadać z przyjaciółmi, grać w gry, pić prosecco a Kora będzie pod nim spała słuchając naszych sucharów rzucanych jak z magicznego kapelusza wstydu.

Gdzie będę robić chleb, pierogi, ciasta.

Gdzie będziemy robić inne rzeczy.

Stół na nasze życie.

Taka jest dla mnie właśnie ta niesamowita jedność którą czuję na myśl o ślubie z Nim.

Razem jesteśmy jak stół. Uniesiemy razem wszystko. Przegadamy wszystko.

 

Dlaczego biorę ślub?

Czy ja w zasadzie chce się z tego tłumaczyć?

Nie i nie chcę nikogo namawiać.

Każdemu życzę tej guli w gardle ze wzruszenia jak będzie moment oświadczyn i padną ważne i piękne słowa.

Tego wzruszenia z pewności, że oto przede mną stoi człowiek, który jest moim przyjacielem i widzi mnie całą taką jaką jestem. Bez warunków, bez zasad, bez negocjacji – bierze mnie ze wszystkimi wadami i ja jego tak samo. Bo razem się jakoś łatwiej naprawiać.

Kamil sprawia, że jestem bezpieczna, a ja dodaję dzikości do jego poukładanego życia.

Po prostu.

 

Lola.

 

 

Kryzys.

Nadszedł kryzys. Jesteś sparaliżowana. Brak zamówień i mała szansa na skorzystanie z oszczędności. Konkurencja nie śpi i wykorzystuje Twój przestój. No, jest źle. Wpadłaś w smutek i marazm a głos w Twojej głowie krzyczy

 

NIE DASZ RADY!

 

Ale zaraz zaraz… jak to? To dlatego rzuciłaś etat i pokazujesz innym, że da się żyć ze swojej pasji? A umówmy się, jesteś super dzielna, że podjęłaś decyzję „pójścia na swoje”.

 

Ludzie którzy nas otaczają nie zdają sobie sprawy, że my naprawdę ciężko pracujemy, zmagamy się z własnymi demonami i kryzysami. Ze stresem związanym z opłatami na czas i nie ukrywajmy – czasami zdarzają się trudni klienci.

Wiem jak łatwo wpaść w marazm, bo strach naprawdę potrafi odebrać Ci czasem oddech. Brutalne fakty są takie, że trzeba mieć oszczędności po to, żeby móc skupić się na tworzeniu nowych produktów i rozwoju firmy.

No dobra ale jak dobrze wiemy, będąc na starcie są słabe szanse, że Twój biznes wygenerował dużą kwotę na rok do przodu. A nawet jeśli, to możesz po prostu stracić nagle pieniądze. To się zdarza. To normalne. I to nie jest powód do wstydu.

Dlatego, stworzyłam swoją własną instrukcję obsługi samej siebie w dobie kryzysu.

 

Wiem, to brzmi conajmniej dziwnie. No cóż, nauczyłam się jak działać kiedy za rogiem czai się brak wiary w siebie. Nie martw się, mnie też przerażają inne przedsiębiorcze silne dziewczyny. Ja taka nie jestem. Cierpię na nadwrażliwość i uciekam jak ktoś wyskakuje z hasłami w stylu ” musisz zrobić to to to to to to to to i „pierdylion” innych rzeczy żeby Twój biznes poszedł do przodu”

A ja nie wiem czego chcę i mam prawo nie wiedzieć. Codziennie widzę w grupach na facebooku dziewczyny ze swoimi firmami, połowa z nich sama nie wie co ma zrobić ze swoim biznesem i z nią samą w tym biznesie. Jak ja to rozumiem! Ale ja – Lola – nie jestem i nie będę aspirować do pisania na tym blogu treści biznesowych. Chciałam Wam dzisiaj opowiedzieć co mi pomaga dostrzec nadzieję tam, gdzie na chwilę robi się ciemno. Bo mi też się to zdarza. A ilość zamówień na portrety nie są gwarancją mojego sukcesu. Wbrew waszym wszelkim pozorom.

 

Więc kiedy nadchodzi ten kryzys a Ciebie paraliżuje strach, to mam dla Ciebie instrukcję obsługi.

 

  • Zrób sobie coś ciepłego do picia i usiądź. Odetchnij głęboko.
  • Posprzątaj mieszkanie i swoją przestrzeń. Dlaczego to jest takie ważne? Bo oto nadszedł kryzys. Czekają Cię pracowite dni i tygodnie. Stwórz sobie bezpieczną i pachnącą czystością bazę w której będziesz odpoczywać po codziennej walce. Może to banał ale dom jest jak związek – po całym dniu ciężkich decyzji i sytuacji musisz wrócić do bezpiecznej przystani a nie na pole bitwy.
  • Zrób sobie wieczór dla siebie. Długi prysznic, peeling, ogól co tam chcesz jeśli chcesz się ogolić. Może maseczka? Może nowy kolor paznokci? Potem szlafrok, herbatka do łóżka i – w moim przypadku – seriale odmóżdżające np. azjatyckie dramy. Nie oceniaj, plis.
  • Dbaj o relację ze swoją społecznością. Bo zakładam, że masz wokół siebie i swojej marki życzliwe Ci osoby. Możesz przecież im się po swojemu wygadać – bez zbędnego obnażania się. Przyznanie się do błędów w życiu i problemów to nie wstyd. Oczywiście dobrze by było nachalnie nie pisać – kupcie coś bo nie mam na waciki. Ale myślę, że zadbanie o swoją przestrzeń w sieci jest na tym samym poziomie co zadbanie o swój dom. Może odśwież szablon strony, zmień grafikę, uporządkuj ofertę. Zadbaj o swoją autentyczność jeszcze bardziej. Takie „firmowe” porządki naprawdę potrafią działać cuda.

 

Dla mnie ważne jest to, że otaczam się ludźmi z pasją i pozytywnym nastawieniem do prowadzenia własnej działalności. Od nikogo nie usłyszałam jeszcze „to może wróć na etat?”

Staram się już nie zakładać takiego scenariusza bo mój ostatni powrót na etat był jakąś psychiczną katastrofą i walką z samą sobą mimo, że bardzo się starałam. Jestem jednak wdzięczna i dumna, że wróciłam do biura na te kilka miesięcy i sama odeszłam. Moja intuicja mnie uratowała i przekonanie, że zrobię co w mojej mocy, żeby Panna Lola była moim życiem w najlepszym znaczeniu tych słów. Och! ale patos, wybaczcie, czasem tak mam.

Kryzys to idealny czas na zebranie kontaktów i stworzenie swojej własnej firmowej bazy mailingowej. Marketing w Twojej firmie to nie tylko wrzucenie kilku postów na social media. To realny i możliwy kontakt do ludzi, którzy mogą stać się Twoimi wspólnikami w zbrodni. Czy coś.

Generalnie super jeśli zrobisz sobie listę firm i wydawnictw z którymi chcesz pracować. Wiele magazynów „papierowych” często szuka tematów – jeśli masz ciekawą historię do opowiedzenia albo genialny storytelling swojej marki, to kto Ci zabroni spróbować?

Daj znać ludziom, blogerom i wszystkim innym, którzy mogą mieć realny wpływ na Twój biznes, że istniejesz. Że możesz im pomóc. Mało tego, jeśli tak jak ja rysujesz i widzisz, że komuś może przydać się Twoja pomoc to taka zaskakująca wiadomość z rzetelnym i wartościowym komentarzem będzie jak złoto. Serio.

Przykład: widzisz, że bloger ma średnio spójną identyfikacje wizualną – napisz, że możesz pomóc w zamian za promocję. Bądź przydatny, nie oczekuj, że wszystko przyjdzie do Ciebie samo. Oczywiście to zawsze jest okupione ryzykiem. No ale kto nie ryzykuje ten nie pije herbaty.

Pamiętaj, że „Złoty strzał” nie istnieje tylko raz! Nazywam tak nagły sukces kiedy robi się o Tobie głośniej i masz nagle więcej followersów i zamówień. Śmiało myślę, że może kilka razy w roku zostać obsypana złotem jeśli tylko wyjdziesz do ludzi ze swoją historią. Dlatego warto zainwestować czas w swoje projekty, które wzbogacą Twoje portfolio.

Podpowiem, że najlepiej się klikają i sprzedają takie, które opowiadają o codziennych sprawach i normalnym życiu. Bo to najlepszy temat. Moimi odbiorcami są głównie dziewczyny, często na swoich własnych zakrętach. Dlatego staram się dawać im kawałek swojego serca, które posklejała mi moja sztuka.

 

A wracając delikatnie na ziemię, to na koniec kilka prostych rad.

Zrób promocję, kody rabatowe.

Stwórz swój projekt w który być może pierwszy raz zaangażujesz influencerów. To super sprawa o ile będzie to coś wartościowego dla ich odbiorców.

Język korzyści – ubierz swoją markę w piękne słowa, które same sprzedadzą produkty. I tak je oficjalnie promuj w opisie swojej firmy w każdym możliwym miejscu.

Pytaj wśród znajomych o projekty w których mogłabyś wziąć udział – płatne oczywiście. Nie bój się wyjść do ludzi ze swojego miasta.

Zorganizuj warsztaty, które będą wartościowe dla osób które wezmą w nich udział. Bądź pomocnym twórcą.

Myślę, że kreatywność też może być fantastycznym lekarstwem. Popracuj nad swoim instagramem, facebookiem. Niech content będzie spójny. Ludzie kupują oczami.

Wiesz, że największym konsumentem są kobiety? Moje portrety najczęściej kupują dziewczyny, to do nich mówię w swoich postach, to ich historie rysuję.

Miej pokorę, nie osiadaj na laurach. Wiem bardzo dobrze jak bardzo to może być mylne.

 

Nie poddawaj się, będzie dobrze.

Tulę Cię mocno!

 

Lola

 

Czym rysuje – czyli mini przewodnik po moich narzędziach.

Cześć i czołem!

 

Często dostaję wiadomości na temat tego czym rysuję, jak rysuję i jak się można nauczyć takiego stylu. A ja….nie umiem na to wszystko odpowiedzieć. Wydaje mi się, że to nie jest tak, że ja tu i teraz napiszę wam, o swoich narzędziach i to da gwarancję sukcesu. Przyznam szczerze, że kiedy ja zaczynałam rysowanie na całego i zaczęłam wiązać z tym swoją przyszłość, a było to jakoś w pierwszej – drugiej klasie gimnazjum, to nie dysponowałam wielkimi środkami finansowymi. Ale dysponowałam kreatywnością, szarym papierem i stosem Filipinek, z których wycinałam ładne zdjęcia i tworzyłam swoje personalizowane szkicowniki.

Byłam szczęśliwa, kiedy dorwałam za dwa złote w markecie zeszyt w twardej oprawie z czystymi kartkami. Takie były moje pierwsze szkicowniki. A ilustracja zaczęła się dla mnie w momencie, w którym dostałam kredki akwarelowe. Ale ten wpis to nie moja historia. Chciałam po prostu tym wstępem powiedzieć, że jak masz w sobie wielką pasję to będziesz każde narzędzie i okazję traktować jak złoto. Serio.

 

W tej chwili dzięki pracy i wiedzy, którą zdobyłam przez te wszystkie lata wiem, czym najlepiej mi się rysuje i maluje. Bardzo się cieszę, że odkryłam swoje ulubione narzędzia, ale też nie ukrywam, że nie mogę się doczekać tych wszystkich nowych rzeczy które odkryje. W ich odkrywaniu pomaga mi często Instagram albo Pinterest. Czasami się okazuję, że, żebym mogła uzyskać zamierzony efekt wcale nie muszę wydawać wielkich pieniędzy, bo większość już mam w swoich pudełkach.

Do stworzenia tej ilustracji użyłam kredki akwarelowej, kredki ołówkowej, ecoliny i akwareli w kostkach.

 

Nie ukrywam i nie będę ściemniać skromnie, że przez ostatni rok mój warsztat się bardzo zmienił. Rysuję codziennie, narzucam sobie tematy, kombinuje i ćwiczę. Oprócz tego pracuje na etacie, piszę książkę, prowadze swoją własną firmę i planuje ślub. Mieszkam też chwilowo na walizkach, więc nawet nie mam swojego stołu do rysowania. Czyli generalnie mam nieskończoną ilość wymówek ale się tym nie przejmuję. Bo to rysowanie mnie składa na nowo w tym moim życiowym haosie. Więc chyba wychodzi na to, że moim pierwszym i zdecydowanie najważniejszym narzędziem jest PASJA. Musisz chcieć pracować, ciężko pracować. Rozwijać się i nauczyć się tego, że konkurencja to nie rywale. To dodatkowy element Twojego własnego rozwoju. Wiem co piszę – bywały i bywają nadal momenty, że komuś zazdroszczę lepszego warsztatu, lepszych ilustracji, lepszych portretów. Ale to mnie TYLKO I WYŁĄCZNIE motywuje do pracy.Często rysuje na kolanie, w łożku. Uwielbiam wtedy oglądać filmy dokumentalne – najczęściej o seryjnych mordercach ( i tak, znam Stanowo 😉 ), wtedy pomaga mi w tym moja kochana deska, którą wieki temu kupiłam w Empiku jak mieszkałam w Warszawie.

 

A więc przedstawiam Wam mój mini przewodnik po ukochanych narzędziach.

Jeśli chodzi o pędzle, to te do akwareli muszą być z miękkiego i delikatnego włosia. Półokrągłe. No przynajmniej jak dla mnie.  Świetnie sprawdzają się te syntetyczne ale tak naprawdę muszę je zawsze wymacać w sklepie plastycznym, żeby wiedzieć, że to ten.

 

Kolory to najważniejszy element moich ilustracji. Nie jestem kolorowa – bezpiecznie się czuje w ciepłych, czekoladowych barwach z elementami pudrowego różu. Czasami zaszaleje i dodam mleczną miętę. Znajomość mojej własnej palety bardzo ułatwia mi zakupy. Jestem od lat fanką ecoliny w słoiczkach. To zagęszczona akwarela, którą można rozpuszczać w wodzie i mieszać z klasycznymi akwarelami w kostce. Używam jej zawsze do portretów w wianuszkach, ze względu, że nie zakrywa tuszu i jest idelanie przezroczysta w swoim kolorowaniu np.kwiatów.

 

Kiedyś kupiłam sobie akwarele w tubkach ale o nich zapomniałam. Przepadły w którejś z przeprowadzek ale… trafiłam na promocje w plastyku i tak oto kupiłam sobie pięć ulubionych akwarelowych kolorów. To gęsta akwarela – trochę tępa jak gwasz ale idealnie się poddaje wodzie i nie schnie na brudny mat. Polecam z całego serca. Pamiętajcie, że dobry zestaw do malowania przeróżnymi rodzajami akwareli, to pędzel, czysta woda i kuchenne ręczniki papierowe pod ręką do ściągania nadmiaru wody i farby z papieru. W moich ilustracjach mieszam przeważnie kredki akwarelowe firmy Derwent – możecie je kupić na sztuki – mieszam też ecoline i kostkowe akwarele. I teraz, wprowadzam też akwarele w tubkach.

 

Poniżej możecie zobaczyć co wychodzi mniej wiecej z takiej mieszanki 🙂 To jeden z moich próbnych akwarelowych wianków. Nie jest dokończony ale daje sobie czas, żeby do niego wrócić. Bo właśnie tego codziennie uczy mnie malowanie – cierpliwości.

 

Pisaki, to zdecydowanie serce moich ilustracji. Do szybkich kresek w szkicowniku używam moich ukochanych pisaków MUJI – można je kupić stacjonarnie w Warszawie lub na ich stronie internetowej.

 

 

Do rysowania portretów wygrywają zdecydowanie microny o dwóch podstawowych dla mnie grubościach – 005 i o1

 

 

 

 

Jakiś czas temu postanowiłam postawić na więcej ekspresji i ołówki były strzałem w dziesiątke 🙂

 

Ołówek ma niesamowite możliwości – możecie nim wyczarować wiele emocji bez używania kolorów. Same kreski zmieniające się pod wpływem nacisku wystarczą. Jak dla mnie – MAGIA! Natomiast zdecydowanie wygrałam życie kupując ostatnio ołówki akwarelowe – czyli takie, po których możemy przejechać pędzlem z wodą i zmieniają naszą ilustracje w coś naprawdę wyjątkowego. Dzięki tym ołówkom wróciłam do Harrego Pottera i moich projektów, bo jak się okazało to właśnie był ten brakujący element do ich stworzenia.

 

 

 

 

 

Wiem, mogłam użyć teoretycznie czarnej, akwarelowej kredki ale to ciągle było nie to. No, ale teraz jestem w domu. 🙂

Pisaki, mazaki i markery, których używam do szkicowników, kreatywnych projektów i które po prostu…. lubię kupować od czasu do czasu 😉 to różny miks. Tu nie mam swoich ulubionych firm. Najczęściej kupuję to, co się nawinie, ma moje ukochane kolory i dobrze „siada” na papierze. Najczęściej są to promarkery, brushmarkery albo pisaki do kaligrafii prosto z Japonii.

 

 

Jeśli chodzi o papier, to uważam, że to ważne, żeby miał od 200 do 300 gram i najcześciej kupuję z firm: Canson, Gamma albo czasami testuje te, które akurat są dostępne w sklepie. Tu dochodzi jeszcze temat kwasowatości papieru i tego jak on współgra z innymi narzędziami. Jego struktury, zalety i wady. To jeden z tych tematów na osobny wpis. 🙂

 

Ilustracja poniżej jest narysowana i namalowana kredkami akwarelowymi, akwarelami w kostce oraz wykończona zwykłymi kredkami na papierze Canson 300 gram.

 

Przyznam szczerze, że temat tego czym rysuję, jest bardzo obszerny. To co pokazałam Wam dzisiaj, to moje naprawdę podstawowe elementy. Teraz prowadząc nieco walizkowe życie jest mi naprawdę ciężko. Dlatego dzięki metodzie prób i błędów mam już swoje sprawdzone narzędzia. W sklepie plastycznym zostawiam zawsze fortunę ale ilustracje które kupujecie muszą być na najlepszym papierze, wykonane najlepszymi jakościowo narzędziami. Nie wyobrażam sobie innej sytuacji.

 

Mam nadzieję, że ten wpis wam nieco rozjaśnił niektóre sprawy 🙂 Mam nadzieję, że jak już zamieszkamy w naszym domku, to zaproszę was do mojej pracowni. Tymczasem robię po prostu swoje w każdych warunkach. 🙂

Pięknego i twórczego tygodnia!

 

Lola

Och Maju.

Maj

bez

czekolada

cynamon

wiosenne burze

stare piosenki

herbata na balkonie z widokiem na morze

układanie się na nowo

wszędzie rysowanie bo już cała jestem rysowaniem.

On.

Ciasto czekoladowe

deszczowe konwalie

stare kino

wycieczki na koniec świata

niebieski lenor

zupa pomidorowa

naleśniki z truskawkami

Dużo miłości.

Za rok o tej porze już będę po ślubie.

Czy mogę się uszczypnąć?

 

L.

 

Majowa kwiatowa tapeta już dla was <3

 

https://drive.google.com/file/d/1bvUWeyKbqtNpUihHJIZm3m1vk2nGa2zF/view?usp=sharing

 

 

Lola & Cynamon – fragmenty.

Cześć i czołem!
Dzisiaj w taki zwykły wtorek postanowiłam udostępnić wam kilka fragmentów mojej książki. Chciałam, żebyście poczuli klimat. Tak po prostu. Chwilowo mam kryzys w związku z jej pisaniem ale wierzę, że będzie dobrze. Wkrótce minie rok jak postanowiłam spełnić swoje marzenia i zamieszkałam tutaj, w moim własnym Nadmorzem. Teraz leżę w łóżku i przez otwarte okno wpada mi tu zapach morza i szum fal. Nieustannie moje życie mi pokazuje, że wszystko mnie prowadziło jak dotąd do tego, żeby „Lola i Cynamon” urodziła się kiedyś w grudniu 2012 roku w mojej głowie. Leżałam wtedy w wannie i zaczęłam być nieszczęśliwa w swojej miłości. Czułam jak coś we mnie umiera. Jak radość i miłość do samej siebie uciekają daleko. Leżąc w tej wannie poczułam, że muszę to wyrysować, wypisać i wypłakać.
I tak postanowiłam zamienić swoje cierpienie w złoto. Dla siebie samej.
Zapraszam was z duszą na ramieniu do tego świata.
Do Nadmorzem.
GRUDZIEŃ.

O Loli Mak w mieście mówiono wiele. Że dziwna jakaś, że w tych paskach ciągle biega.
Że ciągle ta czekolada i czekolada. I cynamon. Że cały czas jest w tej dziwnej żałobie. Smutek w jej wielkich ciemnych oczach, otulonych karmelową grzywką zdawał się być jak morze. Morze pełne nadziei.  Nikt nigdy nie patrzył jej z tego powodu w oczy, gdy nalewała w zimowe poranki gorącego kakao do czerwonych termosów.
Kobieta – dziecko.
Niesforna grzywka.
Solony karmel.
Truskawkowa szminka.
Czekoladowy oddech.
Niewypowiedziane myśli ubrane w pasiaste koszulki.

Więc Lola Mak prowadziła pijalnię czekolady w Nadmorzem. Była sama jak palec, w tym maleńkim miasteczku. No, przynajmniej tak zwykła myśleć o czwartej nad ranem tuląc gorący termofor do brzucha. Tak naprawdę miała siostrę i mamę. Ale One były daleko, daleko stąd. Pijalnię czekolady Mak , Lola odziedziczyła mając osiemnaście lat, po zmarłęj prababci Neli. Znała tajemnice na najlepsze, rozpływające się w ustach praliny, wiedziała jaka jest idealna temperatura doskonałego kakao, w temperowaniu czekolady nie miała sobie równych. No i w gotowaniu. Odbierała świat wzrokiem, smakiem i zapachem. Dźwięki delikatnie ubarwiały całość, jak na przykład odgłos trzasku łamanej czekolady. Szum sypanego cukru i mąki, uwielbiała delikatność cynamonu, gdy zmielony szczyptami dodawała do ciasta marchewkowego.

W pierwszy poniedziałek grudnia, wstała jak zwykle o szóstej nad ranem. Zerknęła na pustą już od roku prawą stronę łóżka i zamknęła oczy. Policzyła do dziesięciu i odrzuciwszy kołdrę, postanowiła kolejny dzień z rzędu jakoś dać radę przetrwać. Miała zwyczaj brania lodowatych pryszniców. Tylko dotyk zimnej wody powodował paradoksalne ciepło. Potem owinięta w kremowy szlafrok szła w głąb przestronnego i jasnego mieszkania pachnącego drewnem i wanilią. W kuchni parzyła rumianek w białej filiżance sprzed stu lat, gotowała ryż na mleku z jabłkami i cynamonem. Cichy Jazz w radio i szarość za niemalże panoramicznymi oknami wychodzącymi na morze otulał złamane serce. Siedziała z podwiniętymi nogami na krześle, piła herbatę i zeskrobywała kciukiem zeschniętą czekoladę z blatu okrągłego dębowego stołu.
Wyglądała jak cień.
Jak cień swojego dawnego życia.
Podeszła do okna by jak zwykle popatrzeć na budzące się do życia Nadmorzem. Stare latarnie zaadaptowane przez elektryczność, ustępowały miejsca dostojnej szarości grudniowego poranka. Ciepłe, maleńkie światełka nad molo, niczym świetliki otulały poręcz i wisiały nad małą drewnianą bramą.
Znowu zapomnieli o lampkach  – pomyślała i otworzyła kuchenne okno. Już wbrew pozorom wcale nie jesienny a zimowy chłód przepełniony jodem i cynamonem wleciał do mieszkania. Zamknęła oczy i wyczuła coś jeszcze.
Drożdże rozpuszczone w ciepłym mleku i cynamon. Tak nad rankiem pachniało Nadmorzem.

 

*
 
W pierwszy poniedziałek grudnia, na peronie w Nadmorzem zatrzymał się pociąg jadący z Moskwy do Paryża. Wyrzucił z siebie jednego pasażera i z sennym stukotem ruszył dalej.
Filip Nędznik uciekł z własnego ślubu.

 

A teraz, dźwigając worek żeglarski i czarną walizkę obitą aksamitem w lewej ręce, stał bezradnie na peronie rozglądając się na boki. Sięgnął prawą dłonią do kieszeni i wyciągnął pogniecioną kartkę z adresem
Anatol Nolkowicz
ul. Cicha 13
Nadmorzem
Mężczyzna westchnął głęboko i schował kartkę z powrotem.
Mogłem dojechać do Paryża i rzucić wszystko w cholerę. Mogłem, ale wtedy dziadek byłby skazany na śmiertelne niebezpieczeństwo.
 
Filip ruszył ku wyjściu z peronu i zerknął w prawo. Jakiś mężczyzna, na oko sześćdziesięcioletni zamiatał śnieg sprzed małego sklepu. Podszedł nieco bliżej. Mężczyzna przerwał i leniwie zaprosił go do środka. Filip zdjął ciężar z pleców, otrzepał swoje ciemne, lekko kręcone włosy ze śniegu i podał dłoń nieznajomemu
– Dzień dobry, chciałbym zapytać jak dojdę na ulicę cichą trzynaście?
–  Dzień dobry, dzień dobry, to jednak sława Anatola przekracza granice naszego miasta? Ktoś bliski?
–  Przepraszam, Pan wybaczy ale nie rozumiem.
–  No tłukł się Pan pociągiem z Rosji, tu do nas, tylko po to, żeby komuś wyprawić pogrzeb?
– Ach, nie, nie nie. To sprawa innej wagi. Powiedziałbym nawet, że żywej.
–  Rozumiem. Proszę niech pan usiądzie. Jest szósta rano, o tej porze dopiero się tu budzimy, ja jestem wyjątkiem. Nie lubię na stare lata marnować dnia. Napije się pan herbaty?
–  Bardzo chętnie.
–  Pan pozwoli że się przedstawię – Emil Nicto – mężczyzna wyciągnął dłoń.
–  Filip.
– Filip.. i co dalej?
– Po prostu Filip.
– Bardzo pan tajemniczy.
– O której otwierają zakład pogrzebowy?
– W zasadzie to chyba jest czynny cały czas, w końcu śmierć nie pracuję od dziesiątej do osiemnastej w dni powszednie hi hi hi – śmiejąc się pod nosem rozsiadł się na krześle dając znak żeby Nędznik zrobił to samo.
– No tak racja – usiadł obok Emila za ladą, na niskim taborecie.
Filip przypomniał sobie, że nieraz budził go nocny telefon i światło w holu. Czasem był to również krzyk rozpaczy, kobiecy lament albo bieganie po schodach. Jego dziadek sam był przedsiębiorcą pogrzebowym. 
– Wie Pan co, może Pan tutaj zaczekać do ósmej i pójść w stronę miasta. Wskażę Panu drogę. Może zjemy śniadanie razem? – Emil skrzyżował ręce i odchylił się wygodnie z krzesła – wygląda Pan na zmęczonego.
– Bardzo chętnie, tam strasznie wieje a jak mniemam żadnej kawiarni czynnej o tej porze nie ma.
– Jest jest, ale dopiero od ósmej. Taka jedna Lola ją prowadzi, pijalnię czekolady dokładnie. Jakie Ona ma tam cuda, cukrzycy od patrzenia można dostać hie hie hie – mężczyzna wyciągnął spod lady małe zawiniątko  – Pan popatrzy – rozwinął szary papier i ich oczom ukazała się mała tabliczka ciemnej czekolady – ostatnio wymyśliła że zrobi z solą morską. Taką prawdziwą, naszą, z Nadmorzem. Pan spróbuję – Emil ułamał kawałek, który z przyjemnym dla ucha trzaskiem odszedł od reszty tabliczki. 
– Dziękuję – Filip wsadził kawałek do ust i z wrażenia przymknął oczy – Jezus Maria – rzekł z pełną buzią – to cudo, nie czekolada.
– Mówiłem!

Nadmorzem z lotu ptaka wyglądało jak ślimacza skorupa. Układ domów zamykał się w krętej spirali. Spirala miała rude dachy i małe kamienice przytulone do siebie, albo oddzielone tunelami. Nad tunelami zazwyczaj było półokrągłe sklepienie, a w nim a raczej na nim okno czyjejś kuchni lub sypialni. Pokój nad takim przejściem cechował się chłodem i szumem wiatru usypiającym daną komórkę społeczną. Właśnie nad takim tunelem Lola miała kuchnię. Nocą zamieniała to pachnące malinowym winem miejsce, na małą fabrykę czekolady.
Stół.
Okrągły i dębowy.
Stół pamiętający wszystko.
Pierwszą wojnę, drugą wojnę. Stół na którym jedzono, kochano się, rozwiązywało się przy nim problemy, chowało się pieniądze do kopert na początku każdego miesiąca. To przy tym stole zbierał się sztab kryzysowy by przy herbacie, kakao z chilli albo kawie z cykorią debatować nad przeszłością.Chcę mieć z Tobą stół. Okrągły bo na rogu siedzą stare panny. Chcę mieć z Tobą stół, bo chcę Ci podawać na nim obiady, śniadania, kolacje. Ugniatać na nim ciasto, i żeby nasze dzieci odrabiały przy nim lekcje, i wycinały ciastka z piernika. Chcę mieć z Tobą stół dla naszej miłości. Tej nagłej, szybkiej. Na blacie ubrudzonym mąką, bo lepiłam Ci pierogi a Ty mnie pocałowałeś w nagi kark i już byłam Twoja.

Na stole jak na mapie czekoladowych marzeń, co poranek Lola zeskrobywała resztki rozpuszczonego kakao, przyklejone płatki suszonych truskawek.  Dębowe deski przykryte koronkową krochmaloną serwetą, błyskały łuną czasu pomiędzy jedną a drugą rysą.

Bo nóż się ześlizgnął.
Bo spadł kiedyś żyrandol.
Bo to, bo tamto.
Ząb czasu, ot co.
W nocnej fabryce czekolady okna były zaparowane, Lola spinała wysoko włosy i boso, na środku kuchni, nucąc pod nosem francuskie piosenki
dosalała
dosładzała
mieszała
próbowała
oblizywała usta
szukała jak zwykle po raz setny esencji waniliowej.
Mogła tak siedzieć w kuchni do bladego świtu. I tak mało sypiała. To ze smutku. To z żałoby i tęsknoty. Nie lubiła tego uczucia beznadziejności, które spadało na nią tak nagle, tuż po otwarciu oczu. Bo przecież gdy rankiem otwieramy oczy, to w pierwszej sekundzie jesteśmy szczęśliwi. Dopiero coś nam przypomina o strasznej rzeczy.W pierwszy poniedziałek grudnia, tuż przed otwarciem pijalni, stała w samej bieliźnie przed otwartą szafą. Jej oczom ukazał się jak zwykle stos poukładanych koszulek. Od granatu, beż po biel. Osobny stos na bluzki w paski i groszki. Jego szary sweter. Na metalowym drążku wisiało kilka sukienek. Błękitne, szare, w groszki, w paski.
Wisiała też jedna jedyna – czerwona. Pogładziła jej jedwabny materiał, który swoją długością sięgał tuż przed kolano. Gorsetowa góra z dekoltem w serduszko, na cienkich ramiączkach otulała drewniany wieszak.
Dekolt w serduszko – nawet jak nie masz piersi to i tak masz piersi – zwykła mawiać prababcia Nela.
Masz najpiękniejsze piersi na świecie, mieszczą się idealnie w moich dłoniach – zwykł mawiać On.

Sięgnęła szybko po pierwszą lepszą sukienkę w paski i usiadła na łóżku biorąc laptopa na kolana. Sprawdziła wiadomości jak zwykle przez Internet , a tam znów jakaś droga rozkopana i są korki.
Dlatego jest rower.
Migające reklamy środków odchudzających, jacyś smutni i łysiejący politycy, korowód księdza od słynnych cudów, zapowiedź sztormu i zimowych wyprzedaży. Jakiś napis drukowanymi literami krzyczał – UCIEKŁ Z WŁASNEGO ŚLUBU! – pewnie zapowiedź jakiegoś filmu, ostatnio zapowiadali pisząc „TAJEMNICZE MORSKIE ZNIKNIĘCIA „- pomyślała Lola zamykając klapę laptopa. Położyła się na łóżku i zerknęła w sufit. Zamknęła oczy i z jej ust wydobył się cichy, błagalny szept.
Babciu Nelu, to już rok jak On jest tam u góry z Tobą.
To już rok jak mi go stąd zabrali.
To już rok jak mnie codziennie boli serce.
Błagam Cię, daj mi siłę, bo nie mam nawet ochoty wstać i zejść na dół do pijalni. 
Nie mam siły żyć.
Zakryła twarz dłońmi i zaszlochała. W końcu zebrała się w sobie, wstała, spojrzała w lustro, zaplotła warkocz i posmarowała usta truskawkową szminką. Narzuciła płaszcz, włożyła buty i oparła się o ścianę w holu. Zerknęła na wiszące na niej zdjęcia w białych ramkach i zsunęła się na podłogę.
Niemoc.
Niemoc to najgorsze uczucie, które wpada nagle do życia i nie wiadomo jak je wywlec. Lola postanowiła pójść na cmentarz przed otwarciem pijalni, musiała mu powiedzieć, że go kocha nadal, chociaż On jest dwa metry pod ziemią, ale że już tak dalej nie może. Bo ta żałoba ją zabija.

******

Pijalnia czekolady była w środku pomalowana na biało. Tylko w niektórych miejscach na ścianie znajdowały się kafelki, nadając wnętrzu ciepły klimat. Okna wysokie, niemalże panoramiczne wpuszczały do środka ciepłe, słoneczne światło grudniowego poranka.

Z zewnątrz biała elewacja, z drewnianymi elementami podtrzymującymi okna, wychodzącymi dlaje niż budynek – to czekoladowa oranżeria z milionem lampionów w środku.
Drewniane podłogi
sosnowe lakierowane stoliki
koronkowe obrusiki
jasne, lniane zasłony w oknach
stuletnia kanapa dla dwojga schowana w maleńkim kącie.
Prostota, biel i drewno.
Dwie gabloty z pralinami i tabliczkami czekolady owiniętymi w szary papier.
Kilka talerzy i pater z tartami i babeczkami
Crème brûlée 
Tiramisu w szklanym półmisku
czekolada gorzka, mleczna
mieszała się i parowała.
Stos białych talerzy i filiżanek
zmywarko – wyparzarka
wysokie i niskie szklanki
pudła widelców deserowych
pudła długich i krótkich łyżeczek do ciast, czekolady, do koktajli z wisienką.
Słodki porządek.
Jak zwykle o dziewiątej, próg pijalni przekroczył Ferdynand Zasada. Który to z zasady codziennie, od poniedziałku do piątku, zamawiał szybką mleczną z kroplą wanilii. I jak zwykle tuż przed wyjściem kupował dwie różane praliny na wynos, w małym czerwonym pudełeczku.
Dla Panny Zuzanny Nicto.
Panna Zuzanna byłą uosobieniem kobiecości. Niska blondynka, z pięknie zarysowaną talią i bujnymi biodrami, pachnąca zawsze różanymi perfumami. Ubierała się w sukienki, spódnice, koszule w grochy, kwiaty i pończochy. Z lekką melancholią w głosie. Po kątach szeptano o niej że jest starą panną, bo jak inaczej nazwać kobietę po trzydziestce nadal mieszkającą z ojcem? 
Gdyby znali jej smutną historię.
Tak więc panna Zuzanna, codziennie umawiała Ferdynanda Zasadę na spotkania, układała stosy papierów, parzyła najlepsze espresso w mieście, zakładała nogę na nogę pod biurkiem i zrzucała niewygodne obcasy.
I codziennie rano, około dziesiątej, obok ramki ze zdjęciem ukochanej kotki Grety, znajdowała dwie różane praliny. 
O tym że burmistrz Nadmorzem był zakochany w swojej sekretarce, wiedzieli chyba wszyscy . Niestety kobiecą wadą jest ślepota. Kobiety skupiają się na drobiazgach, nie zauważając rzeczy oczywistych takich jak na przykład miłość wisząca w powietrzu. Wolą czasami policzyć ilość oczek w pończochach, albo skupić się na szukaniu puderniczki w torebce.
****

Owoce pod kruszonką,

solony karmel,
zapach morza o świcie,
zaparowane pomieszczenia.
truskawkowa szminka,
czekolada z suszonymi pomidorami,
zamarznięte jeziora,
morze zimą,
książki kryminalne.
Lola jak mantrę odprawiała swoje sposoby na smutek.
Mówili, że zaprzeczenie minie.
Minęło. Ale zaraz po tym jak przestała codziennie parzyć dwie herbaty, zamiast złości przyszła depresja i otępienie.
Kiedy umarł, całe mieszkanie pomalowała na biało, nie było to trudne. Biel z łamanym błękitem gościła już na łazienkowych kafelkach, w kuchni też było jasno. Swoją sypialnię pomalowała na biało, zamalowując pudrowy róż ze ścian ze starego życia.
Hol był biały, z wiszącymi ramkami pełnymi zdjęć przodków i zwierząt.
Małe muzeum w korytarzu, budowało wewnętrzne ciepło i spokój wśród wszechobecnej bieli.
Ten kolor stał się motywem przewodnim jej życia. Tłem do żałoby, na przekór mrocznej czerni.
****

Q&A #1

Cześć i czołem! Dzisiaj miał tu wylądować bardzo smutny post ale wzięłam się w garść i mam dla was Q&A, które zebrałam na swojej grupie „Panny Retro”.

 

Pytania nie są posegregowane sekcjami więc wybaczcie skakanie pomiędzy tematami, ale tak będzie może nawet ciekawiej?

 

Zosia pyta: Od kiedy zaczęłaś rysować? Jakie jest twoje motto życiowe?

Rysuję odkąd tylko pamiętam i to żadna kokieteria z mojej strony. W moim domu zawsze były farby, kredki, papier, ściany i miałam też palce, które namiętnie brudziłam tuszami i ołówkami.

Moje motto życiowe…. w tej chwili, to po prostu robić. Pracować ciężko, bo nic mi samo nie przyjdzie. Ale uwielbiam książke „Biegnąca z wilkami” i tam jest piękna myśl:

Z a c z n i j. Tak się czyści zatrutą rzekę. Jeśli się boisz niepowodzenia, zacznij mimo to, a jeśli nie można inaczej, to ponieś klęskę, pozbieraj się i zacznij od nowa. Jeśli znów się nie uda, to co z tego? Zacznij jeszcze raz. To nie porażka powstrzymuje- to niechęć do zaczynania od początku powoduje stagnację. Co z tego, że się boisz? Jeśli się obawiasz, że coś wyskoczy i cię ugryzie, to niech się to wreszcie stanie. Niech twój strach wyjrzy z ciemności i cię ukąsi, żebyś miała to już za sobą i mogła się posuwać dalej. Przezwyciężysz to. Strach minie. Lepiej, żebyś wyszła mu naprzeciw, poczuła go i pokonała, zamiast mieć w nim wieczną wymówkę do czyszczenia rzeki.

Adrianna pyta: Gdyby nie rysowanie to…? No właśnie, co byś robiła?

Gdyby nie rysowanie, to prowadziłabym swoją Pijalnię Czekolady i piekła biszkopty i bezy z owocami. Nad morzem.

Gosia pyta: Jestem ciekawa czy jesteś wstanie utrzymać się z rysowania czy masz dodatkową pracę a jeśli tak to czy jest związana z rysowaniem

W tej chwili mam pracę i nie jest związana z rysowaniem, ale wkrótce mam nadzieję, będę żyła tylko z ilustracji – jeśli będę realizować swój plan. Czyli po prostu ROBIĆ.

Marcelina pyta: Przepis na Twoje fantastyczne brownie!

Nie zdradzę 😉

 

Magda pyta: Z tego co wiem to byłaś w liceum plastycznym. Polecasz?

Bardzo polecam! Nauczyłam się tam wielu niesamowitych rzeczy i poznałam wspaniałe osoby.

 

Dorota pyta: Czemu wybrałaś akurat Gdynię na swoją oazę, co najbardziej uwielbiasz w tym mieście, co Cię przyciąga w nim? No i czy po ślubie zmienisz nazwę z Panny Loli na Panią?

Gdynia po prostu sprawiła, że tu poczułam się jak w domu, mimo, że w tamtym czasie byłam w bardzo dziwnym miejscu w swoim życiu. Do Gdyni przyciągneło mnie morze i spokój. Jest najpiękniejszym miastem z całego Trójmiasta i tutaj jestem szcześliwa.

Panna Lola będzie zawsze. Nawet po ślubie 😉

 

Maria Aniela pyta: Jaki kierunek studiowałaś i na jakiej uczelni?

Nie studiowałam – od razu poszłam do pracy 🙂

 

Karolina pyta: Czy do zostania ilustratorem, tak jak ty, potrzebne są studia artustyczne, czy można do tego dojść jako samouk?

Jak masz w sobie pasje i chęć do ciężkiej pracy to naprawdę wystarczy. Wiem, że to brzmi patetycznie ale praca jako ilustrator to ciężka praca nad sobą. Żadna uczelnia Cię tego moim zdaniem nie nauczy.

 

Zuza pyta: Co cenisz w ludziach?

Wdzięczność.

Szacunek.

Rozmowę i czas.

 

Aleksandra pyta: Jak wyobrażasz sobie swój ślub?

Magicznie. Ale nie chcę jeszcze tego opisywać. 🙂

 

Klaudia pyta: Ile „zajęło” Ci wypracowanie sobie własnego, twórczego stylu?

Ten proces nadal trwa i chyba nigdy się nie skonczy. To trwa odkąd rysuje.

Ela pyta: Prowadzisz pamiętnik / dziennik? nieregularnie 

Wywołujesz zdjęcia? – nie 

Kto sprawia, że jesteś szczęśliwa? – Kamil i ja sama się staram. 

O czym myślisz przed zaśnięciem? – o rysowaniu i książkach

Jaki typ powieści lubisz? – Kryminały i romanse 😉 

 

Magda pyta:  – czy masz jakieś fobie? i czy/jak próbujesz z nimi walczyć? – chyba się za bardzo wszystkim stresuje i to jest moja fobia.
– jakie zapachy, smaki, zjawiska kojarzą Ci się z dzieciństwem i pierwszą miłością? – cynamon 
– gdybyś była rośliną to jaką? – „kiedyś różą byłam lecz nie jestem teraz ;)” 
– najlepszy film na samotny wieczór dla dziewczyny – „Kształt wody” „Amelia” „Dziennik Bridget Jones”
– czy masz drugie imię? – Krysia – po Babci 
– we współczesnym świecie najbardziej cenisz…– ludzi 
– we współczesnym świecie boisz się…ludzi
– przepis na śniadanie od serca ? – naleśniki 
– czy jest coś co Cię ogranicza? – nie wierzę w siebie
– czy znajdę Cię na spotify? – wkrótce stworzę dla was listę 
– dlaczego kupiłyśmy tego vogue ?!  BO BYŁ HAHAHA
– ulubione kwiaty?– róże
– muzyka, która pozwala przetrwać Ci złe chwile? hity lat 80 
– muzyka, która towarzyszy CI kiedy jesteś pełna euforii? -hity lat 80 🙂
– muzyka na sen? – chrapanie Kory
– czy możesz polecić jakiś podręcznik do kaligrafii dla początkujących  – niestety nie znam 🙁 
i najważniejsze ulubiona czekolada? – Lindt! 

 

 

Pytań jest jeszcze więcej więc to tylko część pierwsza 🙂

 

 

Happier.

Mija jakoś 16 lat od nocy w której znienawidziłam jedną piosenkę Edyty Górniak.

16 lat odkąd każda następna noc przez następne dwa-trzy lata była koszmarem.

Za miesiąc zamieszkam z Nim w naszym miejscu. Pół godziny spacerem przez las od morza. Miejscu gdzie będę mogła wreszcie piec ciasta i w miejscu w którym będę się czuła bardzo, bardzo bezpiecznie.

Zastanawiałam się długo czy opisać Wam tutaj to wszystko. Znam wspaniałe blogerki, które dzielą się bolesnymi tematami. Depresją, stratą dziecka, problemami. I jestem z nich dumna i bardzo, bardzo je podziwiam za tą odwagę. Bo zawsze będzie wśród ich czytelników ta jedna ważna osoba, której pomogły. Teraz są czasy na to, żebyśmy my Dziewczyny zabrały głos.

A ja dzisiaj mam w sobie jakąś siłę ( chociaż pisząc to strasznie płaczę i słucham Oasis ), która każe mi napisać tą historię.

Moją historię.

Wychowałam się w Pyskowicach.

Małym śląskim miasteczku gdzieś na końcu świata. Tamto miasteczko było moim całym światem. Las, łąka, rzeka Drama ( serio) i ten zapach w powietrzu co zawsze zwiastował dziwne zdarzenia. Z jednej strony piękne rzeczy a z drugiej Pyskowice zawsze miały w sobie lekką creepy nutkę. Tim Burton mógłby tam zrobić kawał fajnego filmu. Mieszkaliśmy w starej dziwnej kamienicy, bo miała nieoczywistą fasadę. Pod nami był sklep monopolowy a ciut w lewo zakład pogrzebowy. Na przeciwko ogromny salon meblowy, który jest teraz TESCO a trzy minuty dalej był już rynek. W niedzielę budziły mnie często kościelne dzwony. Sama byłam Marianką ale szybko odkyłam, że dziewczynki i siostry zakonne potrafią być bardzo złymi ludźmi więc odeszłam. Moje okdrycie o tym zbiegło się w czasie z innym odkryciem,

Była noc, miałam chyba 10 lat, może mniej. W radio leciała piosenka Edyty Górniak – potrafiłam wtedy zasypiać tylko przy muzyce. Coś mnie obudziło. Jakiś hałas.

Usłyszałam dramatyczny i jednocześnie najgroźniejszy szept.

– zabije Cię.

To mój tata.

Tamtej nocy odkryłam, że regularnie bije mamę i że cała nasza „idealna” rodzinna otoczka to bajka.

Wiem jak boli Cię brzuch ze strachu za każdym razem kiedy słyszysz w nocy domofon bo on przyjechał.

Wiem jak to jest spać w butach i kurtce w środku zimy bo nigdy nie wiesz czy on nie skrzywdzi mamy i nie trzeba będzie biec po pomoc.

Wiem jak to jest kiedy ze stresu dostajesz trądziku który drapiesz a dzieci w szkole się z Ciebie śmieją.

wiem jak to jest kiedy nauczycielka matematyki trzymająca z nim sztamę, poniża Cię przy całej klasie i szarpie Cię na szkolnym korytarzu mówiąc, że jesteś tumanem.

Myślicie, że komuś powiedziałam?

Nie.

Nie wiedziałam, że mogę.

Miałam 10-11 lat i czułam się jak dorosły człowiek z depresją.

Tamte lata były mgłą strachu, braku wsparcia i wiedzy. Wszyscy się bali, wstydzili prosić o pomoc.

Prawdopodobnie wtedy wmówiłam sobie, że jestem słaba. A tak naprawdę byłam najsilniejszą Lolą na świecie i chętnie bym siebie samą wtedy przytuliła i powiedziała, że będzie dobrze.

Udało nam się wyjść z tego koszmaru, chociaż mogłabym tu opisać wam naprawdę bardzo dokładnie jak wyglądało wtedy moje życie. Ale już nie muszę i nie chcę. Długo to trwało zanim zbudowałam siebie od nowa. Zanim zamieniłam strach na odwagę. Dopiero dwa lata temu przestałam się bać mojego ojca. I przysięgam, że nigdy nie zapomnę tej pierwszej nocy od bardzo dawna, w której przestałam się bać i mogłam zasnąć spokojnie. Bo byłyśmy bezpieczne.

 

 

Zawsze kiedy w moim życiu nie dzieje się za ciekawie, myślę sobie, że przetrwałam już tyle własnych końców świata, że dam radę. Choćby nie wiem co. Nie boję się wam tutaj pisać o tym wszystkim, bo te wszystkie końce świata wydały mnie na świat taką jaką jestem teraz. Spotykałam się z hejtem wszędzie, w szkole, w pracy, w rodzinie, wśród znajomych.

Poważnie mnie bawi, jak ludzie myślą, że jestem naiwna, nic nie wiem o życiu i takie tam.

A ja przetrwałam dzięki temu, że rysuję.

Pytacie kiedy zaczęłam na poważnie.

Na poważnie wtedy, kiedy w moim życiu nie było światła. Było ciemno. I zimno. I czasami było też głodno.

 

Teraz mam taki dziwny marcowy czas gdzie jestem w rozkroku pomiędzy mrokiem zimy a radością wiosny. Trochę problemów się naskładało. Życie.

A ja muszę być cały czas dzielna i silna i iść do przodu. I nie mam siły. I chciałabym zniknąć i przespać problemy.

Czuję że pomiędzy mną a mną kiedyś jest wielki Ocean smutku, łez, strachu i … nadziei. Bo gdyby nie ten głos w moim sercu to nie wiem jak mogłabym to wszystko przetrwać. Dlatego jeśli myślisz, że jesteś słaba ( wiem, że są tu same dziewczyny ) i że nie dasz rady, to musisz wiedzieć, że to minie.

Wszystkie smutki jak romanse – po coś nam się przydarzają.

Nie umiem w ten cały kołczing. Umiem za to w swoje życie – czasem lepiej czasem gorzej. Ale przetrwałam to.

Chcę Ci powiedzieć, że nie jesteś z tym sama.

I musisz – i piszę to z całą świadomością – musisz włączyć w sobie ten guzik z nadzieją a potem posłuchać co mówi Twoje serce. Bo ono zawsze Cię poprowadzi.

Mnie poprowadziło nad morze a 3 września 2017 szłam z sercem na dłoni do Kamila. I jak mnie przytulił, to poczułam się jak w domu.

 

Za którym tęskniłam całe życie.

Bo okazuje się, że to o Kamilu myślałam mając sześć lat i całując misia. Co prawda wyobrażałam sobie też wtedy Leonardo di Caprio ale ciii….

Zupełnie jakbym wróciła po wielkiej burzy do domku w lesie. W którym pachnie kakao i jest dużo przytulania.

 

 

 

L.

 

 

 

Marzec.

” jestem

stworzona z wody

oczywiście że buzują we mnie emocje ”

/Rupi Kaur /

 

Dlatego też dzisiaj zostawiam was z tapetą do pobrania. Jest kobieca. Marcowa.

A ja muszę przemyśleć kilka spraw.

Dobrej nocy,

L

Link -> https://drive.google.com/file/d/1SJ23FkyiMF9iMzPGJJPVFX_ZHHkGPPp8/view