Nadmorzem.

Długo zastanawiałam się jak napisać i czy powinnam dalej pisać, to wszystko co czuję.

Ale postanowiłam, że skoro dzisiaj zaczynam od nowa, to muszę dać sobie szansę na to, żeby zacząć od nowa na każdej swojej płaszczyźnie.

Myślałam ostatnio, co może być przepisem na moje szczęście. Za dużo we mnie było niepewności i strachu. Nie wiedziałam gdzie iść. Uciekałam od ważnych ludzi, czasami bezpowrotnie.

Zaczęłam od początku.

Postanowiłam przypomnieć sobie siebie samą sprzed pięciu lat – dobrze, że zaczęłam już wtedy ‚instagramować’ wszystko – mogłam sprawdzić samą siebie tak jakbym czytała pamiętnik.

Pięć lat temu zaczęłam pisać „Lolę i Cynamon” – wymyśliłam tę historię leżąc w wannie, pewnego zimowego wieczoru.

To był chyba ten pierwszy raz kiedy w moim sercu zagrało coś dzikiego.

Bo to było tak, że wtedy myślałam tylko o tym, że chcę założyć rodzinę, mieć dzieci i żeby w domu pachniało świeżym praniem.

Tak myślała moja głowa, ale serce podpowiedziało mi, że nie teraz.

Ignorowałam ten głos.

Zaczęłam pisać książkę, nie potrafiłam jej skończyć. Ten głos ciągle mi mówił, żebym zamieszkała gdzieś sama, rysowała, słuchała nocami Jazzu i ciężko pracowała na swój sukces.

Każda praca jaką wtedy podjęłam tylko mnie dołowała, bo nie pozwoliłam sobie na szczęście.

Chciałam przygód, podróży. Chciałam tańczyć do rana w tej czerwonej sukience z moich marzeń, pić lodowate prosecco, piec ciasta czekoladowe, boso, nocami w kuchni wpuszczając letnie powietrze do domu.

Chciałam śmiać się jak wtedy, kiedy byłam małym dzieckiem i wystawiać twarz do słońca bo kocham swoje piegi.

Był tylko jeden poważny problem. Byłam przekonana, że nie da się tego zrobić będąc w związku. Bo zobowiązania, bo miłość, bo byłam cały czas smutna.

Więc „Lola i Cynamon” miała być moim własnym hymnem o niespełnionych marzeniach o morzu, swojej pijalni czekolady, tej sukience i potrzebie bycia samej. Bo szczęście nie zawsze chodzi parami.

Nie wiedziałam wtedy, że nie dam rady skończyć tej książki bez tego wszystkiego co się przydarzyło po drodze.

Myślałam, że nie dam rady przeżyć końca świata.

A przetrwałam. Kilka końców.

Przeżyłam też niesamowicie piękne chwile, ze szczęścia zabrakło mi nie raz tchu.

Poznałam pięknych i dobrych ludzi – którzy przypomnieli mi, że to ja przyciągam ich do siebie.

Bo jestem taka.

Te pięć lat zaprowadziło mnie tutaj – nad morze.

Jeszcze w to nie wierzę, że to zrobiłam.

Ale wreszcie posłuchałam swojego serca i dałam sobie wolność.

Bo wiecie, wtedy pięć lat temu, w tej wannie, wysłałam swoje marzenie w Kosmos.

A jak coś sobie postanowisz, to wtedy cały Wszechświat Ci sprzyja.

Nagle poznajesz cudną osobę mieszkającą nad morzem, z którą wypijasz morze wina i rozmawiasz do rana inspirując się jej siłą.

Nagle odkrywasz tuż przed przyjazdem pociągu, że klucze z mieszkania we Wrocławiu zostawiasz w Gdyni i ulgą stwierdzasz, że masz kolejne kilka godzin w tym mieście.

Nagle okazuje się, że możesz pracować zdalnie.

Wszędzie czekolada, Prosecco, długie rozmowy, czyste powietrze i gwiazdy tak piękne jak nie wiem co.

Już wiem, dlaczego moją ukochaną bajką jest Piękna i Bestia.

Bo tak jak Bella od zawsze czułam, że chcę więcej niż małe Pyskowice na Śląsku, które szczerze uwielbiam. Za ich tajemnicę i mrok. Za zapach dymu jesienią. I śniegu zimą.

Ale zawsze chciałam więcej.

Zawsze miałam te niesamowite motylki w brzuchu, które mówiły mi, że czeka mnie szalona przygoda w życiu.

Czasami się śmieję, że sobie to wszystko wyrysowałam.

Ale taka jest prawda, dzięki rysowaniu poznałam najwspanialsze osoby na świecie.

I tak…..

Nagle cała mapa mojego życia układa się w jedną całość.

MORZE.

A więc szłam do Ciebie cały czas.

Tylko jestem gapą i musiałam pobłądzić.

Odkryłam samą siebie, na mojej samotnej wyprawie do Włoch.

Sprawdziłam, że jestem silna i dzielna kiedy łamałam sobie serce i życie.

Zawsze uciekałam.

A teraz czuję, że wróciłam do domu.

Po długiej i trudnej podróży.

I mimo tych wszystkich burz, które zapewne nadejdą – bo takie jest życie, wiem, że przetrwam.

******

I co, mówiłam, że to zrobię.

I zrobiłam!

Zajebiste uczucie.

Polecam!

Lola

PS. J, dziękuję.

bezsenność.

Od kilkunastu lat nie lubiłam Maja.

Kojarzył mi się z uciekaniem i nagłym nowym życiem.

I teraz proszę, robię to samo.

Nie mam trzynastu lat a prawie dwadzieścia pięć.

Nie drżę już nocami ze strachu, a tulę się do chrapiącego psa.

Nie boję się.

A nie, przepraszam.

Boję się.

Można mieć wszystko. Poczucie bezpieczeństwa, plecy do tulenia się w nocy. Nocne zakupy w Tesco, nocne maratony filmowe.

Można mieć jakąś stabilizację.

Można też to stracić szybko i uciec.

Uciec jak najdalej, żeby utopić się jakoś na samym dnie. I nie dać się odszukać. Utopić się w rysunkach, pisaniu bajek.

Utopić się w muzyce.

Gotowaniu.

Pracy.

Chciałabym się schować. Zniknąć.

Girl power nie zniknął ze mnie.

Po prostu czas rzeczywiście uleczył rany i została pustka. Z tych co budzi Cię w nocy i każe patrzeć w niebo. Parzyć rumianek, podrapać za uchem psa. Przez chwilę mieć nadzieję, że ktoś jednak kiedyś przytuli, zrobi mięte, przykryje różowym kocykiem, wyprowadzi Korka, żebym mogła pospać dłużej. Będzie jak mur. Bezpieczny i stały.

A to tylko w Harlequinnach czy jakoś tak.

Mam za to nocne spacery w szałowych piżamach.

Siłę w sobie o jakiej nie wiedziałam.

Całą kołdrę dla siebie.

I nikt się nie obraża jak za długo rysuję.

Raj.

 

Piekielny.

 

L.

GIRL POWER!

Wiem, że aura majówkowa narzucałaby zmianę tytułu na ‚GRILL POWER’ ale…ale.

 

Znam kobiety w swoim otoczeniu, które kipią od feminizmu. Ale nie w złym słowa tego znaczeniu. Wspierają, kochają, planują śluby, dzieci, gotują bo lubią, sprzątają bo lubią, malują się bo lubią. Noszą obcasy i są tak bardzo kobiece w swojej niezależności, że emanują tym blaskiem na kilometry.

 

Znam kobiety, które walczą o swoje prawa. Jak tygrysy zamykane w cyrkowych klatkach. Biegają na manify, nie przebierają w słowach, są ostre w obyciu i na pierwszy rzut oka emanują ‚bitch face’em’.

Znam kobiety, które nie wspierają się nawzajem. Znam kobiety, które nie widzą w innych kobietach inspiracji i wsparcia.

Znam kobiety, które we wrażliwości innych kobiet szukają słabości.

Znam kobiety, które nie szanują pasji innych kobiet.

I ciesze się, że je znam.

 

Dzięki nim wszystkim codziennie uczę się tego jak silna jestem. Jak to, że piszę, rysuję i robię zdjęcia na szalonym Instagramie wcale nie jest oznaką mojej słabości.

Nie boję się rozmawiać o ciężkich sprawach.

Przemoc domowa?

Toksyczne związki?

Zaburzenia odżywiania?

Depresja?

Samotność?

Od czego mam zacząć?

Mogę o tym wszystkim i jeszcze więcej.

Ostatnio rozmawiałam przy herbatce-frytkach-lodach z Marceliną – Melografem.

I doszłyśmy do wniosku, że cholera kobiety, to trochę takie wojowniczki. A nawet bardzo. Cyt. Marcysie – kto ogarniał zawsze dzieciaki, chatę, ognisko, szykował jedzenie? Jakich kobiet szukali faceci? Silnych, mądrych z biodrem i cyckiem.

Każda z nas jest wojowniczką. Codziennie zmagamy się z szowinizmem, mniejszymi stawkami od mężczyzn za pracę, z tym, że pewnie jesteśmy głupsze. A paradoksalnie jest nas coraz więcej – w technologii, ekonomii i przemyśle.

Kobiety rządzą – Kobiety są przyszłością.

 

Czym jest kobiecość?

Kobiecość to nie tylko pomalowane na czerwono paznokcie, zestaw dobrych kosmetyków w łazienkowych szufladkach, buty na obcasach i sukienki. Kobiecość to bycie wojowniczką. To szukanie samej siebie i swojej kobiecości w wielkim chaosie. To bycie dzielną i silną kiedy wszyscy dookoła próbują wmówić Ci, że nie możesz, że nie dasz rady. Chyba nigdy wcześniej nie czułam tego tak bardzo. Słuchanie głosu swojego serca to magia. I odkąd uprawiam te czary-mary codziennie budzę się szczęśliwsza. Polecam słuchać siebie, odpuszczać i wybaczać. Najpierw sobie. A potem tym którym chcemy.

 

Ale jak wybaczyć sobie?

Mi pomaga praca. Samodyscyplina. To, że upadam ale wstaję. Ale pomaga mi też najważniejsza rzecz – siła.

Siła, którą buduję w sobie samej ucząc się asertywności, nie odpuszczając swojej pasji, mając w nosie hejterów – tak mi też się zdarzają serio.

 

Ale tak najbardziej pomaga mi to, że mam swój

 

Okazuje się, że mam w życiu, to ogromne szczęście do dobrych ludzi dookoła siebie.

A więc po kolei.

 

Lidia nauczyła mnie, że księżniczki Disney’a mają swój głos we współczesnym świecie i że do chłopców trzeba konkretnie i otwarcie. Nauczyła mnie też tego, że zdrowy związek to ten, w którym się rozwijasz. A facet twojego życia pieje wtedy z zachwytu a nie z zazdrości.

Ogryź nauczyła mnie, że wrażliwość i empatia, to siła, która jest najcenniejszą rzeczą. Że cierpienie z miłości nie jest złe, bo to oznacza, że masz to. Masz te uczucia w sobie. Że nikt nie może Ci ich odebrać. Nauczyła mnie też, że słuchanie głosu swojego serca jest najważniejsze i że mieć cel i plan to cenna sprawa. Asia jest moją wojowniczką. Najdzielniejszą ze wszystkich. Pełną ciepła i siły.

Ewunia nauczyła mnie, że życie to nie tylko powaga. Że warto rzucić wszystko i polecieć do miłości swojego życia.  Że przyjaźń to najważniejsza sprawa na świecie. Że nie muszę mówić – Ona wie. Że normalność jest piękna i rodzina to cudna sprawa.

Agatka pokazuje mi dobro i ciepło. Nie znamy się długo i dobrze ale czasami więź po prostu się staje i ciężko to wyjaśnić. Po prostu.

Marcelina nauczyła mnie, że w związku obie strony powinny mieć pasję, wolność i zaufanie. Pokazała mi, że bycie silną to nauka na całe życie. Że życie swoją pasją to piękna ale to trudna droga, warta każdego kamyczka na szlaku.

 

Znam więcej takich dziewczyn.

I wiecie co, #girlpower to wbrew pozorom ciężki temat.

 

Czym jest dla mnie?

Odejściem od wszystkiego co złe i co mnie ogranicza.

Zaczęciem od nowa już wkrótce bez rodziny obok ale za to z psem i dobrymi ludźmi na miejscu.

Życiem swoją pasją.

Współczuciem i miłością dla ludzi, którzy nie chcą zrozumieć tego jaka jestem. I nie tylko ja.

Pozwoleniem sobie na bycie słabą kiedy nie mam siły.

Pozwoleniem sobie na bycie silną kiedy wiem, że muszę a może nie wypada.

#girlpower to bycie dzielną i życie zgodnie ze sobą.

 

 

Love love,

 

Lola

 

ps.