Mieszkałam w Warszawie.

Mieszkałam w Warszawie więc wiem, jak to jest kiedy włącza się Ci się adrenalina gdy biegniesz na metro i wsiadasz w ostatnim momencie.

Mieszkałam w Warszawie i czułam rytm miasta, które dudniło jak serce lwa w dżungli tuż przed polowaniem.

Musiałam mieć wyostrzone zmysły, oczy dookoła głowy i serce z miejscem na wzruszającą historię miasta.

 

Mieszkałam w Warszawie i spacerowałam nocami słuchając przedwojennych piosenek.

Mieszkałam w Warszawie i  nie czułam się jak w domu. Czułam się za to jak w historycznej klatce, która bardzo chce być światowa i nowoczesna.

Dusiłam się.

Mieszkałam w Warszawie ale przed 1 sierpnia mieszkałam już we Wrocławiu, bo Warszawa więcej mi zabrała niż dała.

A może na odwrót?

 

Warszawa mnie przeżuła, wypluła i zostawiła z poczuciem strachu za każdym razem kiedy słyszę WARSZAWA.

Mieszkałam w Warszawie i panicznie reaguję na to miasto.

Nie lubimy się. Ale szanujemy. Ja szanuję ją za jej historię, historie miłosne zapisane w murach i Kościołach. Za Łazienki Królewskie, które były przełomem w moim życiu.

Szanuję ją za ludzi, których mi wtedy dała. Za wszystkich ludzi, za każdą pracę. Za to, że tam jak nigdzie indziej dostałam po … wszystkim co mogło mnie boleć.

Warszawa dała mi słoneczną mroźną zimę, która w moim życiu trwała więcej niż ta kalendarzowa.

Uciekłam z niej, tak ja się ucieka nocą ze strachu. Spakowałam się i uciekłam.

 

Dlaczego nie dała mi się polubić?

Przecież zaczęłyśmy nawet dobrze.

Bo wszystkie drogi nie prowadzą do Warszawy.

Wszystkie drogi w moim życiu prowadziły mnie nad morze. Tutaj. W to miejsce.

Pyskowice, Gliwice, Warszawa, Wrocław. Przystanki.

Wszystkie przystanki mojego życia.

I nie wiem czy zostanę na stałe w Gdyni. Marzy mi się nadmorska wieś, domek w lesie, drugi pies, kominek i kraciaste koszule w szafie obok tych w paski. Kawa z ekspresu przelewowego co rano, jak w serialu Przyjaciele i wylegiwanie się na kanapie w deszczowe dni.

I morze szumiące mi kołysanki na Dobranoc.

I żeby ktoś mi czytał Muminki jak będę leżeć w wannie.

 

Dlatego dobrze, że ta Warszawa już za mną.

Teraz jest o wiele, wiele bliżej niż dalej do tego wszystkiego.

 

 

L.

Pustki i retro sprawy.

Nie wiem co to znaczy tak naprawdę bycie retro. Może z tym się człowiek po prostu rodzi. Po prostu czuje całe swoje życie, że jego miejsce jest gdzieś tu, ale w sumie też tam.

A może to patrzenie w gwiazdy.

Nocne spacery brzegiem morza.

Picie herbaty na molo w mroźny dzień.

Pieczenie ciasta w upalną noc, boso i w Jego koszuli.

Modlitwa w lesie.

Kąpiel w wannie pełnej lawendy.

Wino z przyjaciółką i miska krewetek.

Popcorn zjedzony w piżamie i nocny seans Netflixa.

Udawanie Beyonce przed lustrem.

Śpiewanie psom piosenek Kaliny Jędrusik.

Bycie naiwną.

Cynamonowe świeczki.

Lampki na oknie.

Motyle w brzuchu na myśl o nowych rzeczach.

 

 

A dzisiaj na molo w Orłowie, dotarło do mnie, że już nie wierzę w miłość.

L.

Trudna sztuka odpuszczania.

Jest taka scena filmowa, kiedy to najczęściej bohaterka ma swój przełomowy moment. Na przykład płacze na łóżku i słucha Etty James. I płacze tak bardzo, że aż się zanosi. I nagle wstaje i #girlpower.

Śmiało można by stwierdzić, że jest niestabilna emocjonalnie i ma pewnie jakieś zaburzenie psychiczne. A czy komuś po prostu przyszło do głowy, że jest kobietą? Taką z krwi i kości? Która nie tłumi swoich emocji, płacze, wyje, śmieje się, jak kocha to na całego i czuje  te wszystkie inne rzeczy o których inne kobiety wolą nie rozmawiać, bo dały się zgasić. To smutne.

Ale wróćmy do przełomów.

Każdy z nas ma jakąś swoją scenę filmową. Mi się tam marzy Titanic na molo, ostatnia scena w drzwiach jak w Amelii, albo moment jak Pamiętniku, kiedy kłócą się przy samochodzie i On jej mówi, że będzie ciężko i że Ona go wkurza ale ją kocha i koniec.

Wiecie co łączy te wszystkie sceny?

Komuś zależało.

 

Jack wziął Rose na czoło statku, żeby poczuła wolność bo tak bardzo była stłamszona przez mame i to co wypada a czego nie wypada. Wiedział, że ma w sobie tą dzikość i tylko pomógł jej ją odkryć. Dał jej wolność i poczucie bezpieczeństwa zarazem. Szkoda, że dała mu zamarznąć w tej wodzie w sumie.

 

Amelii zależało na Nim. Dawała mu znaki, zagrała z nim w grę a kiedy się poddała, to On stanął na rzęsach i ją odnalazł. Tak po prostu zapukał do jej drzwi, kiedy mieszała ciasto. Bo mu zależało, żeby odnaleźć tą magiczną dziewczynę.

 

W Pamiętniku … serio, tyle emocji w tym filmie, że do tej pory mam problem, żeby go obejrzeć bez chusteczek.

Skrótem – zależało.

I tak jest właśnie z relacjami. Ja podałam przykłady związane relacjami damsko-męskimi, a to dlatego, że mi też się trafiały takie ananasy. Ancymony?

Jakiś czas temu zdałam sobie sprawę z tego, że przyciągam do siebie ludzi. Najczęściej tych dobrych, którzy chcą być w moim życiu. Przyjść na herbatkę, porozmawiać przy kuchennym stole, pomoczyć się nocą w morzu, pooglądać Muminki, pogłaskać Korę. Stać się częścią mojego małego świata. Chcą i są.

Więc przyciągam do siebie ludzi i ich historie. A oni sobie potem idą.

 

I dlatego odpuszczanie jest najważniejsze. Bo to dbanie o nas samych. Trudne i skomplikowane relacje są wpisane w nasze życie, ale to nie znaczy, że mają nas na siłę trzymać i kształtować resztę naszego życia.

 

Nie chodzi mi tylko o wieloletnie związki. Wierzcie mi, czasami kilkutygodniowa znajomość może zrobić Wam niezłe zamieszanie w życiu. Ale przecież nie da się przewidzieć tego, że jak ktoś chciał się z Tobą zaprzyjaźnić, wspierać i rozmawiać do rana, chodzić na spacery z psem i tak dalej… nagle nie zniknie.

 

To są ludzie widmo.

 

Trzeba ich sobie odpuścić. Podane przykłady to faceci, bo tak mi się zdarzyło. Ale między nami dziewczynami też tak jest. Prawda?

I mogłabym nadal myśleć co zrobiłam nie tak, dlaczego dałam się nabrać, dlaczego pomyślałam ‚ojeju jak fajnie’ – skoro nie zależy.

Wiecie, ja mam tak, że piszę o tym co wiem, co znam, co przerobiłam i przepracowałam. Z moimi przyjaciółkami mamy takie powiedzenie

 

” Czego se nie przepracuje, to se wypre” – cyt. po winie.

I nie wstydzę się pisać o tym co czuję, co przepracowałam i ile mnie to kosztowało. Bo dostałam masę wiadomości – szczególnie w moje urodziny – że Panna Lola jest dla Was ważna.

Gdybym nie odpuściła tych relacji, to nie mieszkałabym tutaj, nad morzem. Pewnie znerwicowana siedziałabym w mieszkaniu we Wrocławiu, na 4 piętrze, Kora byłaby kłębkiem nerwów przeze mnie a ja co wieczór czekałabym na to aż przyjdzie ktoś na kim mi zależało. Wiem, że wiecie jak to boli.

 

A to nie jest tak, że ten ból się potem zamienia w super siłę? 

 

A wiecie co jest najpiękniejsze? Że teraz jest przestrzeń dla tych ludzi, którzy chcą Was poznać. A reszta niech sobie idzie. Dalej.

 

 

Lola.